4. Wycieczka rowerowa do Doliny Królów w Luksorze.


DSC_1349

Ciągle przed nami był najważniejszy moment pobytu w Luksorze: Dolina Królów, gdzie znajdują się grobowce wladców Egiptu. Dolina Królów znajduje się po drugiej stronie rzeki, wsród piaszczystych skał i terenów pustynnych. Postanowiliśmy dojechać tam rowerami. Wypożyczyliśmy 2 gruchoty w centrum, zapłaciliśmy 15€ za cały dzień użytkowania i popędziliśmy na brzeg do przystani, skąd odpływały miejskie stateczki motorowe na drugi brzeg. Tam załadowaliśmy się ze wszystkimi, ludzie patrzyli na nas ciekawie, ja w swoim czerwonym kapeluszu i z odkrytymi palcami u stóp! Dalej pojechaliśmy drogą krajową, asfaltowaną i bez jednej dziury i w miarę jak oddalaliśmy się od brzegu, zmieniał się krajobraz. W Egipcie krajobraz soczyście zielony można zobaczyć w pobliżu rzeki, w odległości kilkunastu km od zbiornika wodnego występuje już tylko piach i pustynia i nie ma nic…Przez taki właśnie krajobraz pustynny gnaliśmy na naszych rzężacych rowerzyskach, w prawie 35 stopniach upału, powietrze suche jak pieprz i wokół tylko piach. Jedynym dowodem na istnienie w tym miejscu czegoś żywego jest ta asfaltowa droga, którą jadą do pracy robotnicy pracujący przy restaurowaniu grobów królewskich. Nie mogliśmy się doczekać, by zobaczyć cel naszej podróży, bo wiedzieliśmy że czeka nas prawdziwa gratka. Po drodze minęliśmy 2 ogromne kolosy Memnona, kiedyś strzegące wejścia do świątyni Tutmosisa IV, dziś podniszczone, jeden z nich bez twarzy. W miarę pokonywania kolejnych km gorąc dawał nam się we znaki, ja pedałowałam coraz wolniej, Jose dzielnie mnie pchał lub ciągnął za sobą i jakoś posuwaliśmy się naprzód. Po drodze minęliśmy dom-muzeum Howarda Cartera, odkrywcy grobowca Tutankamona.

Mijały nas autobusy pełne turystów, mijały samochody wypełnione robotnikami, a my tak pedałowaliśmy sobie szczęśliwi w stronę Doliny Królów. Spotkaliśmy na naszej drodze grupę Francuzów, też na rowerach i razem dotarliśmy do celu. Jeden bilet pozwala na obejrzenie tylko 3 wybranych grobowców z kilkudziesięciu, a na niektóre z nich należy zakupić bilet extra, np. grobowiec Tutankamona i Ramzesa VI. Wybraliśmy grobowce: Tutmosisa III, Siptaha i Ramzesa I. Ten pierwszy znajduje się jakby na piętrze, trzeba wejść po schodach do góry i potem stromo w dół, jest w nim bardzo duszno,w sezonie letnim nie wyobrażam sobie przebywać w nim dłużej niż 2 minuty. Wnętrze jest obszerne i pokryte drobnymi, delikatnymi rysunkami i hieroglifami. Niebieski sufit jest pokryty tysiącem żółtych gwiazd, symbolizujących gwiaździste niebo. Tutmosis III był największym obok Ramzesa II wodzem, wojownikiem i władcą egipskim. Prowadził wojny, podbijał kolejne księstwa, powiększał systematycznie granice Egiptu. Nie przegrał żadnej z bitew.  Krypta Siptaha nie zrobiła na nas jakiegoś szczególnego wrażenia, nawet nie zawierała malowideł w środku, tylko przy wejściu. Został nam grobowiec Ramzesa I według biletu, ale przedtem postanowiliśmy wejść do słynnego grobu Ramzesa VI i zapłaciliśmy napiwek strażnikom, żeby nas wpuścili bez biletów.

Są takie chwile w życiu każdego człowieka, kiedy nie wiadomo dlaczego, zaczynają się trząść kolana i łzy napływają do oczu i porywa nas wzruszenie i nie można nad nim zapanować. Taki moment właśnie nadszedł, bo oto znajdowaliśmy się w grobowcu Ramzesa VI. To, co tam zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, nasza gratka zamieniła się w cudowny moment wzrokowej ekstazy. Malowidła na ścianach i suficie w pełni zachowane, w żywych kolorach, pełna harmonia i perfekcja, boska perfekcja. Oto staliśmy w grobowcu króla sprzed kilku tysięcy lat, ale do dziś można podziwiać w nim nietknięte przez czas cuda sztuki egipskiej. Postacie faraona, bóstw, prześlicznej królowej i jej slużek namalowane ludzką ręką ale z wyraźną pomocą boską. I to całym panteonem bóstw egipskich! A nad nami i nad całym światem swe ramiona rozpościerała Nut, spoglądając z gwiaździstego sufitu. To prawdziwy zaszczyt nawet dla władcy być pochowanym w takim miejscu, z którego do tej pory bije majestat. Ktoś obok tłumaczył po cichu znaki na ścianach, ktoś po kryjomu robił zdjęcia, a my tak staliśmy z otwartymi gębami i dziękowaliśmy wszystkim bóstwom za to, że dane nam było to zobaczyć. Grobowiec Ramzesa I był równie piękny, chociaż mniejszy, w tonacji biało-niebieskiej, z przepięknymi dużymi malowidlami faraona i Ozyrysa.

Nasza wycieczka była fantastyczna, odurzeni pięknem tego świętego miejsca, wracaliśmy do przystani, ale po drodze jeszcze zobaczyliśmy Rameseum i świątynię-mauzoleum Hatszepsut, jedynej kobiety-faraona. Wracając odwiedziliśmy małą wioskę, gdzie widzieliśmy malutki sklepik obwoźny, faceta w pidżamce na rowerze, wielkiego bawoła smacznie śpiącego w słońcu i gromadkę dzieci, którym udało się namówić nas na przejażdżkę rowerami. My pedałowaliśmy, a one poprosily nas o …bakszysz

Późnym popołudniem znów spacerowaliśmy po mieście szukając czegoś do jedzenia, co nie wywołałoby u nas biegunki czy nie przyspożyłoby nam pasożytów. Postanowiliśmy spróbować prawdziwej herbaty ze świeżą miętą parzoną po arabsku. W jednej z herbaciarni zamówiliśmy fajkę wodną z tytoniem o smaku bananowym i czekaliśmy na herbatę. Sympatyczny kelner przyniósł napój w szklankach, które nie wiem, kiedy ostatni raz były myte, ale my dzielnie nie chcieliśmy tego zauważyć. Do cukierniczki nawet nie chciałam zaglądać. Oczywiście nasza herbata ze świeżą miętą to była po prostu herbata Lipton o smaku miętowym.Takie rozczarowanie na zakończenie tak fantastycznego dnia! O łazience w tej herbaciarni nie będę opowiadać ze szczegółami, dla dobra wszystkich. Skończyło się na paleniu fajki z sympatycznym kelnerem i zapłaceniu za nietkniętą herbatę.

Zachód egipskiego słońca obejrzeliśmy w ogrodzie hotelu. Soczyste kolory czerwieni i pomarańczu pięknie zgrały się z żółto-kawowym kolorem piaskowych skał, za które chowało się słońce. Ra poszedł spać, jutro wróci i znów otoczy nas swoją opieką.

Kolację zjedliśmy w czystej, zadbanej restauracji, z przepysznym jedzeniem w ogromnym porcjach. Najbardziej podobało mi się w niej to, że niezjedzone dania zapakowano nam w prześliczne pudełeczko z czerwoną wstążką. Taki szczegół, a tak cieszy! Kończył się dzień i kończył się nasz pobyt w Luksorze. Przed nami kolejne dni rejsu stateczkiem po Nilu.

cdn.

DSC_1357 DSC_1400

3. Luksor (Luxor).


Tego samego dnia popędziliśmy do Luksoru, małej mieściny ale za to jakiej! Przepiękna światynia, a raczej jej szczątki, ale w miarę dobrze zachowane znajdują się tuż przy głównej drodze. Trochę to dziwne, wokół wszędzie samochody, rowery, dorożki i osły, a ty stoisz przed obiektem sprzed kilku tysięcy lat. Zobaczymy tu oczywiście obeliski, oczywiście posągi Ramzesa II i jego żony, mnóstwo symboliki, wszechobecny ankh, a jak dobrze poszukać to i golutkiego Min`a się znajdzie, a raczej ogromnego penisa w erekcji z doklejonym wlaścicielem:)) W świątyni w Luksorze można zobaczyć jeden z nielicznych (bodajże tylko 2 ) wizerunek Aleksandra Wielkiego. W środkowej części, kiedyś zamkniętej dla plebsu, znajdują się resztki świętego ołtarza, pozostałości po chrześcijańskich malowidłach z czasów najazdów chrześcijan. Przy wejściu znajdują się przepiękne rzeźby Tutankamona i jego młodziutkiej żony oraz ogromny posąg Ramzesa. Mnie osobiście najbardziej zaciekawiła płaskorzeźba przy wejściu do środkowego patio świątyni przedstawiająca symbolicznie zjednoczenie górnego i dolnego Egiptu w postaci splatających się kwiatów papirusu i lotosu. Śliczne. Na ruinach świątyni zbudowano kilka tysięcy lat później malutki meczet, który do tej pory pełni funkcje religijną, ale dla wielu historyków i wielbicieli architektury egipskiej to jak barbarzyństwo.

Będąc w Egipcie miałam bardzo dziwne uczucie, ze coś tu nie gra, tzn. nie mogłam się przyzwyczaić do faktu, że odwiedzając Egipt tak naprawdę odwiedza się 2 różne światy, starożytny świat faraonów i piramid i obecny, muzułmański, z meczetami i śpiewem z minaretów , który nijak się ma do tej części starożytnej. Dwa światy zupełnie różne, niczym nie związane ze sobą, a między nimi albo w nich ludzie, którzy nazywają siebie Egipcjanami i jak spróbujesz nazywać ich arabami, to sie obrażą-i mają rację, bo niby dlaczego odbierać im ich tożsamość??

Zwiedzaliśmy Luksor przez kilka dni i muszę przyznać, że chociaż jest trochę zaniedbane i śmierdzi łajnem, to jednak ma w sobie mnóstwo uroku. Przede wszystkim ludzie-są bardzo uprzejmi, gościnni, trochę nachalni w stosunku do turystów, ale to zupełnie zrozumiałe, jeśli zobaczy się biedę, w jakiej żyje większość mieszkanców tego miasteczka. W turyscie widzą dolara albo euro i robią wszystko, by tego pieniążka wyciągnąć. Oferuje się tu przyjezdnym wszelkie usługi, począwszy od przejazdu dorożką na szukaniu nawet najbardziej wyszukanej rzeczy skończywszy. My na przykład chcieliśmy kupić arabską wersję „Małego Księcia” A. Saint Exupery´ego i zapytaliśmy pewnego przechodnia, gdzie możemy znaleźć jakąś księgarnię czy jakiś antykwariat z książkami. Gość oczywiście niewiele rozumiał po angielsku, ale zapewnił nas, że wie o co chodzi. Chodziliśmy z nim od jednej księgarni do drugiej pytając o „Małego Księcia” i w każdej z nich pokazywano nam inną książkę, raz o Jezusie (bo to przecież też jakby książę i na dodatek pytają o tę książkę biali chrześcijanie, więc musi to być ta właśnie), wyciągali nam skrypty i jakieś zeszyty do nauki Koranu, Biblię i nie pamiętam co jeszcze, ale nie miało to nic wspólnego z książką, której szukaliśmy. Po prawie 2 godzinach szukania i pytania z oglądaniem zasobów luksorskich księgarni, daliśmy za wygraną, my tak, ale nie nasz przewodnik , który zapewniał, że tym razem to już na pewno w tej następnej księgarni znajdziemy naszą książkę. Kolejna biblia, książki z obrazkami o dzieciach …Nie da się. Zdenerwowani mówimy chłopakowi, że już nie mamy siły i że idziemy spać. On na to, że powinniśmy mu zapłacić za fatygę i wyciąga rękę szepcząc: bakszysz… my na to: Za co?? chodzimy z tobą od 2 godzin, bo nam nawijasz że na pewno w tej następnej księgarni znajdziemy „Małego Księcia„, po czym okazuje się nie tylko że nie znajdujemy, ale  że tak naprawdę nie masz zielonego pojęcia, o jakiej książce mówimy…

Upierdliwi sprzedawcy i dorożkarze to normalka w każdym egipskim mieście, im mniejsze, tym bardziej upierdliwi. Muszę jednak przyznać, że mnie to specjalnie nie przeszkadzało, tym bardziej że byli natrętni w miły sposób, jeśli można to tak nazwać, tzn. uprzejmie pytali skąd jesteś, czy chcesz coś zwiedzić, czy masz ochotę na przejażdżkę dorożką, czy może chcesz kupić kapelusz w promocyjnej cenie?? Słysząc ¨España¨ wołali: hola pepsi-cola, a na Polskę mówili ¨Bolanda¨ (nie umieją wymawiać litery P; nie wiem z czego to wynika, być może po prostu nie mają jej w alfabecie). Niektórzy faktycznie śledzili nas, wołali za nami , że chcą nas przewieźć, że mają tanie pamiątki itp. Bardzo mile wspominam jednego dorożkarza, Mustafę, który woził nas po Luksorze swoją dorożką pokazując nam ciekawe zakamarki miasteczka. Wjechaliśmy nawet na teren targowiska wypełnionego po brzegi ludźmi, zwierzętami, towarami, materiałami…i ciężko było wyjechać z niego dorożką, która w pewnym momencie utknęła gdzieś przy straganie z paprykami i trzeba było ją pchać.

Kiedy poszliśmy do banku wymienić walutę, egipskie kobiety nie mogły się nadziwić,  jak kobieta może chodzić ubrana tak jak ja, tzn. w sandałach z odkrytymi palcami, w hip-hopowych spodniach, w koszulce na ramiączkach i z odkrytymi włosami…Czułam się nieswojo, bo naprawdę patrzyły na mnie z niesmakiem i zgorszeniem, ale starałam się nie myśleć o tym. Dla mnie ich pidżamy i zakryte twarze to coś dużo gorszego niż moje spodnie i ramiączka.

W mieście odwiedziliśmy także interesujące muzeum sztuki egipskiej i muzeum mumufikacji. Szukaliśmy też czegoś dobrego do jedzenia, tutejszego, tradycyjnego i chcieliśmy naprawdę bardzo spróbować czegoś ze stoiska ulicznego, co jedzą przechodnie, ale było to niemożliwe, widząc brak higieny, brudne naczynia i ręce. Uważaliśmy na każdym kroku, żeby nie pić wody nieprzegotowanej, żeby nie jeść sałatek ze świeżych warzyw, żeby obierać owoce ze skórki, żeby myć zęby wodą mineralną albo przegotowaną, nie jedliśmy lodów, sosów, majonezów, nie piliśmy coli z lodem itp…i tak ciężko było nie zastanawiać się, czy złapiemy jakiegoś bakcyla widząc szklanki z odbitymi ustami i łyżeczki z brązowym osadem, kiedy podano nam herbatę… ale nic się nie stało, przeżyliśmy i muszę przyznać, że arabska kuchnia jest wyśmienita. Byłoby niesprawiedliwe pominąć fakt, że najlepsze desery i podwieczorki jakie jedliśmy w życiu podawano nam na statku, właśnie w Egipcie. Ciasta daktylowe, sezamowe, budynie, czekoladki domowe z nadzieniami były fantastyczne! W hotelach także serwowano świetne posiłki, ale nie mogły się równać z tymi na statku. W Luksorze mieszkaliśmy w hotelu Sofitel Karnak, kilka km z dala od centrum, dojeżdżaliśmy do niego miejscowym busem wypełnionym po brzegi. Bilet kosztował chyba 1,5funta egipskiego, co na nasze to chyba jakieś 20 groszy…

Kiedyś spacerowaliśmy po mieście i jeden ze sprzedawców ulicznych zachwalał swoje kapelusze p/słoneczne. Chciał za nie naprawdę dużo porównując ceny takich kapeluszy w Egipcie i w Europie. Stwierdziłam, że za taką cenę to sobie kapelusz w Walencji kupię i facet się obraził…my poszliśmy dalej i za chwilę słyszymy, jak ktoś wrzeszczy za nami, jadąc na przeraźliwie głośnym starym motocyklu: Ok, za połowę ceny, niech stracę! Obrażony sprzedawca widząc, że jednak nie damy się nabrać, pędził za nami zgadzając się łaskawie na zaproponowaną przeze mnie cenę. Targowanie się to stara tradycja w muzułmańskim świecie, wręcz należy się targować, bo to w dobrym tonie i należy pamiętać, że sprzedawca dotąd się targuje, dokąd mu się to opłaca.  My się o tym przekonaliśmy niestety późno, tak więc na pewno przepłaciliśmy sporo większość zakupionych pamiatek, ale specjalnie nie raziło nas to, bo obie strony po zakończonym procesie negocjacji były szczęśliwe:)

cdn.

DSC_1096

DSC_1087

Luksor.Ramzes II.

 

 

 

 

2. Karnak


Swiatynia w Karnak

Karnak

Świątynia w Karnak to ogromny kompleks budowli świątynno-mieszkalnych, zbudowanych ku czci boga stwórcy Amona i jego żony Nut oraz syna Chonsu. Miał on powierzchnię ok. 250 tyś km2, a więc był gigantycznym, największym w starożytnym Egipcie obiektem architektonicznym. Jego budowa trwała mniej więcej 1500 lat, nigdy nie został ukończony, co łatwo sprawdzić patrząc na główną bramę wejściową, która nie tylko nie jest dokończona na wysokość, ale nie ma na niej także żadnych zdobień, żadnych płaskorzeźb czy malowideł. Karnak był połączony szeroką aleją ze świątynią w Luksorze, obecnie zachowały się jedynie jego ruiny w postaci gigantycznych kolumn w 16-tu rzędach. Na murach obiektu możemy zauważyć płaskorzeźby, niektóre w doskonałym stanie, cudowne, symetryczne, dopracowane. Wszechobecny ankh przypomina o życiu wiecznym, o boskości egipskich władców i triumfie życia nad śmiercią. W kilku miejscach widnieje podobizna bożka płodności Min`a, który chwali się swoim baaaardzo widocznym narzędziem płodności:) Jednak to, co najbardziej rzuca się w oczy w Karnak i co wręcz przytłacza, są wspomniane już kolumny, o podstawie kilku metrów, wysokości kilkunastu, niektóre dźwigające resztki kamiennego sufitu. Na tyłach świątyni znajduje się święte jezioro, w którym obmywali się kapłani przed odprawianiem ceremonii a tuż obok niego- duża rzeźba świętego skarabeusza na kamiennym cokole. Jak mówi tradycja (wymyślona pewnie dla turystów) należy obejść wokół skarabeusza nieparzystą ilość razy w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara i pomyśleć sobie życzenie. Nie mogliśmy odpuścić sobie tego luksusu, bo przecież robak świętą moc posiada, więc życzenia na pewno się spełnią. Nie mogę sobie wyobrazić tego miejsca w czasie jego rozkwitu, pokrytego malowidłami, złotymi blaszkami, zdobieniami z kamieni szlachetnych, z zasłonami z najszlachetniejszego materiału, połyskującego światełkami świec, pochodni w gorące wieczory…bajka. Nie mogło oczywiście zabraknąć w Karnak posągu Ramzesa II i jego żony oraz ogromnych obelisków, między innymi obelisku faraona-kobiety, Hatszepsut.

cdn.

DSC_1057

1. Egipt.


O wycieczce do Egiptu zaczęlam myśleć na poważnie około 2 tygodni przed wykupieniem biletów lotniczych, a więc raczej późno i wcale tak naprawdę nie była planowana. Ja straciłam pracę, przede mna rysowało się osiem miesiecy płatnego bezrobocia i …. odpoczynku. Tak więc bez szczególnych skrupułów ja i mój narzeczony wykupiliśmy bilety lotnicze, pożyczyliśmy cały stos książek i przewodników po Egipcie i już cieszyliśmy się niesamowitą podróżą do kraju bajkowego, pełnego kontrastów i niezapomnianych wrażeń.

Wylecieliśmy z Barcelony egipskimi liniami lotniczymi, które, dzięki Bogu okazały się mieć nowoczesne samoloty, chyba nawet lepsze od tych europejskich, tak więc dolecieliśmy w ciągu 4 h do Luksoru cali i zdrowi. Na lotnisku godzinna kolejka w oczekiwaniu na wizę wjazdową do kraju. Przetransportowano nas na stateczek Nile Plaza, którym to płynęliśmy po Nilu przez kilka dni podziwiając widoki. Statek był raczej kiepski, taki w stylu medel-classe, na dolnym pokładzie czuć było paliwo i nasza kabina była wilgotna, mało tego, jako że był to dolny pokład, nie można było otworzyć okien. Po 2 dniach postanowiliśmy zmienić kabinę i dostała nam się jedna z wolnych na górnym pokładzie i po wejściu od razu wiedzieliśmy, dlaczego była wolna… Panował w niej taki hałas silników znajdujących się za ścianą, że w czasie ich pracy było wręcz niemożliwe wytrzymać w niej choćby pół godziny. Mieliśmy to szczęście w nieszczęściu, że na najbliższe dwa dni rejsu w czasie pory nocnej był przewidziany odpoczynek, tak więc wyłączano silniki, a w czasie rejsu,w dzień, opalaliśmy się na tarasie górnego pokładu, z dala od hałasu. Jakoś wytrzymaliśmy:) Rzeczą niezapomnianą w czasie pobytu na Nile Plaza były widoki i posiłki. Te ostatnie wręcz królewskie, desery jak z bajki, lepszych nie jadłam nigdy w życiu. Przy tym obsługa bardzo profesjonalna i sympatyczna, kuchnia-na medal. Pierwszego wieczora po kolacji uraczono nas pokazem tańca brzucha wykonanym przez korpulentną Egipcjankę, która rzeczywiście miała czym potrząsać. Kolejnym tańcem był taniec derwiszów, nawet znośny, nie mogłam wyjść z podziwu, jak można się kręcić w kółko przez prawie 20 minut…ale uwierzcie mi, można:)

Następnego dnia obudzono nas o świcie i wyruszyliśmy zwiedzać zabytki. Pierwszy przystanek- świątynia w Karnak

cdn.

DSC_1453Rejs po Nilu.

Faluka