13. Zakręcony Marrakesz.


Marrrrrrrrakesz!!!!! Co za miasto, dzikie, spontaniczne i pełne życia. Kto nie był w Marakeszu ten nie wie nic o Maroku i jego mieszkańcach. Można powiedzieć, że to kwintesencja kultury i tradycji tego kraju zmieszana z zachodnimi atrakcjami dla turystów. Na pierwszy rzut oka może wydawać się zapuszczonym miastem w ruinie, z całą masą starych odrapanych domków, ale to tylko złudzenie, dlatego że te stare domki to tak naprawdę zabytkowa część miasta, czyli medina. Tutejsza medina różni się znacznie od tej w Fez, jest otwarta, stanowi po prostu jedną z dzielnic. Otoczona wysokim różowym murem z kilkoma bramami- wejściami w postaci łuków. W środku można spokojnie jeździć na rowerze, co my oczywiście musieliśmy sprawdzić i pożyczyliśmy sobie rowery na przejażdżkę po mieście pewnego dnia i było, jak to zwykle na rowerze, bardzo zabawnie i po raz kolejny musieliśmy przyznać, że rower to wynalazek wszechczasów. Nie jakiś tam zamek błyskawiczny czy broń palna, czy nawet proch albo koło, tylko właśnie rower!!!!!! Na rowerze możesz odwiedzić dużo więcej, bez wysiłku, miło i świetnie się przy tym bawić. Jeździłam na rowerze w kilkunastu krajach, zawsze staramy się znaleźć w danym miejscu jakąś wypożyczalnię; różnie to z nimi bywało. Największą frajdę do tej pory sprawiła mi wycieczka rowerowa do Doliny Królów w Luksorze. Najbardziej oryginalnym pomysłem używania roweru była nasza wycieczka statkiem śródziemnomorskim, kiedy to cumowaliśmy w kilku portach 5 różnych krajów i zjeżdżaliśmy z pokładu na naszych małych składanych rowerkach; niektórzy z pasażerów statku przyznali, że następnym razem sami zabiorą takie składaczki, bo pomysł wydał im się genialny:-)

DSC_2106

DSC_2248

Stacja benzynowa

Tak więc jeździliśmy sobie po Marakeszu, zapuszczając się w najciemniejsze zaułki miasta, które w tym czasie pełną parą przygotowywało się do wspomnianego już święta baranka i ojcowie rodzin rozgorączkowani szukali ostatnich żywych i dostępnych baranów. Kilka razy prawie oboje się zdeżyliśmy na rowerach przez nieuwagę, gdy przejeżdżało obok nas coś, co z początku wydawało się wielką kupą ciał posadzonych na pędzącym motorze. Zaczynał hałasować klakson i musieliśmy usuwać sie z drogi tej rozpędzonej masie złożonej z kierowcy motoru, który przed soba na kolanach wiózł żywego, związanego barana, a za nim na motorze siedziała uczepiona żona , u której na kolanach, ścisnięte między ojcem a matką siedziało skulone małe dziecko, a za matką uczepione jej koszuli siedziało kolejne dziecko…Niesamowite, nigdy bym nie przypuszczała, że tyle „ciał” może zmieścić się na średniej wielkości motorze naraz… Innym razem Jose zaczął coś do mnie krzyczeć z tyłu, żebym uważała, bo dogania nas…baran na motorze, dosłownie, nie było widać kierowcy z daleka, tylko baranie cielsko przywiązane do kierownicy, a dopiero później, już z bliska, można było zobaczyć głowę kierowcy…co za strach! Baran na motorze!  Tylko w Marakeszu!!!

Kiedy nadszedł wielki dzień świętowania, wszyscy ojcowie rodzin czekali na znak imama, który jako pierwszy w każdym mieście zabija baranka i daje znak pozostałym. W Rabat, wielki imam zabija baranka a po nim robi to król, a dopiero potem cała reszta. Mięso dzieli się na części i każdego dnia gotuje posiłek z jednej z części. Baranią głowę piecze się na ruszcie, przed domem, na ognisku, na grilu lub na starych drucianych podporach materacy do spania. Taką opaloną, pozbawioną włosów głowę poźniej gotuje się i podobno wychodzi bosko smaczna zupa. My nie próbowaliśmy i bynajmniej nie żałowaliśmy;)

W Marakeszu, podobnie jak w Krakowie, Brukseli czy innym szanującym się mieście znajduje się plac główny, jakby rynek i tutaj ten plac nazywa się Jamaa el Fnaa, i jest to centrum życia towarzyskiego, kulturalnego przez całą dobę. Prowadzi do niego wiele ulic i uliczek, ale ta główna i najbardziej znana jest udekorowana setkami sklepików z badziewiami, barami, restauracjami, ulicznymi sprzedawcami wszystkiego.

DSC_2235

Video ze spaceru po placu Jamaa el Fna:

http://www.youtube.com/watch?v=9wTHgrM3J10

Plac Jamaa el Fna jest wypełniony straganami z jedzeniem, daktylami, cytrusami, napojami, słodyczami i pysznie pachnącymi kebabami. Należy jednak pamiętać, że w przypadku turystów trzeba uważać na każdym kroku co się je, myć często ręce, nie pić wody z kranu ani nie jeść lodów, sałatek ze świeżych warzyw i owoców, czyli ogólnie należy przestrzegać podobnych reguł jak w np. Egipcie, Tunezji, Algierii, Peru itp.

Można tu także zobaczyć zaklinaczy węży, dziesiątki grajków i muzyków używających fleciki i piszczałki wszelkiego rodzaju i kiedy wszyscy oni zaczynają grać w jednym czasie, konkurując między sobą kto może więcej i głośniej, to ta muzyka zamienia się w chaotyczny jęk, brzęk i łkanie piszczałek. Dowiedziałam się tutaj, że istnieje taki zawód jak opowiadacz bajek i historii. Wokół niego zbierają się widzowie i on opowiada, gestykuluje, rozśmiesza, straszy i potem zbiera datki. Pewnego wieczoru zaproszono nas do takiego kręgu, gdzie byliśmy jedynymi „bladymi twarzami” w tym momencie i jak dziadek skończył to po prośbie do kogo podszedł ze swoim beretem?? Do nas…tylko i wyłącznie. My trochę zawstydzeni szukaliśmy w pośpiechu jakichś drobniaków po kieszeniach i jak już wrzuciliśmy do beretki co znaleźliśmy, to nas wyśmiali, że tylko tyle mamy…ech…

Dziewczęta z Marakeszu zrobiły mi 2 śliczne tatuaże berberyjskie, które miały ponoć wytrzymać ponad 2 tygodnie, a wytrzymały jakiś tydzień, ale dobre i to, że nie zmyły się po pierwszym myciu rąk mydłem. W czasie wycieczki rowerowej zobaczyłam nie tylko medinę, ale także ogrody, hotel Mounia, madrasę (szkołę koraniczną), wieżę Koutubię (bliźniaczka Giraldy w Sewilli), kupiliśmy śliczne bluzki haftowane z delikatnej bawełny. Wieczorem tego samego dnia postanowiliśmy wraz z inną parą turystów skorzystać z łaźni, czyli popularnego tutaj hammam’u. Chyba każdy słyszał o bajecznych łaźniach arabskich, natryskach, basenach tureckich , my też i postanowiliśmy sprawdzić jakie są w rzeczywistości. Polecono nam wygodny hammam w centrum miasta, gdzie podobno przychodzi wielu turystów i zapewniono nas, że bedzie nam się podobało. My kobiety kupiłyśmy swoje bilety, cały pakiet atrakcji z mydłem specjalnym złuszczajacym, rękawicą do masażu, usługami typu masaż i peeling całego ciała. Nasze drugie połówki kupiły swoje bilety i weszliśmy, kobiety po jednej stronie budynku, mężczyźni po drugiej. Moja towarzyszka zabrała sobie strój kąpielowy, ja nie miałam przy sobie, więc postanowiłam pozostać w dyskretnej czarnej bieliźnie. Jak się szybko okazało, ten hammam to nie było dokładnie to, co sobie wyobrażaliśmy wszyscy. Duża sala-łaźnia z natryskami w postaci gumowych węży i wiader napełnianych wodą przez panią pracujacą w środku i mnóstwo rozbawionych, zupełnie nagich kobiet siedzących na podłodze, rozmawiających, myjących się, bez żadnego zażenowania czy wstydu przed innymi paniami. Młode, stare, grube i chude, wszystkie nagusieńkie, a my dwie w ubraniu, zawstydzone, Carmen prawie chciała uciec stamtąd, ale szybko podeszła do nas pani pracująca w łaźni, zapytała o bilety i widząc wykupione pakiety atrakcji, od razu zabrała się do pracy nad nami. Na początek posadziła nas na cienkich matach na tej podłodze, zaczęła polewać nas gorącą wodą i wcierać w nas maziste mydło złuszczające, które wydzielało dziwny siarkowy zapach. W swoim języku od początku jak tylko weszłyśmy przekonywała nas też, byśmy sciągnęły te głupawe ubranka typu strój kapielowy. Nie było rady, trzeba było rozebrać się do rosołu jak wszystkie. Oczywiście zostałyśmy „obgadane” i ocenione jak sądzę przez tutejsze, co myślały o nas nie wiem, ale na pewno były ciekawe, co nas tu przywiało…My myślałyśmy dokładnie to samo. Po kilkunastu minutach polewania wodą i wcieraniu mazi przyszła kolej na dalsze atrakcje typu peeling całego ciała. Pani założyła sobie rękawice, którą otrzymała w pakiecie Carmen i ona właśnie poszła jako pierwsza na złuszczanie… Kazano jej położyć sie na jedynej wolnej macie na podłodze i pani rozsiadła się obok niej okrakiem i zaczęła ścierać co się dało. Ile tego było! Myślałby kto z tutejszych , że te europejskie kobiety z „pierwszego świata” to w ogóle się nie myją, bo z biednej Carmen zaczęły schodzić całe płaty naskórka. Starsza pani ścierała, masowała, przewracała biedną Carmen na lewo i prawo, aż złuszczyła dosłownie każdy fragment jej ciała. Jak na to patrzyłam, to instynktownie szukałam drzwi wyjściowych, ale i tym razem nie udało się, bo przyszła kolej na mnie;-) Pani zostawiła leżącą na podłodze złuszczoną Carmen i kazała mnie położyć się na podłodze, tym razem bez maty, bo ta była już zajęta. Położyłam się wiec na gołej podłodze pokrytej mydlinami i (Boże wybacz…!) i naskórkami między innymi Carmen…Trzeba było ogromnej odwagi i samozaparcia, by sie na to zdobyć. Ja miałam 2 wyjścia- wstać i uciec stamtąd albo po prostu, będąc juz w środku umazana w mydle zamknąć oczy i robić to, co wszystkie baby naokoło. Wybrałam to drugie i położyłam sie na tej podłodze, zamknęłam oczy i oddałam się w ręce starszej pani złuszczarki. Zrobiła mi porządny peeling, potem masaż, oblała kilkoma wiadrami wody na przemian gorącej i zimnej, nastawiła kości i puściła nas wolno… Wyszłyśmy obie jak nowo narodzone, złuszczone, wyszorowane jak nigdy w życiu…i ze skórą gładką jak pupa niemowlaka. Niesamowite!!!!!!!!!!! Nigdy moja skóra nie była tak gładka i delikatna jak po tym wyczerpującym zabiegu. Nawet arabski hammam można przeżyć…

DSC_2163

Pałac Bahia

Następnego dnia znów objechaliśmy miasto wzdłuż i wszerz, odwiedzilismy Palais Bahia, grobowce lokalnych władców, ogrody i na deser zostawiliśmy sobie zoco, czyli targowisko. Kolejne miejsce, gdzie możesz kupić wszystko, znów sympatyczni sprzedawcy mający wszystko w najlepszej cenie i znów kłębowisko smaków, kolorów i zapachów. Jeden ze sprzedawców galanterii skórzanej okazał się baaaardzo gościnny, nie tylko sprzedał nam paski do spodni po „niewiarygodnie niskiej cenie”, ale też skręcił na poczekaniu porządnego jointa i tym „skrętem pokoju” przypieczętowaliśmy dobry paskowy interes. Odwiedziłam bajkowe ryady, czyli dawne pałacyki bogaczy dziś przekształcone w luksusowe małe hoteliki, gdzie każdy pokój jest w innym kolorze i ma inny wystrój, gdzie każda z łazienek jest zrobiona w innym stylu.

DSC_2117

 

DSC_2267

Można by tak opowiadać o zaczarowanym Marakeszu jeszcze bardzo dużo, ale najlepiej jest pojechać tam i zobaczyć, poczuć i spróbować przynajmniej tego wszystkiego, czego doswiadczyliśmy my:-) Insh Allah!!!

DSC_2281


12. W drodze z Fes do Marrakeszu. Casablanca, Rabat, Meknes i Volubilis.


W czasie powrotu z Fez do Marakeszu mieliśmy zaplanowane wycieczki do kilku miast po drodze. Zaczęliśmy od Volubilis, małej miejscowości znanej dzięki znajdującym się w niej ruinom rzymskim, dość okazałym i ciekawym, choćby z tego względu, że można tam zobaczyć prototyp współczesnego solarium, czy imponującą mozaikę podłogową ze swastyką (nie muszę chyba dodawać, że swastyka to nie wynalazek nazistowski, tylko symbol istniejący od tysiącleci, pochodzący z imperium starożytnych Indii, używany także przez Rzymian) no i przede wszystkim doskonałe kolumny. Zobaczyliśmy, popstrykaliśmy zdjecia i ruszyliśmy dalej.

DSC_1957

Kolejny przystanek- Meknes, jedna z dawnych stolic imperium. Małe miasto, ale przytulne i ładne. Atrakcją turystyczną w nim jest mauzoleum jednego z władców, Mulaya Idrisa. Po zwiedzaniu poszliśmy na marokańskie ciastka i ciasteczka, były wyśmienite, jak wszystkie arabskie słodycze. Pojedliśmy, popstrykaliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej, w stronę obecnej stolicy Maroka- Rabat.

DSC_1976

Rabat to duże, nowoczesne miasto, można powiedzieć europejska metropolia. Tutaj mieszka i urzęduje król Maroka Mohammed VI. Ma swoje pałace, ogrody, zaprzęgi konne, i inne rezydencje rozsiane po całym kraju. W Rabat znajduje się piękne mauzoleum poprzedniego króla Hassana II (ojca obecnego krola) i Mohammeda V (dziadka),wyłożone marmurami, mozaikami, przebogato zdobione płaskorzeźbami i strzeżone pilnie przez mały oddział gwardii honorowej ubranej w eleganckie czerwone mundury.

DSC_2007

DSC_1997

Mauzoleum Hassana II i Mohammeda V

Nie było specjalnie dużo czasu by zwiedzać dokładniej Rabat, zreszta mówią, że nie ma tu szczególnie ciekawych zabytków i w przeszłości Rabat nigdy nie był miastem imperialnym. Nawet obecnie jest stolicą tylko „na papierze” i pierwszą siedzibą władcy, bo stolicą kulturalną i historyczną jest Fez, ekonomiczną i biznesową kraju jest Casablanca.

Kolejnym przystankiem była słynna Casablanca, znany kurort nad Atlantykiem, to tutaj właśnie kręcono wszystkim znajomy film z Humpreyem Bogartem pt.” Casablanca”. My trafiliśmy na deszczową pogodę i chmury, ale na szczęście nie padało całymi dniami, tak więc mogłiśmy zwiedzić conieco. Wybrzeże trochę rozkopane, widać remonty, budowy przed nadchodzącym nowym sezonem turystycznym. Plaże trochę smutne, ale myślę, że to po prostu przez deszczową i wietrzną pogodę. Posiedzieliśmy chwilę na piasku i stwierdziliśmy, że jak już jesteśmy w Maroku, to trzeba by profesjonalnie skręconego jointa spróbować. Tylko skad go wziąć? Głupio nam było pytać ludzi na ulicach, czy mają trochę trawy, chociaż jest oczywiste, że tam wszyscy i o każdej porze dnia i nocy mają przy sobie zapasik haszyszu. Poszliśmy na gorącą herbatę ze świeżą miętą do pobliskiej mordowni i postanowiliśmy zapytać o skręta chłopaków z pobliskiej grupki grających w piłkę nożną na plaży. Nie zdziwili się, nie zaczęli się śmiać, po prostu wyciągnęli z kieszeni batonik haszyszu i zrobili nam prawdziwego marokańskiego jointa. Nie chcieli żadnych drobnych za niego, po prostu chcieli wypalić z nami jakby „fajkę pokoju”, symbolicznie podzielić się czymś z bardzo dobrze goszczonymi tutaj turystami. Marokańczycy są jednymi z najbardziej gościnnych narodów świata, i dla swoich, i dla przyjezdnych nieznajomych. Otwarci i sympatyczni, chętnie udzielają pomocy zagubionym turystom, czasami nawet odprowadzają ich osobiście do poszukiwanego miejsca, a to wszystko za darmo oczywiście, podają rękę (tylko prawą, bo lewą używa sie tylko do podcierania wiadomo czego i stąd jest w zwyczaju i w dobrym tonie, by nie podawać ręki lewej nikomu, by nie brać lewą ręką ani pieniędzy, ani jedzenia) na pożegnanie i odchodzą z uśmiechem na ustach. Nie są tak nachalni jak Egipcjanie, ale też nie są tak biedni, Maroko chociaż nie jest mocarstwem, jest bogatsze od Egiptu, lepiej rozwinięte i stąd ludzie jakby spokojniejsi w kontaktach z turystami.

W Casablance znajduje się ogromny, spektakularny meczet zbudowany przez Hassana II, czyli za czasów nowożytnych i niedawno oddany do użytku. Powierzchnia całego kompleksu (świątynia, ogrody, łaźnie) jest bardzo duża, znajduje się on na wybrzeżu i stanowi nie lada atrakcję dla przepływających obok niego podróżnych, którzy mogą podziwiać w czasie rejsu świetlistą, imponującą budowlę z białego marmuru. Meczet w Casablance jest drugim co do wielkości meczetem na świecie (największy jest w Mekce), przebogaty, przeozdobny, wyraża cały splendor i bogactwo kultury muzułmańskiej. Wyłożony marmurami wewnątrz i z zewnątrz, udekorowany misternymi mozaikami drewnianymi na ścianach i suficie, z fontanną i źródełkiem w środku. Niesamowity, bogaty, kosztował  majątek , ale postawiony na chwałę Allaha i Hassana II. Na szczęście mogłam zrobić tyle zdjęć ile chciałam, a mogłabym zrobić ich setki w jednej tylko sali głównej modlitwnej, nie wspominając o podziemnych łaźniach i basenach, tylko troszkę ustępujących swoim bogactwem głównej świątyni.

DSC_2017

DSC_2035

DSC_2083

Łaźnie w dolnej części meczetu.

Następnego dnia czekała nas podróż powrotna z Casablanki do Marakeszu.

cdn.

11. Podróż do przeszłości. Fes.


Fes.

Kto ma ochotę zobaczyć i poczuć na własnej skórze jak to jest żyć w średniowieczu, niech wybierze się do marokańskiego miasta Fez i odwiedzi jego medinę, czyli starą, zabytkową dzielnicę miasta. Odgrodzona od nowszej części miasta medina jest otoczona wysokim murem i ma kilka pięknych, ozdobnych bram wejściowych. My weszliśmy jedną z nich, która od strony zewnętrznej jest pomalowana na niebiesko (kolor niebieski to kolor miasta Fez) a od wewnątrz na zielono (kolor Islamu). W obrębie mediny żyje kilkaset tysięcy osób, co wydaje się dziś być czymś niewiarygodnym, zważywszy na sposób życia i warunki w medinie. I można tam zobaczyć dosłownie WSZYSTKO. Począwszy od malutkich domków-lepianek  na wytwornych pałacykach bogaczy skończywszy. Zobaczyć tam można tysiące sklepików, straganów, meczetów, minaretów, ulicznych barów, szkół koranicznych, placów zgromadzeń, warsztatów, małych fabryk …i kilometry wąziutkich niskich uliczek, po których oprócz rozpychającego się tłumu mogą przemieszczać się tylko osły, będące tam jedynym środkiem transportu. Nie mieści się w medinie żaden samochód, wóz drabiniasty, nawet motorów tam nie ma. Raz tylko widzieliśmy spieszącego się kupca ciągnącego za sobą mały dwukołowy wózek z żywym baranem. Zbliżało się święto baranka, w którym każda muzułmańska rodzina ma obowiązek złożenia w ofierze barana. Kto bogatszy, ten zabija kilka baranów. Król Maroka, Mohammed VI zabija co roku kilkanaście baranów, za siebie, za królestwo, za poddanych, za rodzinę i za inne swoje sprawy. Jest to ważne i wyczekiwane święto, ludzie są podekscytowani, każdy szuka najładniejszego i najdorodniejszego barana, jeszcze go tuczy przez kilka dni przed ubiciem.

My wędrowaliśmy w labiryncie uliczek w medinie z naszym przewodnikiem Idrisem, doskonale wykształconym w Hiszpanii filologiem i historykiem. Zna on każdy zakątek mediny i rodzinnego miasta Fez. Co 20 minut przypominał nam, byśmy sie nie oddalali bez jego wiedzy nawet na krok, bo sami się zgubimy. Opiwiedział nam o pewnej grupie turystów, która zeszłego roku postanowiła po obiedzie iść na spacer do mediny, nie mówiąc o tym swojemu przewodnikowi…Jak weszli pierwszego dnia, tak wyszli następnego, przerażeni i zagubieni wśród labiryntu uliczek, sklepików, straganików…Nie potrafili się dogadać z mieszkańcami, którzy nie zawsze potrafią czytać mapę lub w ogóle czytać, nie działały im telefony komórkowe i po prostu utknęli w medinie na kilka godzin. Po długim błądzeniu, wieczorem, dotarli wreszcie do bramy wyjściowej i okazało się, że nie mogą wyjść na zewnątrz, bo jest zamknięta na cztery spusty i otworzą ją dopiero rano. Całe miasteczko poszło spać a ci biedacy koczowali pod bramą… Już nie ruszyli się nigdzie sami bez Idrisa w mieście Fez.

DSC_1846

Madrasa, czyli szkoła koraniczna w medinie w Fes.

Idris pokazał nam różne warsztaty i rzemiosła do tej pory praktykowane w muzułmańskieh medinie, jak warsztaty tkackie, ceramiczne, dzieła sztuki z brązu, srebra i mosiądzu, czarodziejskie lampy Alladina, ale najciekawszym punktem wycieczki była wizyta w garbarni skór… Nie do opisania, jakie wrażenie robi to miejsce na odwiedzających. Wyobraź sobie okrągłe doły w ziemi, wypełnione cuchnącymi cieczami o różnych kolorach, obok doły z sodą kaustyczną, gołębim nawozem, wapnem, a pomiędzy nimi biegają chłopcy, do pasa zanurzeni w owych kolorowych dołach, gołymi rękoma zanurzając skóry w barwnikach…Smród nie do opisania. Każdemu odwiedzającemu wręcza się gałązkę świeżej mięty, by złagodzić fetor garbowanych skór. Od niepamiętnych czasów ten zawód należał do najcięższych i najbardziej niewdzięcznych. W książce „Pachnidło” Patricka Suskinda autor opisał ze szczegółami pracę grabarzy, ohydną, niebezpieczną i przeznaczoną dla mętów, przestępców i wyrzutków społeczeństwa, gdyż nikt inny nie chciał jej wykonywać. Tu w Fezie nie jest ona taka straszna jak sądzę, ale niebezpieczna na pewno, ze względu na chemiczne opary wdychane całymi dniami przez robotników. Wyroby skórzane są potem sprzedawane za ciężkie pieniądze i  można po takiej wizycie zrozumieć dlaczego. Ja kupiłam oryginalną karminową torbę ze skóry wielbłąda barwioną naturalnie zagęszczonym wyciągiem z maków polnych i innych tutejszych roślin. Piękne, soczyste kolory pozyskiwane są także sposobami tradycyjnymi, z roślin, minerałów. Do niedawna jeszcze moja torba trochę śmierdziała od zabiegów, jakim poddawano te biedne skóry, musiałam więc wkładać do środka pachnące mydełka, by niwelować ten smrodzik.

DSC_1912

Doły z sodą kaustyczną (białe) i z barwnikami naturalnymi (kolorowe).

W warsztacie wytwarzającym słynne dywany chciano nam je sprzedać wszystkie po kolei, za niebotyczne sumy oczywiście, a w warsztacie tkackim o mały włos nie kupiłam kilku szali w bajkowych kolorach. Postanowiliśmy zamiast kupować wszystko, co zachwalali nam sprzedawcy (a są w tym wręcz genialni) pochodzić spokojnie po medinie. Próbowaliśmy słodkich przepysznych daktyli, ciasteczek sezamowych, cukierków, batoników domowej roboty. Arabskie słodycze są niepokonane. Najlepsze jakie istnieją! Czy ktoś próbował daktylowego ciasta z musem waniliowym??? Nie?? to nic nie wiecie o słodkościach tego świata 🙂

DSC_1989

Mijając kolejnego osła obładowanego kontenerami z Coca-Colą, napawaliśmy się zapachami pieczonych kebabów i falafeli. Gdzieniegdzie ktoś zaczepiał nas i pytał skąd przyjeżdżamy. My po hiszpańsku lub francusku, pytający po arabsku. My o gruszce, on o pietruszce. Rozmowa kończyła się uściskiem rąk i wymianą usmiechów, grzecznościom i ukłonom nie było końca. Tylko jeden staruszek-sprzedawca pietruszki zezłościł się na nas, jak chciałam zrobić mu zdjęcie. Siedział otoczony z każdej strony natką pietruszki, było mu widać tylko ręce i głowę…zdjęcie byłoby fantastyczne, jak ten dziadek i cała medina.

Opowiadając o medinie w Fezie nie sposób nie wspomnieć o najbardziej charakterystycznej cesze arabskich zabytków, ich misternie wykonanych zdobieniach, rzeźbach, malowidłach, ceramice, mozaice. Zadziwia ich piękno, szczegóły, dobór kolorów, światłocienie, delikatne kolumny pałacyków. Jak z baśni Szeherezady, jak z opowiadań o rodzynkach z Orientu i Sindbadzie. Wszystkie te cuda w większości przypadków można zobaczyć dopiero wewnątrz budynku, z zewnątrz ich właściciele stawiali normaluchne szare ściany, mury, odrapane okna, by nie mącić spokoju biedniejszej części mieszkańców miasta. Po wyjściu z mediny zwiedziliśmy jeszcze miasto Fez, posłuchaliśmy opowieści Idrisa, podziwialiśmy bramę jednego z licznych w kraju pałaców króla,  i wieczorem postanowiliśmy zobaczyć Fez w innym świetle, w świetle restauracji i nowoczesnych barów.

DSC_1797

Brama pałacu królewskiego w Fezie

cdn.

10. Maroko.


Maroko znajduje się tak blisko Hiszpanii, że dla tutejszych jest jednym z najpopularniejszych miejsc na krótki wypad , wypoczynek z przyjaciółmi, czy po prostu miejscem tańszych zakupów. Wielu Hiszpanów, zwłaszcza inżynierów i architektów pracuje w Maroku i na weekend wraca do domu, do Hiszpanii. Marokańczycy stanowią jedną z najliczniejszych grupę imigrantów w królestwie Hiszpanii, pracują tutaj sezonowo, na stałe, mieszkają, sprowadzają rodziny, zakładają swoje małe biznesy i zajmują się niestety także przemytem haszyszu, który jest uznawany za bardzo dobry jakościowo, hehe. Znam osobiście kilka osób tej narodowości i są to bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. W Hiszpanii jednak nie cieszą się zbyt dużą sympatią, jak zresztą wszyscy muzułmanie, do których Hiszpanie (i pewnie nie tylko oni) mają dosyć sporo uprzedzeń. Należy pamiętać, że w toku swojej historii, Hiszpania przez prawie 700 lat była pod rządami muzułmańskimi, a w Cordobie znajdował się kalifat, największy po tym znajdującym się na Bliskim Wschodzie. Zostali oni wygnani z półwyspu iberyjskiego przez królów katolickich i do tej pory świętuje się to wydarzenie, co roku obchodząc tę rocznicę w postaci hucznych imprez i ulicznych pochodów setek ludzi przebranych za „los moros y christianos” czyli muzułmanów i chrześcijan. Czasami myślę, że właściwie obecni Hiszpanie to mieszanka europejsko-arabska, w ich żyłach płynie przecież krew „moros”, którzy żyli na tych ziemiach przez kilkaset lat. Skąd więc u nich niechęć, która można czasem wyczuć w stosunku do np. Marokańczyków?

Postanowiliśmy na własne oczy poznać troszkę ten znany z filmów i opowieści kraj, który od zawsze wydawał mi się bajkowy i kolorowy i był dla mnie typowym przykładem kraju, o którym myślałam czytając baśnie Szeherezady i Tysiąca i Jednej Nocy. I chyba wszyscy słyszeli o tajemniczym Marakeszu, najdroższym i najbardziej ekskluzywnym na świecie hotelu Mounia, znajdującym się właśnie w Marakeszu, znanym z wielu produkcji hollywoodzkich.

Rozpoczęliśmy naszą wizytę podróżą prawie 8-godzinną z Marakeszu, gdzie wylądowaliśmy, do Fez, kulturalnej i dawniej oficjalnej stolicy Maroka. Podróż autobusem trochę nużąca, ale nasz wesoły przewodnik robił co mógł, by jakoś czas szybciej płynął. Zatrzymaliśmy się kilka razy, i, podczas gdy inni podróżni sadowili się w przydrożnym hotelu na obiedzie, my uciekliśmy „na miasto”, chcąc spróbować czegoś miejscowego i zobaczyć okolicę. Nie wiem, jak się nazywała ta miejscowość, ale była malutka, miała jedna główną ulicę, kilka domów i barów, miała nawet dużą jak na te warunki aptekę no i przepiękne widoki, wprost na wysokie i ośnieżone szczyty górskie pasma Atlas. Oczywiście wzbudziliśmy sensację w tej wiosce, pewnie każdy myślał, że się biedacy zgubiliśmy, bo na turystyczną ta miejscowość raczej nie wyglądała. Znaleźliśmy przydrożne stoisko z jedzeniem, które fantastycznie pachniało i postanowiliśmy sprawdzić, co tam się sprzedaje. Sprzedawca się zestresował, zaczął szybko szukać jakichś czystych łyżek i widelców, pluć na szklanki, bo trochę osadu miały no i wpadł na pomysł, ze może byłoby dobrze ręce umyć. Brzmi zniechęcająco, ale uwierzcie, byliśmy już bardzo głodni i to jedzenie taaak pysznie pachniało! Były to porcje warzyw z kawałkami mięsa wołowego pieczone (każda porcja w osobnym glinianym naczyniu postawionym na żarzącym się węglu) na wzór pieczonych ziemniaków na południu Polski, gdzie do dużego żeliwnego gara wkłada się ziemniaki, marchewkę, cebulę, boczek, kiełbasę i inne składniki według upodobań, to wszystko przykrywa się liśćmi kapusty, grubą darnią i stawia na wolnym ogniu prawdziwego ogniska. Wersja marokańska wyglądała równie apetycznie, serwowano ją ze świeżym plackiem chlebowym. Nazywa się to danie tajin. Niebo w gębie!!!!! Było pyszne, aromatyczne, pikantne (dzięki Bogu, bo przyprawy pikantne zabijają bakcyle) i taki tajin był dużo lepszym wyborem niż jakieś tam frytki i pierś z kurczaka w hotelu. Sprzedawca był zachwycony naszym zachwytem i pochwałami, chociaż pewnie niewiele rozumiał po francusku. Poprośilismy go o zdjęcie i cały szczęśliwy ustawił się dumnie za ladą swojej budy, zawołał żonę, dziecko i kazał pstrykać foto. Pożegnaliśmy się serdecznie i pojechaliśmy dalej, jeszcze w autobusie żując ostatnie kawałki placka umaczanego w sosie. Pierwszy kontakt z tubylcami- bardzo miły i przepyszny:-)

DSC_1776

DSC_1775

cdn.

9. Muzeum Egipskie w Kairze. Cuda z grobowca Tutankamona.


Muzeum Egipskie w Kairze zwiedzaliśmy przez prawie cały dzień i wyszliśmy z niego wycieńczeni, nasyceni jak gąbki historią i sztuką starożytnego Egiptu, ale tak bardzo nam się podobało, że myśleliśmy wrócić tam jeszcze raz, by znów się „pomęczyć”. Oczywiście piętro z eksponatami z królewskiego grobowca Tutankamona jest główną atrakcją, bezkonkurencyjną i bezsprzecznie genialną. Tyle złota, szlachetnych i półszlachetnych kamieni, srebra, a przede wszystkim ludzkiej pracy tworzącej arcydzieła nigdy wcześniej nie widziałam, byłam oczarowana ilością skarbów Tutankamona i ich niesamowitym pięknem. Nie będę się w tym miejscu rozdrabniać, bo szczegóły każdy w przewodniku znajdzie, powiem tylko, że warto było czekać na spotkanie oko w oko z faraonem:-) W osobnym, zaciemnionym pokoju muzeum znajduje się słynna i chyba wszystkim znana ze zdjęć maska pośmiertna Tutankamona, ale kiedy stajesz przed nią naprawdę, i w tej zaciemnionej sali patrzy na ciebie swoimi oczami, masz wrażenie, że patrzysz na samego faraona , którego twarz ukryta jest pod maską i ciarki przechodzą po plecach. Widziałam tam ludzi jakby zahipnotyzowanych, którzy przez kilkanaście minut wpatrywali się w nią, może szukali jakiejś energii i na szczęście jest za szkłem, bo pewnie wszyscy chcieliby jej dotknąć, a ja pierwsza 😉

Na kolacje poszliśmy do eleganckiej i przytulnej restauracji głównie dla turystów, zjedliśmy pyszne dania lokalne i postanowiliśmy wznieść toast napojem z hibiskusa i mlekiem z cynamonem za powrót do magicznego Egiptu.

Znaleźliśmy też czas na odpoczynek w hotelu (wreszcie!), na kąpiel w basenie popijając drinki serwowane przez biednego kelnera pracującego w swoim barze zanurzonym w wodzie:-)

Tak, jeszcze tu kiedyś wrócimy. Insh’Allah!

DSC_1721

8. Trzy wielkie religie w Kairze. Cytadela, Khan-el-Khalili, Kair koptyjski.


Następnego dnia zobaczyliśmy Cytadelę, Dzielnicę Umarłych, Khan-el-Khalili oraz część koptyjską Kairu, czyli część chrześcijańską. Byłam ciekawa, dlaczego jedną z dzielnic nazywano Dzielnicą Umarłych, chociaż wiedziałam wcześniej, że to najbiedniejsza zona w mieście i wkrótce uswiadomilam sobie, że nazwa w pełni odpowiada rzeczywistości…Biedacy mieszkają tam w grobowcach i pałacykach cmentarnych, bo nie mają własnego domu i turyści nie powinni tam wchodzić, gdyż narażają się na rabunek a nawet na agresywne ataki uzbrojonych mieszkańców. My „zwiedziliśmy” tę dzielnicę przejeżdżając samochodem , powolutku i tylko po głównych uliczkach, by nie prowokować nikogo. Nie wyobrażam sobie zgubić się tam wieczorem…byłoby lepiej od razu strzelić sobie w głowę (podobnie niebezpiecznie jest w Limie wieczorami w niektórych miejscach).

Cytadela to kompleks budowli znajdujący się na wzniesieniu, z którego widać pięknie panoramę całego miasta, które dopiero w tym momencie można tak naprawdę zobaczyć prawie w całości. W obrębie cytadeli znajdują się meczety, w tym meczet Alabastrowy (meczet Mehmet Ali) i meczet Ibn Tulun, liczne tarasy widokowe, muzeum wojskowe i policji oraz inne malutkie meczety, których zresztą w całym Kairze jest ok. 1000. Panorama miasta przedstawia się jako skupisko szaroburych budynków, bloków, domów, setek minaretów a smaczku dodaje wszechobecny hałas ruchu ulicznego, klaksonów, śpiewu imamów i mgiełka smogu unosząca się nad miastem…

DSC_1590

Panorama miasta widziana z Cytadeli

W obrebie cytadeli poczuliśmy prawdziwy powiew i smak islamu, religii potężnej, pięknej i pełnej pokoju. Zobaczyłam modlących się w pełnym skupieniu ludzi, po modlitwie można było wejść do środka świątyni alabastrowej, która onieśmieliła nas swoim bogactwem, dekoracją i pięknem. Przed wejściem obmyliśmy ręce, twarz w wodzie z alabastrowej fontanny i w samych skarpetkach weszliśmy na czerwone dywany. Ja miałam niebieski szal z Aswanu na głowie, z szacunku dla tradycji islamskiej w miejscu świętym dla muzułmanów; chodziłam zresztą przez cały czas pobytu w Egipcie z szalem na głowie, by nie zwracać bardzo uwagi i dla poszanowania tradycji. Kilka razy pytano mnie, po co noszę zakryte włosy, skoro nie jestem muzułmanką, a ja odpowiadałam, że jestem w państwie, którego obyczaje staram się przestrzegać. Innym razem młody chłopak w Kairze powiedział mi, że bardzo podoba mu się, że noszę chustkę i że szanuję obyczaje w jego kraju. Wracając do meczetu w Cytadeli, nie wiem czemu, ale wzbudziłam sporą sensację wśród zwiedzających go muzułmańskich dziewcząt i wszystkie chciały zrobić sobie ze mną zdjęcie. Z początku myslałam, że po prostu śmieją się ze mnie, że noszę chustkę, ale to chyba nie było to, hehe, po prostu podobałam im się… a może nigdy nie widziały jasnej blondynki w niebieskim szalu z Aswanu na głowie:-) Muszę dodać, że niektóre kobiety, zwłaszcza w Kairze chodzą ubrane jak Europejki, nowocześnie i odważnie, ale większość wciąż tradycyjnie, z zakrytą głową, młode kobiety natomiast łączą styl zachodni z tradycyjnym nakryciem głowy.

DSC_1604

W innym meczecie otwartym dla turystów, najstarszym w Egipcie, meczecie Sulejmana Pachy znajduje się grobowiec rodziny królewskiej, cały w marmurze, pięknie ozdobiony inkrustacją z kolorowych kawałków półszlachetnych kamieni. Dowiedziałam sie też, że muzułmanie mają swój własny różaniec.

Po południu czekała na nas kolejna atrakcja tego niesamowitego miasta: dzielnica koptyjska. Znajduje się jakby w ogrodzie, poniżej poziomu miasta, jest bardzo stara i tajemnicza. Podobno jeden z kościółków został zbudowany na ruinach schroniska, gdzie chwilowo przebywała rodzina święta w czasie ucieczki przed Herodem. A obok zabytkowa synagoga… to piękne, że istnieją obok siebie , od wieków, 3 potężne religie i nie ma z tego powodu wojen, nieporozumień, ludzie do dzisiaj żyją spokojnie i we wzajemnym szacunku.

Wciąż przed nami największa dla wielu atrakcja Kairu: targowisko Khan-el Khalili. Ten kąsek zostawiliśmy sobie na koniec dnia wypełnionego zwiedzaniem i było warto, bo targ ożywa właśnie popołudniu i do późnych godzin nocnych jest otwarty. Kto nie widział Khan-el Khalili, ten nie widział Kairu i nie poznał jednej z bardzo ważnych części arabskiej kultury. To ogromne, prawdziwe zbiorowisko wszystkiego, gdzie można kupić wszystko i gdzie nie tylko można spotkać setki turystów, ale także mieszkańców Kairu robiących normalne zakupy. Można zjeść tradycyjne potrawy, przepyszne daktylowe i sezamowe słodycze, posłuchać muzyki, zapalić fajkę wodną (shisha), potargować się dla zabawy, usiąść na krzesełku z właścicielem sklepiku i posłuchać ciekawych historii. Wszyscy oferują wszystko, mozna nawet kupić „nic”, jak nam powiedział jeden ze sprzedawców, kiedy, zmęczeni już kilkugodzinnym chodzeniem między straganami, na kolejne : „przepraszam, czego szukacie?” odpowiedzieliśmy zdawkowo „niczego”, sprzedawca nie dawał za wygraną i powiedział: „nic? też mam, jaki rozmiar??” Wybuchnęliśmy śmiechem i skończyło się na tym, że kupiliśmy kolejny badziew. Nigdzie cynamon nie pachnie tak cudownie jak na targowisku w Kairze i nigdzie papryczka chili nie ma tak soczystego koloru jak właśnie w Khan-el Khalili. Wyszliśmy na wielki plac pełen kafejek, herbaciarni i restauracji i od razu znaleźliśmy słynną herbaciarnię Fishawi, najstarszą i najbardziej znaną w całym Egipcie. Zamówiliśmy herbatę z miętą, tradycyjny napój w Egipcie, obok zimnego naparu z hibiskusa nazywanego tu karkade. I dostaliśmy fantastyczny gorący napar z gałązkami świeżutkiej mięty w szklankach! Bajecznie pyszne:-)

DSC_1692

Targowisko Khan-el Khalili

DSC_1706

Na herbatce w Fishawi

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni ale nasyceni smakami , kolorami i zapachami metropolii egipskiej. Czekał nas kolejny dzień, tym razem pod postacią wyczerpującej lekcji historii i sztuki starożytnego Egiptu. Jutro- wizyta w Muzeum Egipskim w Kairze.

cdn.

7. Kair. Piramidy w Gizie. Menfis i Sakkara. Dashur.


Do Kairu przylecieliśmy późnym popołudniem i zatrzymaliśmy się w ślicznym hotelu Fairmont. Jedynym jego minusem było to, że znajduje się on daleko od centrum turystycznego, tzn. typowych miejsc odwiedzanych przez turystów. Kair jako miasto nie ma właściwie centrum ani starówki, ma za to sporo głównych ulic handlowych, z pięknymi sklepami, zadbane dzielnice mieszkalne dla bogaczy i dzienice biedoty. Moim pierwszym wrażeniem po przyjeździe było to, że miasto nie tyle jest ogromne, co bardzo chaotyczne i hałaśliwe. Wszędzie samochody, wszędzie piesi i wszyscy kierowcy bez przerwy naciskający klakson… Zapytaliśmy w końcu o co chodzi z tym klaksonem, dlaczego każdy kierowca co kilka sekund naciska klakson i powiedziano nam, że to dla ostrzeżenia. Hmmm, Ameryki nie odkryliśmy, ale jak się przyjrzeliśmy dokładnie, to zauważyliśmy, że klakson służy jako ostrzeżenie typu : „uwaga, wymijam cię! albo”, „cześć Ahmed, co słychać”.

W mieście nie zauważyliśmy przejść dla pieszych ani semaforów, gdzieniegdzie tylko policja drogowa zatrzymywała samochody, kiedy jakiś zdesperowany 20 minutowym czekaniem przechodzień zaczął krzyczeć, że musi przejść na drugą stronę. Kierowcy nie używają świateł w ciemności. Dlaczego? Bo przeszkadzają innym kierowcom…Zamiast świateł używają właśnie klaksonu.

DSC_1517

Piramida Kefrena (z czapeczką) i piramida Keopsa w tle, najwyższa.

Następnego dnia wyruszyliśmy na podbój Gizy, by zobaczyć na własne oczy to, co każdy od małego dziecka zna: piramidy. Znów trzeba było zakupić specjalny bilet, który oczywiście wykluczał (jak w przypadku Doliny Królów) największą atrakcję, czyli piramidę Cheopsa (Keopsa). Żeby wejść do tej największej piramidy, trzeba było kupić osobny bilecik, droższy niż wszystkie inne;) Ale skoro nie było rady, trzeba było zapłacić, bo na co komu turyści , którzy nie płacą? My weszliśmy do piramidy Kefrena, drugiej co do wielkości. Z zewnątrz te najbardziej charakterystyczne budowle starożytności robią niezapomniane wrażenie swoim ogromem i doskonałością geometryczną,  wewnątrz zaś czułam lekki niepokój, bo te gigantyczne bloki kamienne jakby drżały i słychać było dziwny pogłos, echo, buczenie… i miałam wrażenie, że cała ta konstrukcja, która wytrzymała 4 tys. lat zwali mi się na głowę właśnie teraz…:-) W środku nie ma malowideł ani płaskorzeźb, po prostu perfekcyjnie gładkie ściany, jakby ktoś gładź położył i do części głównej piramidy schodzi się lekko w dół dłuuuuugim tunelem, niskim i wąskim i naprawdę kto ma słabe nerwy, wychodzi stamtąd raczej szybko. W sali głównej, gdzie dawniej znajdowały się sarkofagi dzisiaj nie ma już nic, bo wszystkie znalezione mumie znajdują się pod opieką muzeum w Kairze lub innych specjalistów od konserwacji. Pozostają tylko niektóre kamienne sarkofagi. Tak jak w grobowcach królewskich w Luksorze było bardzo gorąco i duszno, tak tutaj, w piramidzie było chłodno i naprawdę przyjemnie. Jednym słowem-kolejne niezapomniane przeżycie. Obok piramid drugi emblematyczny symbol Egiptu- legendarny Sfinks. Jest bardzo duży i bardzo zniszczony, ale widzieliśmy robotników odnawiających stopy posągu, z daleka wyglądało to jakby kładli…kafelki.

DSC_1538

Kto zwiedza piramidy w Gizie znane całemu światu, powinien też obejrzeć piramidę schodkową w Sakkarze, jest to jedna z pierwszych i najstarszych na świecie piramid i jest zupełnie inna niż pozostałe, podobnie jak piramida romboidalna w Dashur, która jest raczej wynikiem pomyłki budowniczych niż zamierzonym celem. Sakkara i Menfis to dwa dawne ośrodki władzy faraonów, Menfis było stolicą imperium na 4 tys. lat wcześniej niż obecny Kair.

Aby dostać się do Menfis i Sakkary trzeba było wynająć taksówkę i oczywiście nie trzeba było nawet wysilać się by ją znaleźć, bo przy masie turystów kłębiła się cała masa kierowców, przewodników, sprzedawców oferujących swoje usługi. My skusiliśmy się na ofertę jednego starszego pana w białej półprzeźroczystej piżamce, który wydawał nam się bardzo sympatyczny i zabawny i przede wszystkim niegroźny więc wsiedliśmy do jego starej rakiety i popędziliśmy w stronę Sakkary i Menfis. Nasz kierowca okazał się człowiekiem tak wesołym, że prawie zapomnieliśmy o piramidzie schodkowej, bo tak byliśmy zajęci rozmową z Alim. Mówił trochę po angielsku, trochę po hiszpańsku, a większość po arabsku, więc mieliśmy niezłą papkę, z której usiłowaliśmy wyłowić jakiś sens. Opowiadał o życiu w Kairze, że wszystko jest „mucho caro, in here, in al-Cairo todo mucho caro. Many bad peoples in night, buy in here in center many good peoples , mucho good persons…” Potem puścił nam z magnetofonu w swoim samochodziku jakąś kasetę z piosenkami i przy swojej ulubionej zaczął śpiewać i klaskać…kierując samochodem. Ali był bardzo cierpliwy i profesjonalny, miał nawet swoją wizytówkę i był do naszej pełnej dyspozycji:-) Obejrzeliśmy piramidę schodkowką w Sakkarze i ruszyliśmy do Menfis zobaczyć małe otwarte muzeum z nielicznymi pozostałościami po dawnej stolicy starożytnego Egiptu i zobaczyć ogromny posąg Ramzesa II (kogóżby innego) do tej pory leżącego i czekającego na wykończenie. Wracając do Kairu spędziliśmy ponad 30 minut w korku by dojechać do hotelu i nawdychaliśmy się tyle spalin, że wystarczy na całe życie. Prawie zaczęłam wymiotować od dymu, jaki nagle zaczął wydobywać się ze środka samochodziku naszego kierowcy. Nie można było uciec, bo staliśmy w gigantycznym korku, gdzie każdy samochód smrodził i każdy kierowca używał klaksonu dla rozluźnienia się, nie można było przewietrzyć samochodu, bo na zewnątrz opary spalin z sąsiednich samochodów… Bajka.

DSC_1551

Sakkara. Ali w bialej pizamce:-)

DSC_1576

Kolos z Menfis. Ramzes II

Przed nami ostatnie dni w Kairze.

cdn.