5. Stateczkiem po Nilu. Świątynie egipskie. Asuan.


Przez kilka następnych dni płynęliśmy stateczkiem po Nilu na południe, w stronę Aswanu i Abu Simbel. Pewnej nocy zatrzymaliśmy sie ok. północy w małej miejscowości Esna, gdzie znajduje się śluza na rzece (chyba tak to się nazywa), która dzieli rzekę na 2 poziomy. Każdy przepływający obiekt musi taką śluzę pokonać, by móc kontynuować podróż. Trwało to ok. 2 godzin, bo przed nami w kolejce znajdowało się kilka innych statków. Płynęliśmy dalej i rano dobiliśmy do brzegu w małej wiosce Edfu, gdzie znajduje się świątynia Horusa, boga-Jastrzębia. Jest otoczona wysokim murem i sprawia wrażenie, jakby ona sama i ten mur mieli rozsypać się w ciągu pięciu minut, gdyż jest zbudowany nie tylko z kamienia, ale także z czerwonej gliny. Jest to jedyna w Egipcie prawie w całości zachowana świątynia, z dachem, ścianami i przepiękną, zrekonstruowaną barką w środku, w części do której nie mieli wstępu zwykli śmiertelnicy. W tej barce raz do roku prowadzano posągi boskie w świetej procesji, w tym przypadku posągi Horusa i jego żony Hathor (boginii Krowy). Duże wrażenie robi na zwiedzających rzeźba Horusa stojąca przy wejściu do kompleksu, przedstawiająca go jako jastrzębia w koronie Górnego Egiptu.

Po południu odwiedziliśmy także inne zabytki, świątynie boga-Krokodyla, Sobka w Kom-Ombo. Rzeczą godną uwagi w tym miejscu jest kalendarz egipski, który można zobaczyć w postaci płaskorzeźby tylko w tej jednej świątyni Sobka, jest interesujący, widać wyraźnie podział na dni, miesiące. Tutaj też znajdują się mumie krokodyli, które (jak wiele innych zwierząt) były święte dla Egipcjan, gdyż uosabiały Sobka, bóstwo odpowiedzialne za dobroczynne wylewy Nilu. W Kom-Ombo znów mogliśmy podziwiać złocisto-pomarańczowy zachód egipskiego słońca.

Kiedy wrócilismy na statek, w naszej kabinie czekała niespodzianka… Otwieramy drzwi, w kabinie ciemno, ja wchodzę pierwsza i ….nagle wrzask! Coś mnie dotknęło gdy stałam w miejscu, gdzie teoretycznie nie powinno być nic! Wyskoczyłam z pokoju na korytarz, Jose zapalił światło i zobaczyliśmy dużą małpę zrobioną z koca i ręczników zwisającą z sufitu tuż przy drzwiach wejściowych… było sporo śmiechu, myślę, że nie byliśmy jedynymi, którym zrobiono taki dowcip. Po kolacji kolejna atrakcja: tańce w strojach wieczorowych, czyli w strojach sindbadowych, w czilabach arabskich. Kto nie miał, to sobie kupił albo na statku (made in china) za niebotyczną cenę, inni zakupili wcześniej na targowisku koło świątyni w Kom-Ombo (gdzie my kupiliśmy kilka pięknych szali od niejakiego „szefa”). Nasze czilaby były najładniejsze, jak zwykle, bo to oryginalne stroje zakupione w Tunezji, dwu-częściowe z pasem, moja w kolorze ciepłego różu…są śliczne…

DSC_1231

W czasie ciepłych wieczorów wielu pasażerów spędzało długie godziny na tarasie. Pewnej nocy było słychać wyraźnie hałas dochodzący z brzegu i okazało się, że podpływają na małych łódkach mieszkańcy okolicznych wiosek ze swoimi towarami do sprzedania. Wyglądało to tak: krzyczeli z dołu, że mają to i tamto i rzucali na pokład np. chustki, koszule w plastikowych workach. Kto był zainteresowany to oglądał, mierzył i jeśli chciał kupić, to rzucał z powrotem pieniądze w worku na łódeczkę. Problem zaczynał się wtedy, jak pasażerowie pytali o ceny. Spryciarze z łódek najpierw pytali skąd jest kupujący i według odpowiedzi dyktowali cenę. Najdrożej płacili Amerykanie, Kanadyjczycy i Anglicy, potem Francuzi i Niemcy, potem Hiszpanie…Polska też była tania, więc specjalnie nie byli zainteresowani targowaniem się ze mną. Podawali takie ceny, że aż się śmiać chciało, tak wygórowane, za kawałek szmaty haftowanej, jakości zero, pewnie made in china, więc niewielu było kupujących. Jeśli tym biednym wieśniakom wydawało się, że są sprytnymi sprzedawcami i potrafią sprzedać coś, co jest warte 20 centów za kilkanaście euro, to jeszcze mało znają Hiszpanów… Hiszpanki, w większości starsze panie na emeryturze, jak się dorwały do oglądania, przebierania, targowania, to nie mogłam wyjść z podziwu, tak wrzeszczały, spuszczały cenę odstawiając przy tym istny cyrk, że nawet sprzedający dali za wygraną i Hiszpanki zapłaciły tyle, ile chciały i wydawało im się słuszne. Trzeba dodać przy tym, że wcale nie okradły tych biedaków, ale nie płaciły też tych idiotycznych cen, jakie dyktowali np. Amerykanom… Hiszpańska, gorąca krew, nie do zdarcia. Z własnego doświadczenia wiem, że nie można przekrzyczeć, przegadać zacietrzewionej, „nakręconej” hiszpańskiej baby. Po prostu nie można. A Amerykanie jacy są, każdy widzi, mają też wystarczająco dużo pieniędzy, by nie zawracać sobie głowy targowaniem się o „szczegóły”; płacą więc i za czas i za święty spokój. Może też w ten sposób czują się wybawicielami tych biedaków, płacąc im za jedną bluzkę tyle ile ci w ciągu miesiąca nie zarobią… Ach, ci Amerykanie! 😉 Kolejny problem zaczynał się, kiedy nie było już chętnych do zakupu ani oglądania tych badziewi, a plastikowe worki z towarem nadal lądowały na pokładzie, raz za czas uderzając kogoś w głowe, rozbijając szklankę z napojem na stoliku itp. Trzeba było baaaaardzo wyraźnie im powiedzieć, że już im dziękujemy.

DSC_1142

Następnego dnia dopłynęliśmy do malutkiej miejscowości, w której można zobaczyć gigantyczny niedokończony obelisk, wciąż jeszcze leżący na ziemi, i widać było, że tam go pozostawiono, bo pękł w połowie. Niedaleko znajduje się świątynia, o ktorej mówi sie, że jest najbardziej romantyczna ze wszystkich budowli egipskich. To świątynia Filae, poświęcona bogini Isis. Ma piękne, delikatne rzeźbione kolumny, imponujące płaskorzeźby ślicznej Isis i wiele naprawdę romantycznych zakątków dla zakochanych par. Jeśli dodam, że znajduje się na brzegu dużego jeziora Nasser, to wszystko będzie jasne. Na brzegu tego samego jeziora znajduje sie też słynne Abu-Simbel.

Po południu tego samego dnia byliśmy już w Aswanie, największym mieście położonym na południu Egiptu, niedaleko granicy z Sudanem. To naprawdę duże i ładne miasto. Przy głównej drodze ciagnącej się wzdłuż rzeki znajdują się restauracje, obok przycumowane statki, sklepiki i straganiki z pamiątkami. Tam też poszliśmy na duży i znany targ, gdzie można chyba kupić wszystko. Postanowiłam kupić kilka szali z delikatnej bawełny i wybrałam stoisko z kolorowymi szmatkami, które okazało sie być wlasnością sympatycznego Koptyjczyka (Egipcjanina-chrześcijanina). Ciężko było negocjować z nim, ale nie dawaliśmy za wygraną, bo ceny, które nam podał były wprost absurdalne…chyba jakieś 500 dolarów za 6 szali i jedną bluzkę z bawełny…well, jak robić interes, to na całego. Będąc w Aswanie mieliśmy jedyną i niepowtarzalną okazję by zobaczyć legendarne Abu Simbel, świątynię-mauzoleum Ramzesa II i jego żony Nefertari znajdujacą sie 300km na południe od miasta Aswan. Jedyną możliwością dotarcia do tego miejsca była kilkugodzinna podróż samochodem lub autobusem jedyną istniejącą drogą asfaltową i obowiązkowo w eskorcie policyjno-wojskowej. Trzeba było zorganizować na szybko taką wycieczkę, by następnego dnia rankiem móc wykorzystać cały dzień wolny, jaki mieliśmy w planie wycieczki. Takie eskapady do Abu Simbel z Aswanu organizują miejscowe biura podróży, niektóre hotele dla swoich klientów lub po prostu grupa chętnych wynajmuje taksówkarza i jedzie na własną ręke, byle razem z eskortą. Taka eskorta jest obowiązkowa dla wszystkich turystów jadących do Abu Simbel ze względu na wcześniejsze porwania i ataki na turystów ze strony miejscowych terrorystów. Eskorta ta wyjeżdża z miasta Aswan 2 razy w ciągu 24h, wcześnie rano ok. 3.00 i następna o 11.00. To samo w drugą stronę. My wynajęliśmy w jednym z hoteli znajomego taksówkarza, którego polecił nam recepcjonista. Z nami chciały wybrać się 3 inne osoby, tak więc ostatecznie wynajęliśmy 2 taksówki, płacąc dużo mniej, niż życzą sobie agencje. Nasz kierowca Montaser (Monty) miał przyjechać po nas następnego dnia przed 11.00. Szczęśliwi poszliśmy spać.

Spaliśmy w luksusowym hotelu Oberoi Aswan znajdującym się na wyspie Elefantina, niestety tylko jedną noc, więc nie mogliśmy się nacieszyć pięknem tego miejsca, ale mieliśmy przynajmniej niesamowity widok na miasto nocą z okien naszego pokoju.

Barka w swiatyni Horusa w Edfu

Barka w świątyni Horusa w Edfu.

cdn.

Jedna uwaga do wpisu “5. Stateczkiem po Nilu. Świątynie egipskie. Asuan.

  1. Egipt jest niesamowity. Z zabytków największe wrażenie zrobił na nas jednak Abu Simbel. Warto zwiedzać go jak nawcześniej, ok południa temperatura robi się nieznośna.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s