10. Maroko.


Maroko znajduje się tak blisko Hiszpanii, że dla tutejszych jest jednym z najpopularniejszych miejsc na krótki wypad , wypoczynek z przyjaciółmi, czy po prostu miejscem tańszych zakupów. Wielu Hiszpanów, zwłaszcza inżynierów i architektów pracuje w Maroku i na weekend wraca do domu, do Hiszpanii. Marokańczycy stanowią jedną z najliczniejszych grupę imigrantów w królestwie Hiszpanii, pracują tutaj sezonowo, na stałe, mieszkają, sprowadzają rodziny, zakładają swoje małe biznesy i zajmują się niestety także przemytem haszyszu, który jest uznawany za bardzo dobry jakościowo, hehe. Znam osobiście kilka osób tej narodowości i są to bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. W Hiszpanii jednak nie cieszą się zbyt dużą sympatią, jak zresztą wszyscy muzułmanie, do których Hiszpanie (i pewnie nie tylko oni) mają dosyć sporo uprzedzeń. Należy pamiętać, że w toku swojej historii, Hiszpania przez prawie 700 lat była pod rządami muzułmańskimi, a w Cordobie znajdował się kalifat, największy po tym znajdującym się na Bliskim Wschodzie. Zostali oni wygnani z półwyspu iberyjskiego przez królów katolickich i do tej pory świętuje się to wydarzenie, co roku obchodząc tę rocznicę w postaci hucznych imprez i ulicznych pochodów setek ludzi przebranych za „los moros y christianos” czyli muzułmanów i chrześcijan. Czasami myślę, że właściwie obecni Hiszpanie to mieszanka europejsko-arabska, w ich żyłach płynie przecież krew „moros”, którzy żyli na tych ziemiach przez kilkaset lat. Skąd więc u nich niechęć, która można czasem wyczuć w stosunku do np. Marokańczyków?

Postanowiliśmy na własne oczy poznać troszkę ten znany z filmów i opowieści kraj, który od zawsze wydawał mi się bajkowy i kolorowy i był dla mnie typowym przykładem kraju, o którym myślałam czytając baśnie Szeherezady i Tysiąca i Jednej Nocy. I chyba wszyscy słyszeli o tajemniczym Marakeszu, najdroższym i najbardziej ekskluzywnym na świecie hotelu Mounia, znajdującym się właśnie w Marakeszu, znanym z wielu produkcji hollywoodzkich.

Rozpoczęliśmy naszą wizytę podróżą prawie 8-godzinną z Marakeszu, gdzie wylądowaliśmy, do Fez, kulturalnej i dawniej oficjalnej stolicy Maroka. Podróż autobusem trochę nużąca, ale nasz wesoły przewodnik robił co mógł, by jakoś czas szybciej płynął. Zatrzymaliśmy się kilka razy, i, podczas gdy inni podróżni sadowili się w przydrożnym hotelu na obiedzie, my uciekliśmy „na miasto”, chcąc spróbować czegoś miejscowego i zobaczyć okolicę. Nie wiem, jak się nazywała ta miejscowość, ale była malutka, miała jedna główną ulicę, kilka domów i barów, miała nawet dużą jak na te warunki aptekę no i przepiękne widoki, wprost na wysokie i ośnieżone szczyty górskie pasma Atlas. Oczywiście wzbudziliśmy sensację w tej wiosce, pewnie każdy myślał, że się biedacy zgubiliśmy, bo na turystyczną ta miejscowość raczej nie wyglądała. Znaleźliśmy przydrożne stoisko z jedzeniem, które fantastycznie pachniało i postanowiliśmy sprawdzić, co tam się sprzedaje. Sprzedawca się zestresował, zaczął szybko szukać jakichś czystych łyżek i widelców, pluć na szklanki, bo trochę osadu miały no i wpadł na pomysł, ze może byłoby dobrze ręce umyć. Brzmi zniechęcająco, ale uwierzcie, byliśmy już bardzo głodni i to jedzenie taaak pysznie pachniało! Były to porcje warzyw z kawałkami mięsa wołowego pieczone (każda porcja w osobnym glinianym naczyniu postawionym na żarzącym się węglu) na wzór pieczonych ziemniaków na południu Polski, gdzie do dużego żeliwnego gara wkłada się ziemniaki, marchewkę, cebulę, boczek, kiełbasę i inne składniki według upodobań, to wszystko przykrywa się liśćmi kapusty, grubą darnią i stawia na wolnym ogniu prawdziwego ogniska. Wersja marokańska wyglądała równie apetycznie, serwowano ją ze świeżym plackiem chlebowym. Nazywa się to danie tajin. Niebo w gębie!!!!! Było pyszne, aromatyczne, pikantne (dzięki Bogu, bo przyprawy pikantne zabijają bakcyle) i taki tajin był dużo lepszym wyborem niż jakieś tam frytki i pierś z kurczaka w hotelu. Sprzedawca był zachwycony naszym zachwytem i pochwałami, chociaż pewnie niewiele rozumiał po francusku. Poprośilismy go o zdjęcie i cały szczęśliwy ustawił się dumnie za ladą swojej budy, zawołał żonę, dziecko i kazał pstrykać foto. Pożegnaliśmy się serdecznie i pojechaliśmy dalej, jeszcze w autobusie żując ostatnie kawałki placka umaczanego w sosie. Pierwszy kontakt z tubylcami- bardzo miły i przepyszny:-)

DSC_1776

DSC_1775

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s