21. Cusco cd. Przed wyprawą szlakiem Inków do Machu Picchu.


Mieszkańcy Cusco i innych górskich regionów są niscy, mają ciemną skórę i wygląd typowo indiański. Większość z nich zajmuje się uprawą roli, małych górskich działek i sprzedają potem swoje produkty na ulicach Cusco, przy głównych placach i na targowiskach. Każdy przynosi to, co mu urosło, małe winogrona, jabłuszka, truskawki, groszki i mnóstwo innych warzyw i owoców. Kobiety noszą tradycyjne stroje, szerokie kolorowe spódnice do kolan i wysokie czarne kapelusze typu melonik a na plecy zarzucają kolorowe, jaskrawe chusty w pasy tkane najczęściej ręcznie, z cieniutkiej wełny z lamy i alpaki. Często w tych właśnie chustach znajdują się dzieciaczki, czasami niewidoczne do momentu, kiedy nagle taki  tobołek na plecak zaczyna się ruszać i płakać…Ludzie są bardzo grzeczni, spokojni i mili dla przyjezdnych, do wszystkich zwracają się przez pan/pani i sami oczekują także poprawnego i grzecznego traktowania.

SDC10308

W wełnianych getrach, ale z gołymi stopami, nawet w chłodne dni. Buty typowe, sklecone ze skórzanych pasków przyczepionych do gumowej podeszwy, prawdopodobnie z opony.

Na głównych ulicach i placach, gdzie spacerują turyści, na każdym rogu czają się sprzedawcy obrazów, srebrnej biżuterii, wycieczek , kelnerzy zachwalają specjały swojej restauracji. Ja byłam trochę zdziwiona, bo w sklepach w Cusco , ani w innych miastach prawie nie sprzedaje się wyrobów ze złota, a przecież z ogromnej ilości złota słynie dawne imperium inkaskie.  Kobiety sprzedające swoje wełniane wyroby na ulicach zachęcają z uśmiechem do kupna mówiąc:¨ Anímese, señor, cómpreme¨ (niech się pan skusi i kupi coś ode mnie) i jest to ogromna różnica w porównaniu z nachalnymi sprzedawcami ulicznymi np. w Egipcie.

SDC10283

Przed apteką na Avenida del Sol, zajadając się kukurydzianym ciastem.

Przy jednej z głównych ulic Avenida del Sol znajdują się hotele, banki, nowoczesne centrum informacji turystycznej. W Peru bardzo popularne są sieci aptek, z których mnie osobiście najbardziej podobała się ta nosząca nazwę: Inkafarma.  Zdziwiło nas, że w Cusco nie ma sklepów typu supermarket, ani innych,  w centrum, gdzie można by swobodnie robić zakupy. Znaleźliśmy tylko jeden taki sklepik, ale słabo zaopatrzony i z wygórowanymi cenami, dla turystów, gdzie nie było nawet jogurtów, ale za to sprzedawali cukierki z koki i ciasteczka z maca na wzrost potencji i apetytu seksualnego.

Spacerując po mieście przygotowywaliśmy się do czekajacej nas 4-dniowej wędrówki szlakiem Inków do Machu Picchu. Był to nasz główny cel podróży do Peru. Camino Inka, Inka Trail, czy po polsku szlak Inków to wędrówka po górach, starymi inkaskimi szlakami, organizowana przez liczne miejscowe i zagraniczne agencje turystyczne. Jest to dość kosztowna impreza, którą trzeba zarezerwować z dużym wyprzedzeniem, bo codziennie na szlaku może znajdować się tylko 500 osób, w tym przewodników, indiańskich  wieśniaków  noszących  bagaże, namioty, przenośne kuchnie, cały sprzęt potrzebny do szybkiego montażu baz na szlaku.  W lutym szlak jest zamknięty, Machu Picchu także, ze względu na czyszczenie i restaurację obiektów historycznych i samego traktu. Zapłaciliśmy połowę ceny jeszcze przed wylotem do Peru, drugą część mieliśmy zapłacić już na miejscu, przed rozpoczęciem wędrówki. Dostaliśmy mailem potwierdzenie wpłaty i z tym dokumentem później udaliśmy się do siedziby agencji. Należy zaznaczyć, że aby móc uczestniczyć w takiej wędrówce, należy mieć przy sobie przez cały czas ważny paszport, gdyż na bilecie wstępu na szlak są zapisane dokładne dane każdego uczestnika, nie ma mozliwości zmiany danych, przepisania biletu na kogoś innego i bilety te są skrupulatnie sprawdzane w czasie marszu na kilku maleńkich posterunkach i później w samym sanktuarium. Dzień przed wyruszeniem w góry, zgłosiliśmy się w agencji, by zapłacić resztę i dostać bilety. Pojawił się problem, bo nie mieliśmy przy sobie gotówki ani karty kredytowej, skradzionej w Nasca, a ta, która nam została, sprawiała kłopoty w każdym bankomacie. Nie było sposobu ani czasu i my, zdesperowani, szukalismy sposobu na rozwiązanie tego problemu…Okazało się, że jedynym sposobem na zapłacenie brakującej części była transferencja na konto agencji , którą przeprowadzili dla nas nasi przyjaciele z Walencji, do których zadzwoniliśmy tego samego popołudnia z prośbą, by wpłacili brakującą część ze swojego konta na konto agencji zaznaczając, że to zapłata za mozliwość naszego uczestnictwa w wędrówce. Tak też zrobili i cali zestresowani, ale i podekscytowani jutrzejszą wyprawą, zaczęliśmy przygotowania. Znów musieliśmy kupić brakujące rzeczy, skradzione nam w Nasca i niezbedne na szlaku, jak latarka, scyzoryk, tabletki uzdatniające wodę, baterie do aparatu, peleryny przeciwdeszczowe…Większość bagażu zostawiliśmy w hotelu, gdzie po 4 dniach zamierzaliśmy znów się pojawić .

Cdn.

20. Królewskie Cusco. Inkaski pępek świata..


Do Cusco dojechaliśmy wygodnym nocnym autobusem peruwiańskich linii Cruz del Sur. Bilety są drogie, ale ze względów bezpieczeństwa warto zapłacic więcej i spokojnie i bez przygód dojechać na miejsce. Mówię tu o przygodach takich jak niespodziewane nocne postoje na trasie, przyjmowanie na pokład autobusu nocnych pasażerów  o podejrzanym wyglądzie i zachowaniu, albo zwykłych znajomych czy krewniaków kierowcy, który przewozi ich za darmo, nigdzie nie rejestrowanych i nikomu z przewoźników nie znanych. Zdarza się niestety często, że na takich nocnych trasach dochodzi do kradzieży wewnątrz autobusu, tzn. pasażerowie budzą się rankiem bez niektórych swoich bagaży, aparatów fotograficznych czy portfeli. W takiej sytuacji problem polega na tym, że nikt nie wie, kto okradł i gdzie teraz jest, a przeważnie są to własnie ci nierejestrowani podróżni, wsiadający i  wysiadający gdzie popadnie. W czasie naszego pobytu podawano kilkakrotnie we wiadomościach o napadach na autobusy nocne różnych lokalnych linii w okolicach Trujillo, Limy , Barranca i innych miastach na północy kraju. Były to najprawdziwsze napady z bronią w ręku, w czasie których napastnicy, podający się za pasażerów oczekujących na autobus, wsiadali jak gdyby nigdy nic, po czym wyciągali broń i okradali wszystkich, łącznie z kierowcą zabierając mu całą zarobiona przez niego dniówkę. W liniach Cruz del Sur tego problemu nie ma, bo autobus nie zatrzymuje się na żadnej stacji w ciągu nocy, jedzie prosto do celu, co najwyżej tylko na zmianę kierowcy. Poza tym wszyscy pasażerowie są sprawdzani, rejestrowani, nawet robi się im zdjęcia małą kamerką przed wejściem do autobusu. Sam pojazd jest nowoczesny, wygodny, na dolnym pokładzie znajduje się  tylko 6 miejsc do spania, za specjalną oczywiście dopłatą. Jednym słowem wygoda i bezpieczeństwo, ale na kieszeń turysty, nie przeciętnego mieszkanca Peru.

Wczesnym rankiem wysiedliśmy na małym dworcu autobusowym, już o tej porze zapełnionym ludźmi, tobołami, nawet jeden osioł czy muł stał sobie spokojnie przy swojej włascicielce śpiącej na plastikowym krześle. Było cichutko, wiele osób spało opartych na swoich ogromnych worach, bagażach owiniętych w kolorowe wełniane indiańskie chusty lub po prostu na podłodze. Jedyny hałas robili naganiacze hotelowi, pracownicy okienek dworcowych sprzedających ostatnie wolne jeszcze bilety na różne trasy i namawiając jak tylko się dało każdego przechodzacego, byle tylko sprzedać.  Gorsi byli ci właśnie naganiacze hotelowi, którzy czekali na każdy kolejny przyjeżdżający autobus, zwłaszcza taki zagraniczno-turystyczny, z którego o 4.30 rano wypadali na wpól śpiący turyści, którym w takich momentach najłatwiej sprzedać każdy hotel za każdą cenę.  My daliśmy się namówić jednemu z nich i zabrał nas do małego, schludnego hotelu niedaleko głównego placu Plaza de Armas. Dostaliśmy pokój z łazienką, której okienko wychodzące wprost na podwórze nie domykało się, ale co tam, o 5 rano było nam wszystko jedno:)  Przez okno mogliśmy podziwiać jedno ze wzgórz otaczających miasto, na którym ktoś wykosił trawę? roślinność, by pozostawić ogromny, widoczny z daleka napis: „Viva el Perú Glorioso” co znaczy: „Niech żyje wielkie Peru”…ach, niech żyje, a zwłaszcza niezapomniane, królewskie Cusco.

Samo miasto jest dosyć spore, z każdej strony otoczone górami, na których tarasach konstruowane są domy mieszkalne i zagrody. W Cusco znajduje się, podobnie jak w każdym innym małym czy dużym mieście peruwiańskim, główny plac, zwany Plaza Mayor albo Plaza de Armas, co znaczy odpowiednio: Plac Większy albo Plac Broni. Miejscowi wytłumaczyli nam, że ta nazwa wzięła się stąd, że w czasie walk z najeźdźcami hiszpańskimi a potem w czasie wojen domowych w toku historii kraju na główym placu każdego miasta gromadzili się mieszkańcy  z bronią, tutaj też tę broń przechowywano pod okiem naczelnego wodza. W Cusco, mówią Indianie, nigdy nie świeci słońce, zawsze niebo jest zamglone, powietrze jakby zaparowane i to prawda, czesto kropi lekki deszczyk, jest raczej chłodno, bo to przecież  góry i klimat andyjski.

SDC10052

Plaza de Armas

Miasto jest bardzo ładne, zadbane, zwłaszcza część turystyczna, z przytulnymi restauracjami serwującymi lokalne potrawy.  Myślę, że każdy z odwiedzających to miasto jest pod jego ogromnym wrażeniem estetycznym , historycznym i pod wrażeniem niezwykłej gościnności jego mieszkanców, która wydaje się być autentyczna i szczera, pozbawiona oblicza euro-dolarowego. Centrum miasta to mieszanka stylu inkaskiego, kolonialnego i obecnego, trochę nowoczesnego, trochę skopiowanego z innych turystycznych miejsc. Na każdym kroku w Cusco zobaczyć można ruiny inkaskie, nawet całe budowle, czy inkaskie fundamenty kolonialnych pałacyków i kościołów. W centralnym punkcie placu stoi katedra, owiana legendami i historią, zbudowana na szczątkach pałacu wielkiego Inki. Idąc zabytkowymi uliczkami podziwia się inkaskie fragmenty murów, domów, które teraz służą za fundamenty obecnych domostw.

SDC10054

Czułam się wspaniale, radośnie i byłam taka szczęśliwa, bo oto znalazłam się w inkaskim pępku świata, w Cusco, królewskim mieście wielkiego Inki, stolicy dawnego imperium, gdzie do tej pory żyją potomkowie tego wspaniałego narodu. Chciałam dotknąć każdego idealnie ociosanego kamienia, każdego fragmentu ściany, chciałam nacieszyć oczy i zmysły dotyku tymi zwykłymi dla każdej innej osoby kamieniami, ale dla mnie kamieniami wyjątkowymi. Przy słynnym kamieniu o 12 kątach w jednym z murów już ustawiła się kolejka do robienia zdjęć, ja też oczywiście wystałam swoje. Nie można tych murów dotykać, palcować i słusznie, ja skusiłam się tylko raz, bo nie mogłam sobie tego odmówić. Idealnie dopasowane kamienie bez żadnego spoiwa,  między które według opowiadań nie można wcisnąć nawet kartki papieru, mozna podziwiać w całej okazałości , pieknie zachowane pokoje i ściany w Coricancha, muzeum w Cusco, gdzie najlepiej widać jak zespoliły się dwa zupełnie różne światy, inkaski i kolonialny, hiszpański.  Stoi tu zespół pałacowo-kościelno-zakonny, zbudowany dla zakonników i lokalnych hiszpańskich namiestników królewskich w Cusco. Jego fundamenty i niektóre całe ściany są ścianami inkaskimi.

SDC10057

Mur inkaski z kamieniem o 12 kątach.

SDC10063

SDC10286

Coricancha

Cusco słynie, podobnie jak Lima,  ze ślicznych kolonialnych jasnych kamieniczek z ozdobnymi balkonikami i ze swej przepysznej kuchni. Je się tutaj dużo ryżu, kukurydzy, awokado, różne mięsa, głównie z lamy. Ja szukałam restauracji, w której można by zjeść znaną na całym świecie koneserom jedzenia pachamankę, ale robi się ją tylko w lecie, a my przecież byliśmy w Peru w miesiącach zimowych (u nas zima, tam sezon deszczowy), więc będę musiała wrócić do Cusco w lecie, by spróbować tego pysznego dania, podobnego do naszych polskich pieczonych ziemniaków w garnku żeliwnym na ognisku, z warzywami, boczkiem i przykrytym liśćmi kapusty i darnią… ach, ziemniaki pieczone sporządzane przez mojego ojca, miód w gębie!  Pachamanka jest tu daniem tradycyjnym, podawanym w czasie świąt, zgromadzeń, imprez i całe rodziny zajmują się jej przyrządzaniem.

W całym Peru bardzo popularne są fastfoody, serwujące ogromne porcje frytek, smażonych kurczaków, litrowe coca-cole i widząc takie porcje jak dla smoków, zrozumiałam, dlaczego większość mieszkańców zwłaszcza Limy to ludzie otyli. Przychodzą tu jeść całe rodziny, zamawiając porcje jak dla bestii, których ja nie byłam w stanie zjeść nawet w ciągu 2 dni… Obowiązkowo należy spróbować jasnego piwa Cusqueña , sprzedawanego w zabawnej butelce zdobionej motywami inkaskich murów i oczywiście najbardziej popularnego napoju gazowanego- Inka Cola. W kolejnej części o mieszkańcach, sklepach i zwiedzaniu miasta.

cdn.

19. Arequipa, la ciudad blanca. Białe miasto. Kanion Colca.


Po występie w lokalnej telewizji pojechalismy nocnym autobusem z Nazca do Arequipy na południu kraju. Jest to małe śliczne miasteczko nazywane „białym miastem” od sporej liczby budowli z białego kamienia. Muszę w tym miejscu wspomnieć o malutkim hoteliku, w którym się zatrzymaliśmy na noc, bo naprawdę warto i takiego miejsca nie zobaczycie nigdzie indziej, hihi. Hotelik nazywa sie ” U Telmy” (Telma en espańol) i prowadzi go starsza pani, chyba miejscowa, ale zakochana bez pamięci w kulturze francuskiej, literaturze, malarstwie. Wnętrze hoteliku przypomina pałacyk zaściankowy z 17 wieku, oklejony tanimi reprodukcjami obrazów francuskich mistrzów, ozdobiony kokardkami, zasłonkami, koronkami… Oniemiałam z wrażenia, gdy w malutkiej łazience zobaczyłam tkane firanki ozdobione różowymi kokardkami, zasłonkę od prysznica różową oczywiście z ogromnymi różowymi kokardami i klapę sedesu ubraną we włochaty, różowy pokrowiec z mnóstwem różowych świecących kokardek i kwiatuszków…Horror!!!!!!!!Czyżby była tu wcześniej nasza czołowa „artystka” ?  Ta właśnie pani Telma, po wysłuchaniu naszej historii z kradzieżą 2 dni wcześniej przyznała, że sama od wielu już lat nie daje noclegu  Peruwiańczykom, bo już ją okradli wiele razy, raz wynosząc z domu całą biżuterię za kilka tysięcy dolarów. Smutne, ale tak właśnie opisała swoich ziomków:( My musieliśmy kupić na szybko jakiś aparat fotograficzny, bo po kradzieży zostaliśmy bez ani jednego (ukradli 2) i znaleźliśmy mały cyfrowy taniutki, żeby mieć aparat na dalszą część podróży.

Głównym celem naszej wycieczki do Peru był szlak Inków i wizyta w Machu Picchu i wiedzieliśmy, że nie można tak po prostu przyjechać sobie z poziomu zero na poziom kilku tysięcy metrów  nad poziomem morza , bo Andy to przecież wysokie góry i dlatego postanowiliśmy stopniowo zbliżać się do Cusco, zatrzymując się w kolejnych miastach po drodze, coraz to wyżej położonych w górach. Pierwszym takim miastem była właśnie Arequipa, znajdująca się juz w łańcuchu górskim Andów. Taka ostrożność jest uzasadniona częstym wśród turystów wystepowaniem tzw. choroby wysokościowej, zwanej przez miejscowych „soroche” , która w wiekszości przypadków jest niegroźna i ogranicza się do złego samopoczucia, bólu głowy i zmęczeniem, ale zdarzają się nawet często przypadki, kiedy to osoby bez wcześniejszej aklimatyzacji w górach dostają silnego ataku soroche i wtedy muszą natychmiast zejść kilkaset metrów w dół, odpoczywać i nie mogą już kontynuować wędrówki. Należy tutaj wspomnieć, że wbrew przekonaniom, nie ma większego znaczenia uprzednia forma fizyczna, jeśli chodzi o pojawienie się lub nie choroby wysokogórskiej. Doskonała forma fizyczna ułatwia oczywiście wędrówkę, ale przed chorobą wysokościową nie chroni. Znam osobiście przypadek mojej znajomej, która pojechała do Arequipy i w ten sam dzień wybrała się samochodem na szczyt jednej z gór otaczajacych miasto i dostała ataku soroche do takiego stopnia, że natychmiast musiano ją wieźć do pobliskiego szpitalika. Jest ona doskonałą tenisistką i jedyny błąd jaki popelniła był taki, że bez aklimatyzacji nawet jednodniowej postanowiła wjechać samochodem na poziom ponad 5000m npm… Tak więc my przygotowywaliśmy się stopniowo do poźniejszej 4-dniowej wędrówki po Andach szlakiem Inków do Machu Picchu i zaczęliśmy od Arequipy. Po 2 dniach pobytu w mieście postanowiliśmy rozejrzeć się za wycieczką do najgłębszego na świecie kanionu. Kanion Colca stanowi największą w regionie Arequipy atrakcję turystyczną, nie mniej jednak już od jakiegoś czasu mówi się, że zmierzono inny kanion w pobliżu Colca i ten właśnie okazał się być nowym rekordzistą świata. Wykupiliśmy usługi przewodnika i rankiem, słonecznego dnia udaliśmy się w 2-dniową wędrówkę.  Wędrówkę rozpoczęliśmy w miejscu zwanym El mirador Cruz del Condor, czyli na wzgórzu widokowym, gdzie można podziwiać niesamowite widoki gór i głębi kanionu. Rano w tym miejscu zazwyczaj występuje gęsta mgła, która rozchodzi się ok. południa. Przy odrobinie szczęścia można też spotkać tu latające kondory, przepiękne, święte ptaki Inków. Na tym wzgórzu widokowym oferują swoje produkty miejscowe wieśniaczki. Sprzedają czapki, rękawiczki, opaski, branzoletki i mnóstwo innych, typowych dla regionu pamiątek.

SDC10007

El mirador Cruz del Condor, przed zejściem do kanionu Colca.

SDC10011

Pierwszy dzień to schodzenie i schodzenie, cały dzień z krótkimi przerwami. Po drodze mijaliśmy malutkie wioski, gliniane kościółki, dzieci jeżdżące na osiołkach i umorusane w ziemi indiańskie kobiety uprawiające grządki na tarasach górskich. Tutaj czas jakby się zatrzymał w miejscu, do niektórych osad nie dotarła jeszcze cywilizacja i aż trudno uwierzyć, ale ich mieszkańcy nie mają nawet bierzącej wody. Sporo wysiłku kosztowało nas to schodzenie w dół, by dotrzeć do dna kanionu, chociaż wydaje się, że przecież schodzenie nie wymaga specjalnego wysiłku, jednak odczuwają duże zmęczenie zwłaszcza kolana. Dla nas był to pierwszy prawdziwy trekking, na dodatek w górach (kanion najgłębszy na świecie, ale położony w wysokich Andach) i jak prawdziwe dwa żółtodzioby wybraliśmy właśnie Colca na nasz chrzest bojowy…

SDC10017

Do bazy na dnie kanionu dotarliśmy późnym wieczorem, przydzielono nam szałas bambusowy jako miejsce noclegu. W środku nie było żadnych instalacji oczywiście, żadnej elektryczności, bierzącej wody. Nawet ściany były ścianami w cudzysłowiu, gdyż większość patyków bambusowych rozeszło się na boki i w naszym domku panował istny wicher w nocy. Powiesiliśmy od środka wełniane koce, by trochę zasłonić nasze miejsca do spania. Łóżka były ogromne i wygodne, zasłane kilkoma wełnianymi ciepłymi kocami. Na kolację dostaliśmykilka naleśników z dżemem i coś słodkiego do picia. Zjedliśmy je z wielkim apetytem, nie zastanawiając się specjalnie jak i z czego zostały zrobione, hehe. Jak się zupełnie ściemniło, to było wokół tak ciemno, że nie widzieliśmy nawet własnych stóp czy rąk, wszystko wokół było po prostu czarne. Zapomnieliśmy zabrać ze sobą latarki, więc musiało nam wystarczyć światełko z telefonów komórkowych, które mieliśmy przy sobie dla picu, bo przecież nie było zasięgu. Trudno było nam uwierzyć własnym oczom, jak zobaczyliśmy w naszej bazie…basen z czyściusieńką wodą:)

SDC10028

Nasza rezydencja na dnie kanionu.

SDC10027

Wyspaliśmy się wyśmienicie, zjedliśmy znów słodkie naleśniki i ruszyliśmy w drogę, tym razem pod górę, by wyjść z kanionu na powierzchnię, tym razem inną ścieżką. I tu zaczęły się prawdziwe problemy dla nas, bo byliśmy bardzo zmęczeni poprzednim dniem i tym razem musieliśmy wchodzić pod górę, w upale i pokonać ogromną różnicę poziomów. Nasz kolega Cristoph wynajął sobie muła, chociaż dzień wcześniej to właśnie on śmiał się ze mnie, jak narzekałam, że chyba umrę wcześniej, niż dotrę do bazy…

Zmęczeni, z bolącymi kolanami i odciskami na stopach przeszliśmy nasz chrzest bojowy i po południu dotarliśmy do Cabanaconde, małej górskiej mieściny, gdzie dostaliśmy gorącą jajecznicę i odpoczęliśmy. Odwiedziliśmy miasteczko, rozmawialiśmy z sympatycznymi mieszkańcami, spośród których sporo nie rozumiało nawet hiszpańskiego, gdyż mówią w swoim tradycyjnym języku keczua. Byliśmy tacy dumni, że daliśmy radę, że nie potrzebowaliśmy muła, hihi. Kanion Colca zdobyty!!!

SDC10035

w Cabanaconde

Do Arequipy wróciliśmy busem, zwiedzając po drodze Chivay i podziwiając z daleka majestatyczny wulkan Misti. W tym miejscu zatrzymaliśmy się na chwilę, by móc zrobić zdjęcia wulkanowi i przeżyć na własnej skórze drastyczna zmianę temperatury w ciągu doby: na dnie kanionu rosną palmy i jest ciepło, nawet w nocy a tutaj, na górze, po wyjściu z kanionu i przejeżdżając koło Misti, przeżyliśmy spadek temperatury do 0 stopni Celcjusza i silnego wiatru na wysokości 4900m npm.

SDC10042

Ostatnie spojrzenie na Colca

Po dotarciu do Arequipy spakowaliśmy plecaki i wieczorem, ledwo trzymając się na nogach, wsiedliśmy do nocnego autobusu pędząc w stronę najcudowniejszego miasteczka na świecie- Cusco.