23. cd.Wędrówki do Machu Picchu.


Dzień III.

Wstaliśmy wcześnie rano i po śniadaniu spakowalismy mokre ubrania do worków plastikowych, część zawiesiliśmy na plecakach, by schły w czasie drogi. Stopy owinęłam plastikowymi workami z supermarketu, bo buty były mokre i zimne. Bagaż tego dnia był jeszcze cięższy niz zwykle. Tego dnia musieliśmy przejść więcej kilometrów (ponad 12) niż poprzedniego dnia, ale za to szlak był dużo łatwiejszy i przyjemniejszy. Obfitował w niesamowite widoki gór, przełęczy, jezior i seprentyn wijącej się pomiędzy skałami rzeki Urubamby. Widziałam przepiękne egzotyczne rośliny, groty skalne, tunele wykute w skałach i pierwszy raz w życiu spotkałam kolibry. Te maleńkie ptaki spijały beztrosko nektar z dużych kolorowych kwiatów i zupełnie nie przejmowały się naszą obecnością. Machają skrzydełkami tak szybko, że trudno jest dostrzec, jak naprawdę wyglądają,  ale mają za to długi, charakterystyczny dziubek i duże czarne oczka. Na szlaku można było dostrzec ostatnie kwitnące orchidee, mieniące się na różowo i biało, niezliczone rodzaje leśnych dzwonków, kolorowe bombki zwisające z gałęzi drzew, i to wszystko w porze deszczowej, czyli w zimie. Jak pięknie musi wyglądać przyroda w Andach w czasie pełni rozkwitu tamtejszych gatunków! Dzień był trochę pochmurny, w niektórych częściach gór wszystko było spowite mgłą, ale i tak bardzo nam się podobało.

SDC10108

SDC10106

Mijaliśmy po drodze różne ruiny inkaskie, pokonując kolejne kilometry inkaskich ścieżek i schodów, w większości zrekonstruowanych i odrestaurowanych i do dziś używanych przez miejscowych. Do obozu dotarliśmy wieczorem, kolacja była już gotowa, ciepła i pachnąca. Namioty były rozłożone na betonowych płytach, z których zrobiono tarasy potrzebne do ulokowania obozowiska i tej nocy prawie nie zmrużyłam oka, bo wszystko mnie bolało od spania na twardej, zimnej, betonowej podłodze. Na dodatek namioty były ubrudzone wczorajszym błotem i poustawiane jeden obok drugiego, przez co chcąc nie chcąc, musieliśmy wysłuchiwać chichoty 3 Argentynek, rozbawionych nieoczekiwaną wizytą facetów w swoim namiocie…Muszę dodać, że przez te wszystkie dni wędrówki nie było możliwości skorzystania z prysznica, w kolejnych bazach mieliśmy do dyspozycji tylko stare baraki służące jako ubikacje i krany z bieżącą zimną wodą na otwartej przestrzeni. Mieliśmy ze sobą na wszelki wypadek żele dezynfekujące i gaziki nasączone alkoholem, ale na szczęście nie były potrzebne, bo nikt się nie skaleczył, mieliśmy tylko małe otarcia skóry i pęcherze na stopach;) Jedna z turystek z Puerto Rico skręciła sobie nogę w kostce i dalsza podróż dla niej okazała się możliwa tylko dzięki pomocy naszych noszaczy bagażowych, z których kilku zgłosiło się na ochotnika, za specjalną opłatą, nieść biedną kobietę na plecach, na zmianę…aż do celu.

SDC10112

SDC10113

Kolejny dzień dobiegał końca. Jutro wielki finał. Machu Picchu. Chyba każdy z nas przed zaśnięciem odmówił kilka zdrowasiek o słoneczną pogodę następnego dnia, bo wiedzieliśmy, że jeśli niebo będzie zamglone jak do tej pory, to nic nie zobaczymy…

Zdrowaś Mario, łaski pełna…

SDC10140

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s