26. Puno i jezioro Titicaca.


Podróż nocnym autobusem do Puno, największego peruwiańskiego miasta na południu kraju, nie obeszła się bez przygód, jak na komunikację peruwiańską przystało. Wykupiliśmy miejsca leżące na dolnym pokładzie autobusu szybkich linii w nadziei, że obejdzie się bez przygód typu: autobus zatrzymuje się w szczerym polu w środku nocy i wchodzą jacyś nowi pasażerowie. Niestety weszli jacyś nowi i spokojnie siedli sobie między górnym i dolnym pokładem, nie płacąc pewnie za bilet. Widzieliśmy w TV dosyć sporo wiadomości o napadach na autobusy, o kradzieżach bagaży itp. i stąd zawsze wybieraliśmy linie autobusowe znane z obsługi turystów, oferujące standardy europejskie, ceny niestety też europejskie, zupełnie niemożliwe do zapłacenia dla przeciętnego Peruwiańczyka. Przed wejściem do autobusu takich linii sprawdzano nam dokładnie dokumenty, spisując dane osobowe, robiono zdjęcie twarzy i opisywano dokładnie bagaż, zupełnie jak w jakimś filmie akcji. Niestety czasami zdarzało się, że w czasie takiej 6-8 godzinnej podróży autobus zatrzymywał się gdzieś i zabierał jakieś osoby z tobołami.

Dojechaliśmy szczęśliwie do Puno o świcie i znaleźliśmy na szybko jakiś hotel. Miasto dosyć duże, z kolorowym i ładnym ryneczkiem (Plaza de Armas, jak zwykle) i mnóstwem sklepów, targowiskiem, restauracjami itp. Typowo turystyczna miejscowość. Świeciło pięknie słońce, było dosyć ciepło. Zaczęliśmy szukać ofert wycieczek na wyspy jeziora Titicaca, jedyną właściwie atrakcję turystyczną w tej części kraju. Jedyną, ale jaką!! Nie ma chyba nikogo, kto będąc przy zdrowych zmysłach i zwiedzając Peru podarowałby sobie wizytę w Puno leżącym nad magicznym jeziorem Titicaca. Tak więc wykupiliśmy weekendową wycieczkę po wyspach: Uros, Amantani i Taquile.

Wyspy Uros są tak dziwne i niesamowite, że aż trudno je sobie wyobrazić nie widząc zdjęcia. Są to sztuczne wyspy, tzn. utworzone przez człowieka, tylko i wyłącznie z lokalnej trzciny (totora), rosnacej przy brzegach jeziora. Mieszkańcy od wieków zaplatają „wyspę”, mniej więcej co roku zmieniając lub dodając nowe „pokłady”, warstwy trzciny totora. Taka wyspa jest ruchoma, można ją przeciągnąć na drugi brzeg jeziora w razie potrzeby. Na wyspach plemię Uros wyplata swoje domy, łodzie. Żywią się tym, co wyhodują na wyspie (widziałam grządki z ziemią przywiezioną z lądu), rybami i samą trzciną. Totora jest jadalna i bardzo słodka i soczysta. Dostaliśmy na powitanie świeże łodygi do żucia i żuliśmy razem z Uros. Mieszkańcy kontaktują się regularnie z miastem Puno, innymi wyspami na Titicaca za pomocą łodzi, również wyplatanych z trzciny. Niektóre z tych łodzi to prawdziwe dzieła sztuki.

SDC10388

SDC10389

Kobiety Uros wykonują na wyspie, oprócz typowych domowych prac, pracę rękodzielniczą, wytwarzając pamiątki dla turystów. Mówią swoim własnym dialektem, mieszanką keczua i aymara. Legenda o Uros głosi, że nie byli i do dzisiaj nie są szczególnie lubiani wśród innych plemion lokalnych ze względu na swoje lenistwo i niechęć do utrzymywania higieny osobistej, stąd też mieszkańcy lądu cieszyli się, że Uros żyli odosobnieni na wyspie, bo przynajmniej pcheł nie roznosili. Nas na szczęście nic nie pogryzło, za to pływaliśmy po jeziorze jedną z tych pięknych łodzi i po południu popłynęliśmy na kolejną wyspę: Amantani.

Amantani to naturalna, duża wyspa na jeziorze Titicaca. Ma niewielkie górki, bujną zieloną roślinność, oryginalnych mieszkanców i fantastyczne widoki. Tutaj nocowaliśmy, w domu jednej z rodzin, które przyjmują turystów. Jest to dla odwiedzających tę wyspę niesamowita atrakcja, bo czekają na nich ciekawe rzeczy:) Mieszkańcy Amantani podzieleni są na klany, które ubierają się według swoich własnych zwyczajów, ale jedno mają wspólne: ogólny wygląd stroju dla kobiet i mężczyzn jest taki sam, zmieniają się tylko kolory strojów. Cechą wspólną tych ludzi jest też ich ciemniejsza od innych mieszkańców Peru skóra, bardzo niski wzrost, zwłaszcza kobiet, charakterystyczne rysy twarzy. Są oni wszyscy do siebie bardzo podobni. Kobiety noszą szerokie spódnice do kolan, składające się z wielu warstw cienkiej, kolorowej wełny, białe haftowane koszule i czarne chustki na głowach.

SDC10401

Jedna z tych „mam” była naszą przyszłą gospodynią i gościła nas w swoim malutkim domku. Gotowała nam i opowiadała ze swoim mężem o zwyczajach mieszkańców wyspy. Nazywała się Isabel. Isabel i jej rodzina mieszkają w małym domku ulepionym z glinianych bloków z ogródkiem, działką, gankiem i górnym piętrem dla gości. Ubikacja jest na dworze przed domem. Wody bierzącej nie ma, myliśmy ręce i zęby przed domem używając wody mienralnej. Trochę hardkorowo, ale za to czuliśmy się naprawdę na łonie natury;)

Kuchnia w domu Isabel to centrum życia rodzinnego. Stół i krzesła zarezerwowane dla gości, rodzina jadła albo na podłodze, albo gdzieś po kątach. Mąż Isabel jadł pierwszy, potem ona.  Dzieci jedzą w kolejności, tzn. z tego samego plastikowego wiadereczka najpierw je najstarsze dziecko, a potem te młodsze, a mama dolewa, by nikomu nie zabrakło. Nam „podawano do stołu” w normalnych (dzięki Bogu) talerzach i mieliśmy nawet sztućce. Jedzenie typowe dla regionu, typowym tutaj daniem jest pożywna i smaczna zupa z quinoa (rodzaj kaszy) i gorący napar z pobudzających ziół.

SDC10413

Nasz pokoik był tak malutki, że jak się wyprostowałam, to prawie dotykałam głową sufitu, ale dla Isabel i jej sympatycznej rodzinki to był duży dom. Tego samego wieczoru czekała na nas niespodzianka w postaci  imprezy zorganizowanej dla gości. Ale obowiązkowym warunkiem uczestniczenia w tej zabawie było przebranie się w stroje miejscowych, tzn. ja miałam założyć strój świąteczny Isabel a mój towarzysz  musiał ubrać ponczo jej męża. Nikogo nie zdziwię pisząc, że te stroje były na nas za małe, ale ubraliśmy je z wielką chęcią. Było tego wieczoru bardzo zimno, więc ja pod strojem Isabel nosiłam 2 pary spodni,  szalik, czapkę i rękawiczki.

SDC10414

Isabel ubiera mnie w swoje rzeczy.

Zabawa składała się z wieczorku zapoznawczego ;))) i prawdziwej indiańskiej potańcówy. Przygrywała nam kapela indiańska i muszę przyznać, że po prawie miesiącu pobytu w Peru, dopiero na Amantani usłyszałam moją ukochaną muzykę Indian peruwiańskich, ognistą, wesołą, pełną radości i wigoru. Tańczyliśmy z mieszkańcami Amantani, ja wirowałam w tańcu z gospodarzem, a mój narzeczony onieśmielał biedną Isabel, która sięgała mu do pasa…

SDC10416

SDC10417

Z Isabel

SDC10420

Z mężem Isabel.

Nastepnego dnia zwiedziliśmy wyspę, ciesząc oczy pieknymi widokami przyrody i popłynęliśmy na kolejną, ostatnią zaplanowaną w wycieczce wyspę, Taquile. To była krótka wizyta, ale zdążyliśmy obejrzeć miejscowe muzeum, poznać wyroby rękodzielnicze mieszkańców i zjeść pyszną truczę, czyli świeżutką rybkę, podobną do pstrąga, z jeziora Titicaca.

SDC10425

Taquile i jej fantastyczne widoki na jezioro Titicaca.

Pod koniec dnia znów byliśmy w Puno, szykując się do podróży do innego świata…Za miedzą czekała na nas Boliwia.

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s