33. Jak sprawdził się rower elektryczny, czyli rowerem do Cérberè (Francja). Etap I.


W roku 2008 wybraliśmy się na kilkudniową wycieczkę rowerową po pięknym wybrzeżu hiszpańskim, na początku, w Comunidad Valenciana, płaskim, łatwym i kolorowym Costa Blanca a później już skalistym, trudnym i zalesionym odcinku Costa Brava. W drodze spędziliśmy 8 dni, codziennie pokonując na rowerach ok. 80 km, w zależności od pogody i naszych sił. Naszym celem było przekroczenie granicy hiszpańsko-francuskiej, w małej miejscowości Cérberè. Postanowiliśmy wyruszyć w maju, kiedy to pogoda na takie wycieczki wydaje się być najlepsza, bo jest zazwyczaj pieknie, słonecznie, ale bez upałów. W maju także wypadał długi weekend, co pozwoliło nam wykorzystać dni wolne od pracy i wybrać tylko kilka dni urlopu. Skąd taki pomysł? Myśleliśmy wcześniej o zakupie rowerów elektrycznych, tzn. z baterią, które w mieście doskonale spełniają rolę autobusu, samochodu, motoru i roweru razem wziętych. Stąd też porozumieliśmy się z jedną z firm handlujących rowerami z baterią, że wypożyczy nam jeden z takich rowerów, model wybraliśmy sami, my go przetestujemy i zakupimy go, jeśli nam się spodoba. Najlepszym sposobem na przetestowanie takiej „maszyny” jest właśnie dłuższa trasa, gdzie można sprawdzić jak się jeździ, ile wytrzymuje bateria, ile czasu zabiera jej ładowanie, jak sprawdza się rower w różnych warunkach drogowych (asfalt, piasek, terery górzyste) i pogodowych. Dostaliśmy do naszej dyspozycji jeden rower elektryczny ecobike, drugim rowerem miał być fantastyczny rowerek mój prywatny, marki Connor, model Malibu, wygodny i wytrzymały. W moim rowerku zakochałam się już kilka miesięcy temu, kiedy stał się on moim prezentem urodzinowym i zaczęłam go używać jako środek transportu każdego dnia.

Podróż rozpoczęliśmy w Walencji, jadąc rowerami po wybrzeżu, albo pasażami morskimi albo drugorzędnymi drogami asfaltowanymi w pobliżu plaży. W ciągu pierwszych 4 dni, jechaliśmy w kierunku Barcelony (pierwszy etap), pokonując w ciągu każdego dnia po kilkadziesiąt kilometrów, na trasie łatwej, płaskiej i prawie cały czas jadąc wzdłuż plaży, z dala od nasilonego ruchu drogowego. W niektórych odcinkach pojawiały się problemy w pobliżu robót na pasażach, nagle kończył się np. deptak w pobliżu plaży, więc trzeba było wracać spory kawałek do drogi asfaltowej, która służyła nam do kontynuowania jazdy do momentu, kiedy znów mogliśmy zjechać na pasaż w pobliżu  plaży. Ja jechałam na swoim Connorze, mój chłopak  na ecobike’u, generalnie oba bardzo wygodne, czasem tylko zmienialiśmy się, kiedy ja nie miałam już siły pedałować, włączałam baterię i jechałam odpoczywając.  Bateria wystarczała średnio na 6h jazdy bez przerwy  z prędkością ok. 20k/h, średnio na ok.120 km dziennie, tak więc mogliśmy podróżować bez problemów, bo jedno ładowanie wystarczało na 1,5-2 dni. W ciągu dnia zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie na krótki odpoczynek, zwłaszcza na plaży, gdzie także zawsze można było coś przegryść gorącego i świeżutkiego. W niektórych odcinkach trasa była niebezpieczna, zwłaszcza, kiedy musieliśmy jechać poboczami dróg krajowych, razem z tirami sunącymi z prędkością dźwięku. Za każdym razem jak przejeżdżał obok taki tir, uderzała nas fala powietrza i musieliśmy uważać, by nie stracić równowagi. Na niektórych drogach nie było poboczy, więc takie odcinki staraliśmy się pokonać jak najszybciej i szukaliśmy zjazdów na bardziej spokojne, czasem dosłownie wiejskie dróżki. Na wysokości Sagunto można zwiedzić obszerne pozostałości rzymskich ruin położonych na wysokim wzgórzu niedaleko miasta. Kolejnym większym miastem na trasie był Castellon, stolica jednej z trzech prowincji w Comunidad Valenciana. W Benicassim odpoczywaliśmy na plaży. Jest to małe miasto turystyczne, zawsze pełne turystów latem. Z Benicassim dotarliśmy do kolejnej większej „stacji” na trasie, do Oropesy i Marina d’Or. Znajduje się tam gigantyczny kompleks letni-wypoczynkowy, z apartamentami, balnearium, sklepami i cudowną kamienistą plażą. Mnie osobiście podoba się w tym miejscu jedna rzecz: ta plaża właśnie, chociaż sztucznie w niektórych miejscach wypełniona piaskiem. Kilka lat temu spędziliśmy tam własnie kilka dni i uwielbiałam słuchać szumu wody uderzającej o kamienie. Kiedy ludzie tłoczyli się na części piaszczystej, ja uciekałam na tę kamienistą, słuchałam jak szumi woda i zbierałam kilogramy muszli:-)

Na plaży w Marina d’Or

Peniscola

Ciekawym przystankiem była także mała miejscowość Alcalá de Xivert, gdzie w ten weekend właśnie, kiedy my dojechaliśmy, odbywała się lokalna fiesta we wsiach okolicznych i w każdej gminie wieczorem urządzano gonitwy byków, którym przywiązuje się do rogów płonące pochodnie. Plac główny miasteczka otoczony był grubymi metalowymi ogrodzeniami, za którymi tłoczyli się widzowie, a na środek placu wysypanego piechem wypuszczono rozwścieczone byki z płonącymi pochodniami, które zaczęły napierać na te ogrodzenia a co odważniejsi widzowie, w tym mój luby, zaczęli przeciskać się przez rurki ogrodzenia i przebiegać z jednego końca placu na drugi przed nosem byków…

Dalej już była przepiękna, słoneczna Peñiscola, z białymi domkami, plażą zasypaną muszelkami i wspaniałą kuchnią. W tym uroczym miasteczku polecam obejrzeć oryginalny dom, którego przednia ściana wychodząca na ulicę wyłożona jest w całości muszlami różnych rodzajów i kolorów no i niesamowite widoki…fantastyczne! Jadąc w kierunku Benicarlo i Vinaros zbliżaliśmy się już do granicy między regionem Walencji i Katalonii. Zaczął też zmieniać się krajobraz. Drogi i ścieżki były już bardziej kręte i strome, teren stawał się powoli bardziej górzysty, trudniejszy i bardziej męczący. Zaczęliśmy w pełni doceniać zalety roweru elektrycznego, który był naszą ulgą podczas jazdy pod górę. Kto jechał na elektrycznym, ciągnął za sobą pod górę drugą osobę uczepioną z tyłu, co wyglądało śmiesznie, ale dzięki temu byliśmy w stanie pokonać dziennie kilka-kilkanaście km pod górę.  A potem była Tarragona, Sitges (niekwestionowana letnia i nie tylko stolica gejów) i tak jadąc po Costa Brava w kierunku Barcelony mogliśmy podziwiać fantastyczne widoki przyrody, wybrzeża katalońskiego pełnego skalistych odcinków, sosnowych lasów, białych willi między drzewami na skałach.

Słaba jakość zdjęcia, ale coś widać, byka z pochodniami na rogach:-)

video z gonitwy byków:

http://www.youtube.com/user/jbcvia#p/a/u/1/cl2UmmcUwsc

Peñiscola, dom z muszli.

Costa Brava i jej niesamowite widoki.

Do Barcelony dojechaliśmy zmęczeni kilkudniową jazdą, zawsze staraliśmy się spać przynajmniej 7 h, jesć do syta, by nie paść w drodze, ale jednak taka jazda robi swoje, więc z ulgą dotarliśmy do mieszkania naszych znajomych, którzy jak zawsze, kiedy jesteśmy w Barcelonie, goszczą nas w swoim mieszkanku (Kora, Stefan–dziękujemy!!!! ) Następnego dnia na rowerach objechaliśmy cudowną i niepowtarzalną Barcelonę, poraz kolejny zachwycaliśmy się jej urokami, poraz kolejny zwiedzaliśmy La Rambla, Parc de Guell, La Diagonal, Sagrada Familia etc. i przygotowywaliśmy się do kolejnego etapu wycieczki, który planowaliśmy rozpocząć kolejnego dnia.

5 dni, ok.380 km

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s