38. Trochę luksusu, czyli wycieczka statkiem śródziemnomorskim. Część II.


Przyszedł czas na wizytę w Rzymie, dla nas już kolejny raz, bo Rzym to miasto, które się odwiedza kilka razy w życiu i ciągle go mało. Dla mnie mało i Rzymu i Włoch w ogóle, nie tylko ze względu na urok kraju, jego kulturę, krajobrazy i miłych ludzi, ale także a może przede wszystkim ze względu na moje uzależnienie od prawdziwego, włoskiego Cappuccino, które tylko w Italii serwuje się tak dobre, że ja, która piję tylko jedną filiżankę kawy dziennie, tam wypijam ich kilka, właśnie dla smaku, dla tej gęstej pianki, dla tych kolorów cafe latte. Na czym polega sekret włoskiego Cappuccino?? Dlaczego nigdzie indziej nie można dostać tak przygotowanej kawy?? Nie wiem. Na samą myśl o tym, że dopływamy do Civitavecchia i stamtąd pojedziemy do Wiecznego Miasta gęba mi się śmiała. To nic, że padał deszcz, wzięliśmy rowerki do busa, kierowca wysadził nas wszystkich przy Piazza Venecia i  my, hulaj duszo, na rowerach po ulicach miasta.

Piazza Venecia to plac z ogromnym pomnikiem monumentem króla zjednoczonych Włoch, Vittorio Emanuelle II i znajduje się on niedaleko Forum Romanum i Koloseum, czyli najstarszej części miasta. Dla mnie to właśnie te ruiny to esencja miasta, to obok Cappuccino na Piazza di Spagna symbol, to wielowiekowa historia, to kolebka mocarstwa, które władało połową świata. Kiedy wchodzi się na teren Forum Romanum, ludzie jakby zniżają głos, przestają wykrzykiwać do siebie, niektórzy milkną i chyba jak ja, onieśmieleni zdają sobie sprawę, że oto przed nimi znajdują się ruiny imperialnego Rzymu, u ich stóp mają historię, niegdysiejszą potęgę, bogactwo i chwałę kraju Romulusa. To tutaj składano ofiary rzymskim bogom i boginiom w licznych świątyniach, tutaj na placu głównym wygłaszano mowy, oratorzy prześcigali się w sztuce przemawiania, filozofii, polityce. To tutaj można odwiedzić kiedyś zamknięte dla plebsu pokoje królewskie, ogrody i pałace, łaźnie Palatynu. Idąc wzdłuż forum dochodzimy do Koloseum, bezsprzecznego symbolu włoskiej stolicy. Każdemu znany, czy to ze zdjęć, czy to z filmów, powieści o ofiarach z chrześcijan. Zdumiewa ogrom konstrukcji, pomysłowość z jaką zbudowano jej korytarze, labirynty podziemne i platformy, na których gladiatorzy wjeżdżali na arenę. Wbrew temu co mówią legendy i opowieści, w Koloseum nigdy nie miało miejsca ofiarowanie chrześcijan lwom czy innym bestiom.

Sposobem na to, by zapewnić sobie powrót do Wiecznego Miasta jest wrzucenie pieniążka do fontanny Di Trevi. Tak mówi legenda, której prawdziwość żarliwie potwierdzają miejscowi, zwłaszcza że wielu bezdomnych utrzymuje się z tych właśnie monet wrzucanych przez zakochanych w Rzymie turystów. Niektórzy nawet zarabiają nieźle, całe życie wybierając pieniądze z fontanny. Widziałam kiedyś reportaż o jednym z takich „biznesmanów”, który nawet dorobił się niezłej fury zbierając pieniądze przez ponad 40 lat… Objechaliśmy na rowerkach sporą część miasta, w tym Trastevere, modną i trochę bohemską dzielnicę, Piazza Navona, Di Spagna i oczywiście Watykan. Już po raz kolejny spróbowaliśmy zobaczyć muzeum i kaplicę Sykstyńską, ale i tym razem  się nie udało ze względu na mało czasu i długie kolejki. Ale nie jest źle, w ten sposób mam pretekst do odwiedzenia po raz kolejny tego niezwykłego miasta. Po zjedzeniu obowiązkowego spaghetti, wypiciu Cappuccino i kilku innych deserów kawowych wróciliśmy na statek.

Przy fontannie Di Trevi

Jeszcze nie żegnaliśmy się z Italią, bo oto kolejnym przystankiem w naszym rejsie była Genua, stare i bogate portowe miasto. Swoim klimatem bardzo przypomina nasz piękny królewski Kraków. Nie jest to duże miasto, ale znaleźć w nim można wszystko, od modnych bulwarów i markowych sklepów po stare kolorowe kamieniczki renesansowe, zabytkowe kościółki, labirynty uliczek z małymi rodzinnymi kawiarenkami i piekarniami. W Genui znajduje się ciekawa katedra, zbudowana z bloków marmurowych w charakterystycznych kolorach, białym i czarnym. Jednym z najważniejszych obiektów turystcznych miasta jest dom Krzysztofa Kolumba, ruina, ale wciąż się trzyma, w środku znajduje się nawet prowizoryczne muzeum odkrywcy. Ta historyczna postać urzekła mnie swoją ciekawością świata, odwagą, chęcią poznania tego co nieznane. Był w stanie przekonać hiszpańską królowę Izabelę Kastylijską, by ta, chociaż skarbiec Hiszpanii w owym czasie świecił pustkami, wyłożyła spore pieniądze na sfinansowanie jego wyprawy na chwałę Jezusa Crystusa, Hiszpanii i Królów Katolickich. Miał wizję, cel, odwagę, by wyruszyć w nieznane wiedząc, że może już nigdy nie powróci. Miał marzenia:-)

Przed katedrą

Za nami dom KK

Przed naszym przyjazdem do Genui zadzwoniliśmy do naszego włoskiego przyjaciela, Gabrielle, który mieszka i pracuje w Turynie, niedaleko Genui, by przyjechał i w ten sposób spędziliśmy w doskonałym towarzystwie nasz krótki pobyt w tym mieście. Kolejne, już ostatnie Cappuccino, jeszcze jedna filiżaneczka espresso…

Na statku trochę odpoczywaliśmy, trochę graliśmy w ping ponga, kąpaliśmy się w basenie. Ja przytyłam, w co nie mogę do tej pory uwierzyć, bo już od ponad 10 lat jem co się da i ile się da i nic, szkielecik jak był tak jest, ale na pokładzie Sinfonii karmili dobrze, jadło się dużo, leniuchowało dużo, więc trochę kilogramów przybyło. Niestety niedługo po powrocie do domu, pracy, szarej rzeczywistości moje wyczekiwane kilogramy też przeszły do historii… i znów szkielecik:-)

Ostatnim przystankiem było Monte Carlo w Monako. Miasto bardzo drogie, bardzo bogate i bardzo zadbane. Tutaj można poczuć wszechobecny luksus, ogromne pieniądze, zobaczyć najdroższe jachty i samochody a wieczorami podziwiać suknie bogatych dam wysiadających z limuzyn przed Casino Monte Carlo. My bogaczami nie jesteśmy, więc tylko podziwialiśmy, oglądaliśmy, zachwycaliśmy się czyściutkimi uliczkami, parkami. Ceny niestety wysokie, nawet jak na standarty europejskie. Słynny tor formuły 1 przebiega przez port i część miasta, tuż obok znanego na całym świecie kasyna. Samo miasto nie zachwyciło mnie ani swoją architekturą, ani jakimś specjalnym klimatem. Obok kilkunastu pięknych kamienic stoi cała masa szaroburych blokowisk. Miałam wrażenie, że ludzie są raczej chłodni, zdystansowani, zupełnie inni niż np. we Włoszech parę dni wcześniej. Może gdybyśmy mogli sobie pozwolić na wydawanie pieniędzy na lewo i prawo w Monte Carlo, inaczej postrzegałabym to miasto, hehehe, wtedy na pewno mielibyśmy co robić.

Przed pałacem rodziny królewskiej

Kasyno-opera z tyłu

Miasto jest podzielone na 2 części, w jednej, tzw. Górnej znajdują się zabudowania, pałace i ogrody rodziny królewskiej. Jest to bardzo zadbana dzielnica, z wąskimi zabytkowymi uliczkami, malutkimi sklepikami w stylu starofrancuskim, kamieniczkami z ozdobionymi kwiatami oknami. Bardzo stylowo, ładnie, z przepięknym widokiem na morze. Druga część to ta z kasynem, butikami, blokowiskami i torem wyścigowym. To chyba tyle na temat obrzydliwie bogatego Monte Carlo;-)

Cdn.

Jedna uwaga do wpisu “38. Trochę luksusu, czyli wycieczka statkiem śródziemnomorskim. Część II.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s