41. Za miedzą, czyli kraje nadbałtyckie. Litwa.


Przysłowie mówi: „cudze chwalicie , swojego nie znacie” i jest w tym trochę racji, bo wyszukujemy coraz to wymyślniejsze wycieczki, kierunki, kraje, a tu za miedzą mamy piękne ziemie, miasta i miasteczka. Moją wycieczkę na wschód rozpoczęłam od Litwy. Chcieliśmy podróżówać przez Litwę, potem Łotwę i Estonię, aż do krajów skandynawskich jak Szwecja i Finlandia. Jadąc w kierunku granicy litewskiej odwiedziliśmy nasze piękne miasta jak Warszawa, Zamość, bez pośpiechu. Miesiąc wakacji to był idealny czas na zrealizowanie naszych planów. Nie chcieliśmy jechać bezpośrednio do Wilna, stąd pomysł na zatrzymanie się w „egzotycznych” litewskich wsiach i miasteczkach. No i wybraliśmy jedno takie miasteczko graniczne, Szestokai, bo bardzo podobała mi się jego nazwa, na mapie też jakoś wyglądało na większe… Pociąg jechał z Warszawy do Wilna, ostatnim miastem polskim, w którym się zatrzymywał były Suwałki. Kupiliśmy bilety do Szestokai. Kiedy dojeżdżaliśmy do Suwałk, konduktor popatrzył na nasze bilety, na nas, znów na nasze bilety i zapytał czy wiemy, dokąd jedziemy… Pytanie wydało mi się absurdalne, oczywiście, że wiedzieliśmy, dokąd jechaliśmy, do uroczego litewskiego miasteczka Szestokai. Konduktor uświadomił nas, że cel naszej podróży to kilka chałup, jakaś zapadła stacja kolejowa. Że nie ma tam żadnego hotelu, hostalu, nawet kwater, jakiś jeden sklep alkoholowy mają, jakąś tancbudę, nawet kantoru nie ma! więc jeszcze raz nas zapytał, czy jesteśmy pewni, że chcemy wysiąść w Szestokai i spać na dworcu w oczekiwaniu na kolejny pociąg do Wilna, który odjeżdża następnego dnia p południu…?? Szkoda, że nie widziałam swojego wyrazu twarzy, ale sądząc po wyrazie twarzy mojego lubego i konduktora, którzy zaczęli się śmiać, musiałam wyglądać na zupełnie zbitą z tropu. Mój towarzysz podróży do końca wycieczki śmiał się ze mnie i z uroczego Szestokai…

Wierzynek w Krakowie

W centrum Wilna

Po tej konfuzji dojechaliśmy szczęśliwie do Wilna, bez żadnych wątpliwości, gdzie wysiąść a gdzie lepiej nie…Warto jeszcze wspomnieć w tym momencie o naszej podróży do Wilna w towarzystwie hiszpańskiej grupy grajków „Los Tuna”; jest to grupa uniwersytecka, w skład której wchodzą studenci różnych kierunków, którzy w czasie wakacji jeżdżą po świecie w strojach średniowiecznych muzykantów i grają i śpiewają tradycyjne, starodawne, głównie miłosne „przeboje”. Los Tuna zachwycają gdziekolwiek się pojawią, nietylko swoją oryginalnością, ale także prawdziwą umiejętnością gry na starych instrumentach. Bardzo się ucieszyliśmy, że mogliśmy tę nudną podróż urozmaicić opowieściami grajków z różnych krajów, które już odwiedzili. Tym razem mieli rozkład zajęć bardzo podobny do naszego, z Polski jechali na Litwę, potem na Łotwę i do Estonii, by grać w największych miastach. Już w pociągu pobrzdękiwali na gitarach, mandolinach, fletach i śpiewali rzewne pioseneczki, co budziło uśmiech na naszych twarzach i zdumienie i zaskoczenie na twarzach miejscowych chłopów z koszami jedzenia w pociągu osobowym…

Miasto Wilno jest ładne, trochę zaniedbane i zapuszczone, ale takie stare i trochę odrapane kamienice też mają swój urok. Część turystyczna, Rynek, plac z katedrą, główne ulice centrum są natomiast zadbane, budynki odmalowane i miło się spaceruje. Większość mieszkańców Wilna rozumie po polsku, nie wszyscy oczywiście umieją po polsku odpowiedzieć, ale bez problemu mogliśmy się porozumieć. Miasto trochę przypomina Kraków, może nie jest tak urocze jak nasz miasto z Wawelem, ale też ma duszę, starówkę, zakamarki, ulice ozdobione kwiatami i kawiarenki.

Do naszego hoteliku szliśmy przez całe miasto i przez mały most ozdobiony setkami kłódek, które zapięły pary zakochanych i wyrzuciły kluczyki, na znak wiecznej miłości. Nasza ambasada nazywa się Lenkijos Respublikos, hehe.

Do najbardziej znanych Polakom atrakcji ziemi litweskiej należy Ostra Brama, czyli brama miejska z początku 16 wieku i obecnie jest jedyną pozostałością dawnych fortyfikacji. Od strony miasta nad bramą znajduje się kaplica Matki Boskiej Ostrobramskiej z cudownym obrazem Maryi. Wokół obrazu ludzie zostawiają setki darów w podziękowaniu za doznane łaski, tysiące srebrnych serduszek, medalików i innych dewocjonalii. Oprócz kościołów katolickich w Wilnie znajdziemy wiele cerkwi, także synagogi i meczet.

Z dań typowych wybraliśmy te ziemniaczane, czyli zestaw różnych placków ziemniaczanych, które uwielbiam, ze śmietaną, mięsem, z mięsem mielonym zapiekanym w placku itp. Wszystko pyszne, znane, swojskie. Niebo w gębie. Później czekało nas jeszcze ważne zadanie, a mianowicie odnaleźć litweską wersję „Małego Księcia” do naszej kolekcji.

Matka Boska Ostrobramska

Z Wilna pojechaliśmy w kierunku Rygi, stolicy Łotwy, ale zanim tam dojechaliśmy, zatrzymaliśmy się w mieście Siaulai, w połowie drogi. Jest to dosyć duże i ruchliwe miasto, ale zanim podróżny dotrze do informacji turystycznej w samym centrum, zgubi się dziesięć razy w międzyczasie. Tutaj nikt nie mówił już po polsku, ani po angielsku ani w żadnym jak sądzę innym niż litewski i rosyjski języku. Mało tego, pytani przez nas mieszkańcy, zamiast cokolwiek starać się wytłumaczyć nam, jak dojść do centrum, po prostu… uciekali, machali rękamiw zamieszaniu i odchodzili pośpiesznie…No nic, turyści w Siaulai to pewnie nie jest codzienny widok. Miasto ma główną, dużą i ładną ulicę-deptak, bo bokach mnóstwo restauracji, kawiarni, jakieś kino, nawet klub nocny. Obok znajduje się centrum informacji o mieście i wypożyczalnia rowerów, czego nie mogliśmy oczywiście pominąć. Na rowerach pojechaliśmy kilka kilometrów za miasto, by zobaczyć miejsce zwane litewską Grabarką, czyli świętą górą, gdzie pielgrzymi zostawiają krzyże. W tym miejscu tych krzyży widzieliśmy tysiące, małych, dużych, prośby pisane we wszystkich językach, także polskim, hiszpańskim, angielskim i innych. Nigdy w życiu nie widziałam tylu krzyży naraz, było ich chyba więcej niż na samej Grabarce. Po powrocie jeszcze pospacerowaliśmy po mieście, karmiłam łabędzie, obejrzeliśmy muzeum rowerów, poszliśmy do klubu nocnego w Siaulai, ale nic ciekawego tam nie było, bo chyba wszyscy już poszli spać. Następnego dnia jechaliśmy już autobusem do Rygi.

Wejście do supermarketu w Siaulai…

cdn.

Jedna uwaga do wpisu “41. Za miedzą, czyli kraje nadbałtyckie. Litwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s