44. Na północy. Helsinki i Sztokholm.


W Tallinie pożegnaliśmy Estonię i hiszpańskich Los Tuna i ruszyliśmy w krótką podróż morską statkiem do Helsinek, stolicy Finlandii. Ten rodzaj transportu jest typowy dla regionu, Finowie i Estończycy odwiedzają się wzajemnie w czasie weekendów, świąt, co jest szczególnie korzystne dla bogatych Finów, dla których Estonia jest bardzo tania i atrakcyjna. Siedzieliśmy prawie całą drogę na pokładzie podziwiając widoki i zachłystując się zimnym świeżym powietrzem. Był to koniec sierpnia, a w powietrzu już czuło się nadchodzącą jesień , wiał bardzo zimny wiatr. Przez długi czas w czasie rejsu towarzyszyły nam stada mew, które były na tyle odważne, że podlatywały do nas i jadły nam z ręki czipsy. Na tym krótkim odcinku morskim ruch jest znaczny, co krok napotykaliśmy inne statki, promy i łodzie.

Pokój hotelowy w Helsinkach przywitał nas komunikatem na załączonym telewizorze, że serdecznie witają gości (tu wymieniają z imienia nazwiska nas oboje), oczywiście moje nazwisko przekręcone, bo jak zwykle za trudne…eh. Zabawne:))) Miasto zaczęliśmy od zwiedzania kilku zabytków wymienionych w przewodniku, co zakończyliśmy raczej szybko, bo ani nie było dużo do zwiedzania, ani nie było to szczególnie interesujące, gdyż tak naprawde w Helsinkach nie ma szczególnie dużo do zwiedzania jeśli chodzi o kalsyczne zabytki. Jest ogromna neoklasyczna katedra ewangelicko-luterańska na Placu Senackim, biała, z kolumnami, wygląda jak świeżo postawiona świątynia grecka. W środku jest bardzo skromna, surowa, dokładnie według zasad tego obrządku: im mniej dekoracji tym lepiej. Niedaleko znajduje się też duża cerkiew ze złoconymi kopułami. Miasto jest ruchliwe, nowoczesne, trochę szarobure. Najciekawszym miejscem w centrum stolicy Finlandii jest mały portowy targ, na który przypływają swoimi łodziami rybacy ze swieżymi rybami, muszlami. Obok niego znajduje się też duże targowisko z pamiątkami, fińskim jedzeniem, wyrobami rękodzielniczymi i biżuterią. Ceny są wysokie, zarówno na targowisku jak i w sklepach, restauracjach. Jak zobaczyłam cenę 6.10 euro za cappucino w jednej z kafejek, stwierdziłam, że to już gruba przesada i że obejdę się bez kawy do końca pobytu w Finlandii. Dla porównania cena filiżanki kawy np. w Walencji to ok. 1.20-1.50 euro, we Włoszech, gdzie serwują najlepsze cappucino na świecie płaci sie tylko 1 euro. Bilety autobusowe i tramwajowe drogie, kilka euro za przejazd jednorazowy. Przy takich cenach nie dziwię się, że Finowie są jednym z najlepiej zarabiających narodów na świecie, bo gdyby tak nie było, kogo byłoby stać na takie ceny??? Wsiedliśmy razu pewnego do tramwaju, którego trasa przebiegała prawie przez całe miasto i w ten sposób zobaczyliśmy mniej więcej miasto wzdłuż i wszerz. Prawdę mówiąc, nic ciekawego. Poza centrum znajdują się blokowiska, domy, wille i supermarkety. Podobało nam się to, że dużo ludzi jeździ na rowerach, wszędzie znajdują się scieżki rowerowe i parkingi dla rowerów. Kierowcy autobusów i samochodów szanują rowerzystów, ci przestrzegają przepisów drogowych, jak na cywilizowany świat przystało.

Katedra

Z miasta popłynęliśmy jednego dnia na wyspę, niedaleko, by zobaczyć muzeum mariny fińskiej. Odbywały się tam przemarsze adeptów fińskiej szkoły morskiej w strojach galowych, z flagami. Warte obejrzenia są liczne wysepki znajdujące się w okolicy Helsinek i dalej na morzu, na tych wysepkach ludzie budują małe kolorowe domki, często na jednej takiej wysepce można zobaczyć tylko jeden taki śliczny domek, jak z bajki.

Z Helsinek płynęliśmy całą noc promem pod banderą Muminka  do Sztokholmu. Prom jak pływający hotel, ze sklepami, restauracjami i pasażem do biegania. W mojej kabinie spały także 2 Rosjanki, które, jak na prawdziwe Rosjanki przystało, wrócily nad ranem z imprezy na dolnym pokładzie, zalane w trupa i okropnie chrapały. Na szczęście nie wymiotowały, hehe (przynajmniej w kabinie).

Sztokholm przywitał nas burzami i deszczem, stąd pierwsze wrażenie nie było może najlepsze, ale po wizycie w Helsinkach  każde miasto wydaje się piękne:))) Stolica Szwecji jest baaaardzo bogatym miastem, widać to bogactwo na każdym kroku, jest bardzo zadbane, czyste, płytki chodnikowe i kostka brukowa równiutko położone, równiutkie krawężniki, kosze na śmieci pasujące do całości starego miasta, latarenki. Na każdym kroku można zobaczyć przepiękne kamienice, zdobione, często kolorowe. Miasto jest podzielone na kilka części przez liczne kanaly. Warto obejrzeć położony tuż nad brzegiem Ratusz, także ogromny pałac królewski i sztokholmską katedrę. Dla koneserów sztuki także znajdzie się coś ciekawego w szwedzkiej stolicy: liczne muzea i galerie sztuki, zwłaszcza nowoczesnej. My zamiast biegać po muzeach biegaliśmy po romantycznych chociaż zalanych deszczem miejskich zakamarkach i znaleźliśmy najwęższą ulicę w mieście, gdzie ledwo zmieścił się rozłożony parasol. Ceny podobne jak w Helsinkach, tyle że miejsca do płacenia tych wygórowanych cen trochę ładniejsze, stąd jakoś lżej było wydawać te kilka euro na każdy drobiazg:))) Nasza kolekcja książek „Mały Książę” w różnych językach powiększyła się o wydanie szwedzkie, fińskie i w języku saame, którym mówi się w Laponii. Z tej samej podróży przywieźliśmy też wydania: litewskie, łotweskie i estońskie. Pełen sukces kolekcjonerski:-)

Ratusz

foto: gazeta.pl

foto:merlin.pl

Nasza wizyta w Skandynawii dobiegła końca, wracaliśmy do upalnej i słonecznej Hiszpanii. Już stęskniłam się za słoneczkiem!

cdn.

——-Eksperyment naukowy skazuje Tanzanię na śmierć głodową——


60 lat temu w dalekiej Afryce przeprowadzono naukowy eksperyment, który polegał na wprowadzeniu do ekosystemu jeziora Wiktorii nowego gatunku ryby: okonia nilowego. Jest to drapieżnik normalnie występujący w regionach Etiopii i jak mówi nazwa, żyje w rzekach jak Wolta, Nil, Kongo. Wprowadzenie tego gatunku w ramach eksperymentu do jeziora Wiktorii spowodowało, że okoń ten, potężna drapieżna ryba, zaczął się rozmnażać w sposób niekontrolowany, pożerając inne gatunki ryb, krewetki, narybek i wszystko co stanęło mu na drodze. Nie trzeba byc superbiologiem, by moc przewidziec, co sie stanie. Skutkiem tego jest całkowite wyjałowienie jeziora Wiktorii, wyginięcie żyjących w nim miejscowych gatunków zwierząt morskich i skazanie na głód miliony Afrykańczyków w rejonie jeziora Wiktorii, dotąd żyjących z ekologicznego rybołóstwa na swoje potrzeby i potrzeby lokalnych społeczności. Ot, eksperyment na Afryce.

Wyjątkowe okazy okonia

Pojawia się następujące pytanie: dlaczego więc nie łowią okonia nilowego??? I tu pojawia się paradoksalna odpowiedź: bo ich na to nie stać, by zajadać się dobrym, pożywnym i drogim mięsem. Ja tłumaczą miejscowi rybacy, odkąd pojawił się okoń nilowy w jeziorze, oni głodują, głodują tez ich rodziny. Rybacy swoją drogą, a wielkie koncerny swoją, trzebią populację tej jedynej już ryby w jeziorze Wiktorii tysiącami sztuk dziennie wyławianych z gigantycznego zbiornika. Codziennie na lotniska Tanzanii, głównie Mwanza, przylatują rosyjskie samoloty transportowe i zabierają ze sobą tony filetów, które potem są serwowane na stołach Rosji i reszty „cywilizowanego” świata.

Obecnie w rejonie Wiktorii rozwija się wymuszone zorganizowane „nachalne” rybołóstwo, rybacy łowią okonia, by go potem sprzedać i zarobić trochę grosza, którym nie śmierdzą. W Tanzanii nie ma nic, brakuje żywności, leków, ubrań. W wioskach i małych miastach nie ma szkół, szpitali, nawet żadnych punktów medycznych, gdzie można by dostać jakieś najpotrzebniejsze lekarstwa. Są za to piękne widoki, fantastyczni i przyjazni, mimo wszystkich trudów życia w tym regionie ludzie, są tez misjonarze, i czarnoskórzy i biali, którzy wykarmić ciała nie mogą, ale za to leczą dusze. Niestety ci misjonarze właśnie, jak naucza Kościół, skazują swoich braci na powolną śmierć nie tyle z głodu co z powodu rozprzestrzeniających się w błyskawicznym tempie chorób zakaźnych przenoszonych drogą płciową. Nauczają, że stosowanie prezerwatym jest złe, jest grzechem i prosty lud ich słucha, niestety. Zresztą, skąd tu wziąć pieniądze na zakup prezerwatyw, jeśli dzieci głodne…

Mieszkańców regionu nie stać na zakup mięsa ryby na targowiskach i w sklepikach, stąd jedzą tylko rybie odpady, wyrzucane w tonach co kilka dni na obrzeżach wiosek. Ciężarówki z nowoczesnych europejskich fabryk oprawiających tysiące ryb dziennie przyjeżdżają tu, by zrzucić z paki rybie resztki, po czym mieszkańcy wybierają te mniej zepsute, rozkładają na wielkich drewnianych palach lub na ziemi, obierają z robaków i suszą. Potem to smażą lub gotują i jedzą lub sprzedają. To co najlepsze, co w ogóle zjadliwe, czyli swieżutkie soczyste filety z okonia, leci do Europy na nasze stoły. Część z tego co przyleci i tak się wyrzuca do śmieci, bo się przeterminuje w sklepie, bo dziecko nadgryzie i resztę zostawi. Rządy takich państw jak Tanzania wolą sprzedawać jedzenie wyprodukowane na swoich ziemiach państwom zachodnim, bo te płacą dolarami lub bronią.

W fabryce filetów

…to posiłek miejscowych

Piloci rosyjskich transporterów zapytani o to, co wiozą do Afryki i co zostawiają np. w Mwanzie przed załadowaniem samolotu rybami odpowiadają albo że nie wiedzą, że oni tylko sterują samolotami, albo nie chcą w ogóle na ten temat rozmawiać. Jaki z tego wniosek? Afryce wydziera się jedzenie skazując ją na powolną śmierć głodową lub zakaźną, a płaci się jej kałasznikowami i granatami. Jeden z pilotów rosyjskich odważył się opowiedzieć, jak to nazwał swoją osobistą historię z Afryki, o tym, na czym polega jego praca: „Kiedyś w okolicach Bożego Narodzenia przylecieliśmy po ryby, zanim je załadowaliśmy, oddaliśmy ładunki dla Afrykańczyków. Były to skrzynie z bronią i amunicją, tak się płacilo za filety. Zabraliśmy też transport winogron na nasze świąteczne stoły. Dzieci w Europie na święta otrzymały ryby i winogrona, dzieci afrykańskie dostały zaś broń i śmierć…

Czy komuś na świecie naprawdę zależy na poprawieniu sytuacji w Afryce??? Śmiem twierdzić że nie, liczy się tylko interes, pieniądz i fanatyzm. Afrykańskie dzieci dostają broń do ręki i każe im się strzelać do każdego, kto jest obcy, kto należy do innej grupy etnicznej czy plemienia. Kraje zachodnie sponsorują konflikty w Afryce, sprzedają jej broń i amunicję. Całą tę żywność, która się marnuje w Europie, którą się wyrzuca w hipermarketach, bo za 2 dni się przeterminuje, którą się kupuje w nadmiarze i bez sensu, można by przywieźć w takich transportowcach i po prostu dać tym ludziom. Ale to niemożliwe, bo transport tej żywności kosztowałby dużo więcej niż ona sama no i nikt by za nią przecież nie zapłacił, ani filetami ani winogronami, więc nikt na taki altruizm się nie zdobędzie. W samych tylko Włoszech, według statystyk, wyrzuca się 40% wyprodukowanej żywności. Słynny Mc Donald wyrzuca swoje frytki i hamburgery zrobione i nie sprzedane w przeciągu krótkiego czasu. Afrykańskie dzieci z regionów takich jak Tanzania o smakołykach, które wyrzucają do śmieci dzieci europejskie, mogą tylko pomarzyć. Póki co zostaje im wybieranie tych mniej zepsutych rybich głów i pożeranie resztek ryżu, który na tych ziemiach rośnie w coraz mniejszych ilościach z powodu narastających susz.

Jak w każdym kraju w Europie czy Afryce, każdy sobie rzepkę skrobie, lud swoją drogą, rząd i jego interesy, zwłaszcza te międzynarodowe, swoją drogą. W Afryce miało miejsce już tyle konfliktów etnicznych, politycznych, tyle dramatów ludzkich, wyzyskiwanie całych społeczności i bogactw naturalnych najpierw przez kolonizatorów i handlarzy niewolników, teraz przez chciwych prezydentów mniej czy bardziej demokratycznych i niepodległych państw Afryki.

Jestem zdania, że nikogo tak naprawdę nie interesuje los Afryki, czyli biednych, chorych, cierpiących głód i choroby milionów czarnoskórych. Jest tyle rozwiązań, brak tylko bezinteresownosci, prawdziwego współczucia i po prostu zwykłego odruchu pomocy słabszemu. Organizacje jak UN, ACNUR, Czerwony Krzyż, misjonarze i inni, starają się pomóc, ale nawet sami odbiorcy tej pomocy wypowiadają się o niej sceptycznie, że jest niewystarczająca i wcale nie jest bezinteresowna.

Każdy kraj zajęty sobą i tylko swoimi problemami, a ci najbiedniejsi są i zawsze będą pozostawieni samym sobie. W końcu obrona przed nie wiadomo czym i kim krzyża przed Pałacem Prezydenckim, krzyżowanie się i przywiązywanie do biednego, szarganego krzyża to wielki czyn, to właśnie czyn za który ci chorzy niezrównoważeni psychicznie, histeryczni i obrzucający wyzwiskami innych ludzie myślą pójść do nieba. Bo przecież kogo z tych pseudochrześcijan obchodzi daleka Afryka!

Jeden z mieszkańców Mwanzy powiedział, że tutaj ludzie chcą wojny, są gotowi zabijać, bo tylko w wojsku będą mieli zapewnione jedzenie, dach nad glową, buty i dziwki. Cała reszta to mizeria. To skrajny przypadek nędzy, bo człowiek nie rodzi się zły, tak uważam, złym robi go to co wokół, okoliczności, często desperacja i brak wyjścia.

Myślę, że możemy mówić nie tylko o krwawych diamentach z Afryki, ale także o krwawej żywności, krwawym okoniu z jeziora Wiktorii, krwawych winogronach z Madagaskaru. Wszyscy jesteśmy odbiorcami afrykańskich dobr naturalnych. Wszyscy powinniśmy oszczędzać żywność, leki i wodę. Pomyślmy o tych, którzy o tym, co my wyrzucamy do śmieci mogą tylko pomarzyć. Nawet nie pomarzyć, bo nie wiedzą, że takie dobra istnieją. To dla nich nieznany świat europejskiego i amerykańskiego dobrobytu i luksusu.

… a to nasz posiłek…