64. Nad fantastycznym morzem, w którym się nie utopisz:)


Pobyt nad Morzem Martwym należał do jednego z najzabawniejszych i najciekawszych w czasie podróży po Izraelu. Morze Martwe jest jednym z 4 mórz znajdujących się na terytorium Izraela( Morze Śródziemne, Galilejskie, Czerwone i Martwe) i znajduje się w najniższym punkcie na Ziemi (-416m ppm). Swoje ujście w nim ma rzeka Jordan i w tym właśnie miejscu został ochrzczony Jezus Chrystus. Z Jerozolimy można tu dotrzeć w ciągu jednego dnia piechotą, autobusem w ciągu ok. 1,5h i zatrzymać się w jednym z kilku ośrodków turystycznych nad brzegiem morza, jak np.: Ein Gedi czy Ein Bokek, które wyrosły nad brzegiem morza zupełnie odcięte od reszty instalacji turystycznych, w środku pustyni judejskiej. W Ein Gedi nie ma właściwie nic do zobaczenia, jest tylko niewielka plaża stacja benzynowa i mały sklepik, a kilkanaście metrów dalej przystanek autobusowy. Hotele, restauracje i salony spa znajdują się głównie w Ein Bokek, niedaleko Ein Gedi. W każdym z tych miejsc zatrzymują się autobusy regulanie kursujące w kierunku Jerozolimy i Eilatu. W tych kompleksach można wynająć pokoje hotelowe, bungalowy. Można wykupić wycieczki po regionie, który obfituje w parki narodowe, niesamowite widoki, pustynno-morski klimat.  Polecam pobyt w ośrodku spa z bijącymi źródłami, mocno soloną wodą, naturalnymi jacuzzi i relaksującymi fontannami. W regionie Morza Martwego można wybrać się na małe safari po pustyni, zwiedzić górę Sodomę, solne groty, jaskinie i wielkości dorosłego człowieka słup solny, który zapewne w czasach biblijnych był żoną Lota. W pobliżu znajdują się rezerwaty przyrody Nahal David i Nahal Arugot i oczywiście najbardziej z nich znany, Park Narodowy Masada z ogromnym kompleksem archeologicznym Masada, ostatnią żydowską fortecą obronną.

Sama plaża nad Morzem Martwym i jego woda są unikalne. Woda jest gęsta, oleista, żrąca dla skóry i błon śluzowych oczu i ust. W całym regionie morza unosi się charakterystyczny zapach oparów siarki i całego koktajlu Mendelejewa znajdującego się w wodzie i solnych skałach. Plaża jest wiecznie mokra, nigdy nie wysycha, bo jest pokryta „oleistą wodą” i ogromnymi ilościami soli. Kamienie są obłożone solą, nie ma żadnych roślin ani zwierząt morskich. W wodzie pod stopami kruszy się sól, dno morskie jest pokryte grubą warstwą pokładów soli. Na wodzie nie ma fal, woda jest ciężka, ma metaliczno-srebrzysty połysk. Opary unoszące się nad taflą wody dają ciągłą mgłę w okolicy, która zapobiega poparzeniom słonecznym. Nie ma tu komarów ani innych uciążliwych insektów. Krajobraz jest jak z innej planety, przepiękny, cichy, wyjątkowy.
Pierwsza kąpiel nie powinna trwać dłużej niż 15 minut, gdyż może ona zaowocować lekkim „szokiem” dla skóry i organizmu z powodu nadmiaru pierwiastków. Przestrzegam przed depilacją i goleniem się na dzień lub krótszy czas przed kąpielą w morzu…szczypie potem jak cholera, szczypią najmniejsze ranki i zadrapania a jak nie daj Boże woda dostanie się do oczu, trzeba natychmiast przemyć je wodą…oczywiście nie z morza;-)  Jak wszystkim wiadomo, kąpiele w źródłach, maseczki z błotkiem z minerałami z morza są jednymi z najbardziej znanych i dobroczynnych dla skóry kosmetyków. Nie trzeba wybierać się do spa, by móc posmarować się błotkiem, można je „wygrzebać” z dziury na plaży i taplać się w nim do woli. Przy wejściu na plażę stoją prysznice z normalną wodą, gdzie można i nawet trzeba porządnie się opłukać i z błotka i z wody z morza. Umoczone w wodzie z morza ubrania i ręczniki trzeba od razu  wyprać , bo i tak nie schną, a na dodatek stają się lepkie. Jak dla mnie-pobyt nad Morzem Martwym to rewelacyjna sprawa, absolutny hit, zwłaszcza dlatego, że nie mogłam się w tym morzu… utopić!!!!! haha, gdyż gęsta woda morska ma sporą wyporność i „wyrzuca” wszystko na powierzchnię. Ciężko jest w niej pływać, ciężko nawet stanąć na nogi w wodzie, bo od razu  przekręca ciało pupą w dół lub w górę. Ubawiliśmy się po pachy, jak spróbowałam wody, to język jeszcze przez parę dobrych minut bardzo szczypał. Co ciekawe, nie szczypie nic w okolicach intymnych, a przecież tam też są błony śluzowe;-) Woda jest w ponad 30% nasycona solą i minerałami, co uniemożliwia życie w niej normalnym morskim zwierzętom i roślinom. Źródła bijące z głębi morza wyrzucają na powierzchnię ciepłą wodę, co wykorzystuje się w ośrodkach spa w Mazor i Zohar koło Sodomy. Mieszkańcy regionu zapewniają, że już po 10 dniach pobytu i korzystaniu z dobrodziejstw Morza Martwego skóra odmładza się w sposób widoczny i efekty terapeutyczne utrzymują się przez długi czas.

W całum Izraelu można kupić kosmetyki z Morza Martwego z minerałami w postaci kremów, maseczek do twarzy i ciała, szamponów, żeli do kąpieli i maści na bolące stawy. Odkryto nawet w regionie starożytną fabrykę kosmetyków z czasów Kleopatry. Może to właśnie tym kosmetykom Kleopatra zawdzięczała swą niezwykłą urodę?  Dzisiaj znane są właściwości lecznicze wody i błota z Morza Martwego w chorobach skóry jak np. egzema czy łuszczyca, w chorobach stawów, reumatyźmie, kontuzjach, artretyźmie.

W regionie Morza Martwego znajduje się także znalezisko archeologiczne Qumram, gdzie odkryto manuskrypty z Morza Martwego opisujące życie Jezusa Chrystusa. Składały się na nie liczne dokumenty spisane w kilku językach (hebrajskim, aramejskim i greckim). Na ich ślad natrafiono w 1947 r., w jaskiniach na Zachodnim Brzegu Jordanu. Odnalezione teksty zostały spisane na zwojach pergaminu oraz papirusu i składały się na 900 różnych manuskryptów pochodzących z czasów Jezusa. Wśród nich znajdowała się jedna z najwcześniejszych znanych kopii 10 przykazań.
W następnym wpisie Masada i jej historia. Zapraszam!

63. Krótki kurs na temat jak powstają fallas.


W Walencji już trwa święto Fallas, już słychać strzelające petardy, czuć smażone buñuelos, zapach prochu i fajerwerków a ulicami specerują korowody falleras i falleros. Fiesta kończy się 19-go marca paleniem pięknych fallas, ale zanim je spalimy po raz kolejny, chcę napisać parę słów o tym, jak one powstają. Parę tygodni temu pojechałam z koleżanką do Ciudad Fallera w Walencji, czyli dzielnicy miasta, w której znajdują się warsztaty artystów rzemieślników wykonujących rzeźby fallas. Widziałyśmy każdy z etapów, zamówienia realizowane są w ciągu całego roku, prace wykonuje się ręcznie a czynnościami takimi jak tworzenie fragmentów, malowanie i wykańczanie zajmują się artyści i ich pomocnicy. Często w takich warsztatach pracują całe rodziny, w których z pokolenia na pokolenie przekazuje się te umiejętności. Zamówienia na nowe fallas w kolejnym roku rozpoczyna się realizować wkrótce po spaleniu starych. Jeden warsztat ma zazwyczaj kilka lub kilkanaście fallas do wykonania i jest to żmudna praca. W tamtym roku w Walencji było ok. 700 fallas na ulicach miasta, w tym kilkadziesiąt ogromnych, kilkunastometrowych, zajmujących całe place lub skrzyżowania ulic.

Najpierw powstaje pomysł, tzn w każdym z casali (zgromadzenia uczestników Fallas z danej ulicy miasta) głosuje się nad wyborem najlepszego projektu z kilku przedstawionych. Następnie powstaje projekt, który przedstawia się warsztatowi do wykonania. W warsztacie powstaje najpierw mała makieta dzieła, która daje jakiś pierwszy obraz, jakieś pojęcie, jak w wymiarze 3d będzie wyglądać efekt końcowy. Następnie każdą z małych części makiety rzutuje się na ścianę i w odpowiedniej proporcji powiększa i jej odbicie rzutuje na kawałki styropianu i w ten sposób wycina się naturalnych rozmiarów części każdej figury. Następnie te części skleja się według projektu i wygładza powierzchnie klejenia papierem ściernym. Duże części największych figur mają w środku drewniane konstrukcje podtrzymujące. Kolejnym krokiem jest naklejanie na styropian kilku warstw papieru kartonowego specjalnym utwardzającym klejem, by usztywnić każdą z części. Schnięcie zajmuje kilka dni. Powierzchnie każdej z części wygładza się znowu papierem ściernym, ręcznie. Potem figurki pokrywa sie kilkoma warstwami białej papki, mieszanki białej farby i kleju do zatykania porów, jakby gładzi gipsowej. Ma to na celu zmniejszenie wchłanialności farby przez styropian, by nie trzeba było malować wielokrotnie i zużywać duże ilości drogiej farby. Przed nałożeniem kolejnej warstwy białej mazi trzeba poczekać aż wyschnie ta wcześniejsza. Trwa to znów kilka dni. Potem znów trzeba wygładzić powierzchnię każdej figury papierem ściernym, każdy zakamarek i to jest chyba kluczowy moment, bo tam, gdzie powierzchnia zostanie mniej „wytarta” i mniej gładka, tam będzie widać plamy po malowaniu.

rysunek

klejenie

naklejanie kartonu

suszenie

wygładzanie

efekt końcowy:-)

Przedostatnim etapem jest malowanie figur, to wykonuje artysta z danego warsztatu i później widać charakter każdej z fallas, widać styl każdego z artystów, jedni skłaniają się ku karykaturom, inni ku delikatnym wzorom i żywym kolorom. Ostatnim etapem powstawania fallas jest ich montaż, który kończy się dnia 15-go marca każdego roku na miejscu, gdzie będzie ona stała aż do spalenia w święto San Jose (św. Józefa), kiedy to ma miejsce la cremá, czyli palenie wszystkich fallas w mieście.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszego postu dotyczącego świąt Fallas, oto jego link:

https://jadwigasz.wordpress.com/2010/05/12/35-fallas-czyli-jak-w-jedna-noc-pali-sie-efekty-calorocznej-pracy/

Znajdziecie w nim zdjęcia gotowych fallas, piekne i kolorowe stroje regionalne uczestników święta i charakterystykę tej najbardziej znanej walenckiej imprezy.

 


62. Malownicze Almagro i rezerwat przyrody w Daimiel.


Niedaleko Toledo znajduje się Ciudad Real, miasto, które wydawało mi się być kolejnym malowniczym miastem regionu, ale jest nieciekawe i właściwie to brzydkie, stąd przespacerowaliśmy się tylko po głównym placu i kilku głównych ulicach, pośmialiśmy się razem z mieszkańcami  ze śmiesznych strojów karnawałowych, w które byli poprzebierani i pojechaliśmy do oddalonego o ok.26km Almagro, małego miasteczka, które jest znane z dobrze zachowanych i oryginalnych domów szlacheckich i kupieckich. Plac główny miasta jest bardzo oryginalny, mozna podziwiać na nim długie szeregi (galerias) domów z drewnianymi fasadami pomalowanymi na ciemnozielony kolor, jedne obok drugich, co daje wrażenie, jakby był to jeden dłuuuuugi budynek. Pod galerią można usiąść w słońcu w ogródku jednej z restauracji i barów i zjeść typowe przekąski regionu, jak berenjena de Almagro czyli kiszone młode bakłażany z przyprawami, asadillo, smażoną potrawkę z papryki, pisto manchego, pipirrana czyli sos z tuńczyka i świeżych pomidorów serwowany na gorącym toście. Ważnym obywatelem Almagro był Diego de Almagro, hiszpański konkwistador, który brał udział w podboju Peru i którego uważa się za oficjalnego odkrywcę Chile. Polecam spacer po miasteczku, jest zadbane, co krok można zobaczyć małe sklepiki z tradycyjną żywnością, kościólki i kamienice możnych. Bardzo ładny jest np. pałacyk hrabiego Valparaiso i ganek teatru komediowego z wieku XVII, który jest jedynym obiektem tego rodzaju zachowanym w całości.

Karnawał w Ciudad Real

Berenjenas (bakłażany) z Almagro

Plac główny w Almagro

Uliczki skąpane w słońcu

Około 25 km od Almagro znajduje się park narodowy Tablas de Daimiel, który jest jednym z najważniejszych na świecie rezerwatem wodno-błotnym. Swoje schronienie znalazły w nim setki gatunków ptaków, płazów i gadów a także wiele owadów i niektóre ssaki. W rezerwacie żyje wiele unikatowych gatunków roślin lubiących tereny podmokłe. Najlepiej odwiedzać park w małych grupkach albo w pojedynkę, gdyż cisza jest niezbędna, by zobaczyć faunę. Najlepszymi godzinami do zwiedzania Daimiel są wczesne godziny ranne lub późne popołudniowe. Przed wejściem do rezerwatu można zapytać o szczegółowe informacje i ulotki na temat żyjących w nim gatunków roślin i zwierząt w centrum dla zwiedzających i wybrać tam jedną z wielu ścieżek spacerowych po parku. Jednymi z gatunków najbardziej charakterystycznych dla rezerwatu są: błotniak stawowy, wąsacz, żaba św. Antoniego ;-), nutria, kleń i czapla cesarska. Gdzieniegdzie stoją jeszcze stare rybackie chaty a przy odrobinie szczęścia spotkać można rybaka łowiącego ryby metodami tradycyjnymi, w małej łódeczce bezszelestnie poruszającej się wśród szuwarów.

fot.Antonia Ramirez

61. Na marcepanach w Toledo.


Weekend w hiszpańskim Toledo to świetny pomysł na ciekawą wycieczkę. Po przeczytaniu książki Noaha Gordona pt.” Medicus z Saragossy” (dokładnie przetłumaczony tytuł brzmi: Ostatni żyd) nabrałam chęci do zobaczenia tego słynnego hiszpańskiego miasta w Kastylii -La Manchy (czyt. la manczy), w centralnej Hiszpanii. Książka opowiada o dziejach hiszpańskich żydów i ich prześladowaniu, które miało swą kulminację w roku 1492, kiedy to szalała Wielka Inkwizycja i Tomasz de Torquemada. Do tej daty Toledo było jednym z najważniejszych ośrodków religijno-kulturalnych na półwyspie iberyjskim i ośrodkiem trzech wielkich kultur i religii, stąd do dziś można oglądać w Toledo zabytki i chrześcijańskie, i muzułmańskie i żydowskie. Jest położone nad rzeką Tag (hiszp.Tajo). Zwie się je także „królewskim miastem” przez to, że w okresie oddzielnych królestw na półwyspie było siedzibą dworu Karola I Hiszpańskiego do roku 1561. Pogoda jak w centrum półwyspu, tzn. mroźnie w zimie, często ze śniegiem i zamieciami, a latem bardzo ciepło. Toledo było rządzone przez Wizygotów, Rzymian, muzułmanów i w końcu odbite przez chrześcijanskiego króla Alfonsa IV w roku 1085 roku, stało się siedzibą królów katolickich i ich dworu aż do roku 1563, kiedy to przeniesiono stolicę królestwa do Madrytu.

Alcázar

Wjeżdżając do miasta już z daleka widać piękną twierdzę Alcázar, z czterema wieżami, cudownie oświetloną w nocy. Dziś mieści się w niej muzeum wojskowe, głównie z pamiątkami z czasów wojny domowej. Oczywiście w mieście i jego okolicach jest tyle ciekawych miejsc i zabytków, że 3 dni weekendu to zdecydowanie za mało na obejrzenie wszystkiego, my kupiliśmy w biurze informacji turystycznej bilet zbiorczy na zwiedzanie 6 obiektów (synagoga Santa Maria la Blanca, kościół-meczet Cristo de la Luz, obraz El Greco, kościół Zbawiciela, kościół Jezuitów, klasztor San Juan de los Reyes) . Osobno trzeba wykupić bilet wstępu do przepięknej i gigantycznej katedry św. Marii, która po katedrze w Burgos jest największą i najważniejszą hiszpańską gotycką budowlą sakralną. Mozna też zaczekać na mszę i wtedy spróbować wejść za darmo. W Toledo mieszkał i tworzył El Greco, stąd warto odwiedzić jego dom-muzeum i obraz „Pogrzeb hrabiego z Orgaz”, który znajduje się w kościele Santo Tome. Niezwykły dzieło przedstawia scenę, kiedy to dwóch świętych, Andrzej i Augustyn składają do grobu ciało hrabiego. Namalowane postacie żałobników są autentycznymi portretami hiszpańskiej szlachty w tradycyjnych strojach. Sam El Greco namalował swój autoportret w postaci szlachcica patrzącego na nas, który stoi za rycerzem zakonu Santiago (Jakuba). Obraz jest autentycznym arcydziełem sztuki, jednym z przykładów malarstwa pełnego symboliki, piękna i subtelności kształtów, światła i kolorów. Byłam nim zachwycona. Sam hrabia Don Gonzalo Ruiz z Toledo (Hrabia Orgaz) żył w XIV-tym wieku i był znany z działalności charytatywnej. W roku 2001 zlokalizowano sarkofag hrabiego i złożono jego ciało w kaplicy, pod obrazem. Obok kościółka Santo Tome znajduje się pałacyk Fuensalida, gdzie można zobaczyć pozostałości po kulturze imperium rzymskiego w Toledo i okolicach, czyli posągi, rzeźby, w tym posągi imperatorów oraz mozaiki. Polecam bardzo oejrzeć kościół-meczet Cristo de la Luz, czyli maleńką tysiącletnią budowlę, która kiedyś była meczetem, a po odbiciu półwyspu przez chrześcijan, „przerobiono” go na świątynię chrześcijańską. Bardzo podobał mi się także gotycki klasztor San Juan de los Reyes, niesamowicie bogato zdobiony, z wewnętrznym ogrodem pełnym drzew pomarańczowych i bajecznymi kolumnami. Synagoga Santa Maria la Blanca, także przerobiona na kościół po wygnaniu żydów, jest dużym, pełnym białych kolumn zwieńczonych charakterystycznymi łukami obiektem, który jest obowiązkowym punktem wycieczki po mieście. Gdzieniegdzie zachowały się fragmenty murów obronnych, z wieżami i bramami wjazdowymi do miasta, najbardziej znane i zachowane w całości to brama Puerta del Sol, Puerta de Cambron i Puerta de Bisagra. Czytelnikom książek historycznych polecam spacer po starym średniowiecznym moście Alcántara. Toledo jest przykładem miasta, w którym doskonale rozwinął i przyjął się styl w architekturze zwanym w Hiszpanii „mudejar”, który jest charakterystyczny dla półwyspu iberyjskiego i jest mieszanką architektury chrześcijańskiej z muzułmańską, powstałą po podboju muzułmańskiego półwyspu przez królów katolickich.

synagoga Maria la Blanca

Klasztor San Juan

Katedra

Panorama miasta z wieży kościoła Jezuitów. W tle wieża katedry i Alcazar

Kościół-meczet Cristo de la Luz

Spacer po mieście zaoferował nam sporą dawkę historii miasta, historii sztuki i sporą dawkę glukozy w postaci fantastycznych wypieków marcepanowych, z których słynie miasto. Oczywiście nie mogłam sobie darować przysmaków kuchni kastylijskiej no i obżerałam się wypiekami, zajadałam marcepanem i spróbowaliśmy też carcamusas toledanas, zupy kastylijskiej, pipirrana i kiszonego bakłażana. Warto wybrać się do Toledo na czas Wielkanocy, by zobaczyć niezwykłe procesje z kapturnikami, czyli z uczestnikami procesji wielkanocnych w wysokich kolorowych kapturach a la Ku Klux Klan.

Most Alcantara

Było pysznie! 🙂

 

60. W sercu Autonomii Palestyńskiej. Betlejem i Hebron.


Miasta Autonomii Palestyńskiej (dokł. nazwa brzmi:Palestyńskich Władz Narodowych) nie różnią się niczym od typowych miast w krajach arabskich. Są tak samo w większości biedne, trochę zaniedbane, w większości przypadków zaśmiecone i panuje na nich wieczny zgiełk. Pierwszy kontakt z izraelskimi arabami mieliśmy zaraz po przylocie do Izraela, gdzie w każdym mieście znajdują się osiedla i całe dzielnice arabskie obok żydowskich. Wycieczki do Autonomii położonej na terenie państwa Izrael to jakby chwilowe podróże do innego kraju. Dzieki nim można lepiej zrozumieć istotę konfliktu między ludnością muzułmańską i żydowską. Można też wysłuchać i starać się zrozumieć obie strony konfliktu. Turyści w Beltejem czy Hebronie, Ramallah są mile widziani, gdyż dla ich mieszkańców jest to szansa na opowiedzenie własnej wersji konfliktu.

Strefa Gazy i Zachodni Brzeg (West Bank)

Pod stosowaną szeroko nazwą Autonomia Palestyńska kryje się tymczasowa struktura administracyjna zarządzająca Strefą Gazy i częścią Zachodniego Brzegu Jordanu ze stolicą w Ramallah (źródło: wikipedia), co nazywa się też potocznie Palestyną. Nazwa Palestyna jest też nazwą starożytną, stosowaną od wieków dla określenia ziem filistyńskich. Autonomia powstała w 1993 roku na mocy porozumienia zawartego w Oslo na pięć lat, do czasu ostatecznego porozumienia pokojowego, które jednak nigdy nie nadeszło. Władze Autonomii zarządzają obszarami A (tereny pod kontrolą palestyńską: Strefa Gazy, kilka większych miast na Zachodnim Brzegu) i B (tereny pod kontrolą mieszaną: Palestyńczycy sprawują tam władzę, ale kontrolę wojskową sprawuje armia izraelska). Obszar C znajduje się pod kontrolą Izraela i są to kolonie żydowskie, drogi dojazdowe do nich oraz punkty strategiczne (np. wzgórza, źródła wody). Żydzi na siłę mieszkający na terenach Autonomii są nazywani osadnikami (settlers) i są traktowani jako intruzi, którzy zakładają kolonie na terenach należących do ludności muzułmańskiej. Są oni chronieni przez liczne zastępy wojsk, a uzbrojeni żołnierze izraelscy stoją na warcie przy każdym żydowskim domu w takich koloniach. Izraelskie domy osadników są oddzielone od muzułmańskiej reszty miasta zasiekami z drutów kolczastych i metalowymi siatkami. Na drogach dojazdowych do kolonii stoją żołnierze i kontrolują wszystkich wjeżdżających na teren kolonii z arabskiej części miasta. Takie same kontrole (check-point) czekają wszystkich, włącznie z turystami, przy wyjeździe z Autonomii i powrocie do izraelskich miast. Są sprawdzane paszporty, bagaże, a podróżni arabscy, także kobiety, są prowadzeni na kontrole osobiste. Podkreślam tu ” też kobiety”, bo wszyscy wiedzą, jak zakrywają się arabskie kobiety przed resztą świata chustami, workowymi długimi wdziankami a czasami też burkami. Sama widziałam na takich kontrolach, jak tym kobietom kazano ściągać chusty, odkrywać twarze, ściągać buty, co z jednej strony jest zrozumiałe bo chodzi o bezpieczeństwo, ale z drugiej jest pogwałceniem praw do intymności tych kobiet. Bagaże arabów są dokładnie przeszukiwane, sprawdza się pilnie ich dokumentację. Taki proceder jest zmorą dla np. pracujących poza Autonomią, którzy codziennie muszą odstać w kolejkach swoje, by móc spokojnie jechać do pracy. Jest to codziennością i wszyscy się na to skarżą, że te kontrole utrudniają życie i są poniżające. Trudno tu wypowiadać się nam, ludziom spoza tej codzienności i kręgu tych problemów, jak zwykle to bywa każda ze stron ma swoje racje.

mur

check-point

Betlejem znajduje się niedaleko Jerozolimy (ok.8km), można dojechać tam normalnymi autobusami i sherutami spod Bramy Damasceńskiej. Jest to dosyć spore miasto, zawsze zobaczymy tam mnóstwo turystów przyjeżdżających do Bazyliki Narodzenia Pańskiego. Na jedny z głównych placów stoi duży meczet z podobizną Jasera Arafata. Pan pracujący w biurze informacji turystycznej przy placy jest bardzo wesoły i fajnie opowiada;-) o mieście. Sama bazylika znajduje się w centrum, wiadomo jak do niej dojść, bo są znaki i trzeba iść tam, gdzie inni turyści. Mijamy po drodze ulicę JPII. Sama Bazylika Narodzenia jest najstarszą świątynią chrześcijańską w Izraelu, pochodzi z 326 roku i zbudował ją cesarz rzymski, chrześcijanin Konstantyn Wielki. W obrębie kościoła znajduje się Grota Narodzenia Jezusa, czyli kolejne grotto (po nazareńskim i tym z Jerozolimy). Tam też widać słynną „gwiazdę”, czyli miejsce, gdzie można dotknąć podłoża, gdzie podobno była grota. Wnętrze kościoła jest raczej ponure, oświetlone jak w przypadkach innych kościołów na tych terenach, setkami kopcących lampek. Do bazyliki przyjeżdżają wycieczki także arabskie, są to arabscy chrześcijanie z terenów izraelskich lub palestyńskich oraz muzułmanie, dla których to miejsce jest jedną z wielu atrakcji turystycznych i historycznych w regionie. Obok znajduje się Grota Mleczna, w której podobno Maryja karmiła Jezusa i na ziemię spadły krople jej mleka (no cóż, każdy powód dobry…turyści są, więc jest OK).  Spacer po mieście jest przyjemny, można nawet porozmawiać po polsku z lokalnymi sprzedawcami pamiątek, hehe. Polecam wyroby z drzewa oliwnego, jak szopki, gwiazdy betlejemskie, typowe ale śliczne no i kto ma (oprócz mnie, hehe) w domu prawdziwą szopkę z Betlejem? 😉

Meczet

Bazylika Narodzenia Pańskiego

Miejsce narodzenia Jezusa

Polacy mile widziani w Betlejem.

Z Betlejem pojechaliśmy sherutem do Hebronu, dosyć konflitkowego miasta i siedziby palestyńskiego Hamasu, o czym przekonaliśmy się zaraz po przyjeździe widząc zasieki z drutu kolczastego, metalowe ogrodzenia i uzbrojonych po zęby izraelskich żołnierzy w kamizelkach kuloodpornych. W Betlejem i Hebronie ulice miast i nazwy są napisane tylko w języku arabskim i angielskim. Na ulicach pracują palsetyńscy policjanci. W Hebronie osiedlają się żydowscy osadnicy (ok. 500 osób obecnie), ortodoksyjni żydzi, i robią to chyba na złość arabskim sąsiadom, bo z nimi przybywają izraelscy żółnierze, którzy mają zapewnić im ochronę i już jest powód do starć, protestów, pojawiają się kolejne zasieki, powstają kolejne żydowskie osiedla a kolejne miasta palestyńskie odgradza się wysokim na 6m betonowym murem od reszty kraju. Betlejem własnie jest odgrodzone od reszty takim betonowym, smutnym murem. Dla mnie to jakiś absurd, konflitk stwarzany na siłę… Po co żydzi osiedlają się właśnie na terenach Autonomii??

Jednym z powodów jest monument zwany Grobem Patryjarchów, gdzie według tradycji znajduje się grobowiec ze szczątkami Abrahama. Abraham jest czczony także przez muzułmanów jako jeden z proroków. Kompleks ten jest podzielony od 1994 roku na dwie części, żydowską, gdzie znajduje się synagoga i muzułmańską, gdzie znajduje się meczet Ibrahima. Do jednego budynku wchodzi się dwoma różnymi wejściami, jedno jest dla arabów, drugie, po drugiej stronie, dla żydów. Oba są strzeżone przez żołnierzy i każdy wchodzący ma się zdeklarować kim jest i wchodzi swoim wejściem. Turystom i chrześcijanom nie robi się problemów, mogą wejść po obu stronach. Wnętrze budynku podzielone jest tak, że arabowie nie mają kontaktu z żydami, ale wszyscy mają możliwość dojścia do grobu Abrahama i modlitwy przy nim.  Ten podzial jak wspomniałam istnieje od 1994 roku, kiedy to żydowski fanatyk wtargnął do meczetu Ibrahima z bronią i zabil ok. 50 osób i ranił kilkadziesiąt innych. Do dzisiaj żydzi świętują rocznicę tej masakry, dnia 25-go lutego.

Hebron

Grobowiec Abrahama

W meczecie Ibrahima

„Po sąsiedzku”

W Hebronie ludzie są bardzo życzliwi, chcieli nam sprzedać wszystkie swoje wyroby, widać było, że nie zaglądają tam tłumy przyjezdnych jak w do sąsiedniego Betlejem. Członkowie jednej z rodzin pokazali nam swój ostrzelany przez izraelskich żołnierzy dom, wybite szyby w oknach, zasieki z drutu kolczastego wiszące nad głową a obok…domostwo ich żydowskich „sąsiadów” i żołnierza z karabinem patrzącego na nas z wieżyczki wartowniczej. Nie odważyłam się wyciągnąć aparatu, by zrobić zdjęcie, może i kazaliby mi potem oddac karte z pamięcią i wszystkimi zdjęciami albo jeszcze zabraliby cały aparat…tam niczego nie da sie przewidzieć. Jedno jest pewne, jeśli chce się w miarę spokojnie spacerować po Hebronie, trzeba kupić od wałęsających się dzieciaków jakieś małe pierdółki, typu branzoletki z flagą palestyńską i za nic w świecie nie dać po sobie poznać, że jest się sympatykiem izraelskiej strony w konflikcie. Ja nie jestem po żadnej stronie, ale czułam jakąś sympatię dla mieszkańców Hebronu, może też było mi ich żal, że w końcu żyją na dużo niższym poziomie niż żydzi, żyją w biedzie, brudzie. Może to ich wina, może im się nie chce i wszystko zwalają z lenistwa na okupację izraelską, może nie mają możliwości więcej się rozwinąć, nie wiem, jednak w kontaktach z nimi czuje się normalną ludzką życzliwość. Raz tylko przydarzył nam się niemiły incydent, kiedy to kupiliśmy już kilka branzoletek i innych pamiątek od handlującej młodzieży, wypiliśmy herbatę u jednego kupca i jedni drugim mówili, że jesteśmy dobrymi ludźmi. Nagle pojawił się kolejny uliczny młody sprzedawca i zaczął oferować nam swoje wyroby. Nie chcieliśmy już kupować kolejnych branzoletek, więc grzecznie odmówiliśmy. Chłopak zaczął na nas strasznie krzyczeć, zaczął nas wyganiać z ulicy, prawie nas popychał, zbiegli się inni zobaczyć co się dzieje a ten zaczął krzyczeć do nas, że jak się w tej chwili nie wyniesiemy, to nas zabije…Nie wiedzieliśmy jak zareagować, inni też stali w osłupieniu, przyspieszyliśmy kroku ku stacji autobusowej, ale jakoś nie puściły nam nerwy, bo zdaliśmy sobie sprawę, że chłopak krzyczał do nas po angielsku, gdyby naprawdę chciał nam zrobić krzywdę, krzyczałby w swoim języku nie dając szans na reakcję a jego towarzysze mieliby pretekst do ewentualnego ataku. Skończyło się na moim przyspieszonym biciu serca i przyspieszonym kroku do autobusu powrotnego do Jerozolimy. W uszach wciąz mam jego dziki wrzask, że jestesmy na pewno żydowskimi szpiegami i nas zabije, jeśli natychmiast nie wyniesiemy się z jego miasta…Ufff

Następny post – bardzo lajtowy: megasuperowy pobyt nad Morzem Martwym!!! Zapraszam.