69. Jordania. Aqaba i nurkowanie w Morzu Czerwonym.


Pobyt w Jordanii zaczęliśmy od Aqaby, miasta-bliźniaka izraelskiego Eilatu. Eilat jest najdalej na południe położonym dużym izraelskim miastem, nad Morzem Czerwonym. To typowe turystyczne miasto, pełne hoteli, centrów handlowych, jakichś tam plaż i szkół nurkowania. Jak na turystyczne i mało interesujące miasto przystało, jest baaaaardzo drogie, nie ma tam co robić, nie ma zabytków, za to dla chcących wypoczywać nad pięknym morzem miasto jest pełne atrakcji. Jeśli chcecie kupić czy wynająć w Eilacie np. sprzęt do nurkowania, deski surfingowe itp, radzę z tym poczekać i odwiedzić jordańską Aqabę oddaloną o ok. 12 km od Eilatu. Do przejścia granicznego można dojechać za grosze taksówką, tam najpierw trzeba wymeldować się w części izraelskiej, zapłacić opłaty graniczne i potem przejść kontrolę w części jordańskiej (wiza). W Jordanii na przejściu czekają dziesiątki taksówek odwożących turystów do Aqaby. Oczywiście pełno jest też oszustów, którzy naciagają turystów na wielkie pieniądze, stąd my pytaliśmy wcześniej, na przejściu, jakie taksówki i za ile należy wziąć, by faktycznie dojechać tanio i bezpiecznie.

Działeczki w mieście

Kobieta na plaży

W Jordanii czuliśmy się bezpiecznie, miło, ludzie są bardzo życzliwi, a mężczyźni…ach! baaardzo przystojni! 🙂 Jordania jest monarchią, a najbardziej znaną postacią królewskiej rodziny jest przepiękna Rania, żona panującego króla Abdullaha II. Jest ona Palestynką z pochodzenia, urodzoną w Kuwejcie. Zdjęcia rodziny królewskiej wywieszone są w każdym sklepie, hotelu, każdy z zapytanych o króla wydawał się trochę zmieszany i zakłopotany, ale odpowiadał tylko w samych superlatywach. Mieszkańcy Aqaby są przyzwyczajeni do sporej liczby odwiedzających, zwłaszcza przybywa tu cała masa sąsiadów Izraelczyków, jest to możliwe dopiero od niedawna, kiedy to ogłoszono zawieszenie broni w stosunkach Jordania -Izrael (1994rok). Na ulicach spotkaliśmy też wielu Amerykanów, wszechobecnych w Izraelu Rosjan i rosyjskojęzycznych, Europejczyków. Zdziwiło nas, że nie spotkaliśmy Hiszpanów, których spotkaliśmy w każdym miejscu, które odwiedziliśmy, włącznie z Cmentarzem Orląt Lwowskich!!! hehe

Aqaba jest bogatym i w miarę nowoczesnym miastem, do którego chętnie się przyjeżdża. Znajdziemy tu i drogie i tanie hotele,drogie i tanie restauracje, hammamy i kafejki. Generalnie jest taniej niż w Izraelu. Bardzo drogie natomiast jest wejście do Petry, bilet kosztuje 50 jordanów dla jednej osoby (55 euro)… My zatrzymaliśmy się w taniutkim hotelu Dweikh w centrum, za 20 euro noc pokój dwuosobowy, nawet jakoś przeżyliśmy a w recepcji pracownicy byli naprawdę mili i po twadych negocjacjach spuścili cenę za nocleg. W centrum warto rozejrzeć się za sklepami z przyprawami i kadzidłami, są tanie i mają tam dużą różnorodność towarów. Kupiłam przyprawę zatar, mieszaninę ziół, którą używa się z chlebem lub macą moczoną uprzednio w oliwie z oliwek. Pychota!

W Aqabie znaleźliśmy też kierowcę taksówki, wcześniej poleconego przez znajomego naszych towarzyszy podróży (syn z matką, z Izraela), z nim też się skontaktowaliśmy i zawiózł nas wcześnie rano do Petry, oddalonej od stolicy kraju, Ammamu o ok. 200km (3 godz. samochodem) a z Aqaby ok. 3-3,5h samochodem. W mieście postanowiliśmy ponurkować z butlami w Morzu Czerwonym, by zobaczyć słynne koralowce i faunę, ale prawda jest taka, że tam, gdzie pozwalają ci na nurkowanie opiekunowie i przewodnicy, nie zobaczy się wielu zwierzątek morskich, bo rafy koralowe są trochę podniszczone. Żeby zobaczyć zwierzęta jak z obrazków biur podróży, należy przemieścić się daleko w głąb morza, a na to raczej nie godzą się miejscowe biura obsługujące nurków i wypożyczające sprzęt. Zawsze nurkowi towarzyszy opiekun z biura, który nurkuje razem z nim i prowadzi w sprawdzone miejsca obserwacji życia morskiego. Można też za dodatkową opłatą wypożyczyć kamery podwodne i aparaty fotograficzne. W tych najdroższych biurach jako pamiątkę nurkowania dostaje się nagrany pod wodą film z twoim udziałem.

Przygotowania do nurkowania

Na plaży w Aqabie byłam trochę skrępowana, dużo samotnych mężczyzn włóczy się, by „podglądać” europejskie rozebrane kobiety i chyba jest to dla nich jedyna okazja, bo jordańskie (i wszystkie arabskie) kobiety kąpią się całe zakryte. Dużo jest też naciągaczy na różne produkty, na nurkowanie w takim a nie innym biurze, tzw. „naganiacze”, którzy mogą byc strasznie upierdliwi.

W następnym poście-Petra!

68. Wielkanoc po polsku.


¨Było tak. Miesiąc przed świętami o ich bliskości obwieszczał na wsiach oraz w miasteczkach kwik zarzynanych świń. Aby przygotować naprawdę smaczne szynki, kiełbasy czy polędwiczki, potrzeba czasu. Dlatego masowe świniobicie zaczynano w środku Wielkiego Postu. Wymagało to sporego hartu ducha, żeby całymi dniami gotować, wędzić i marynować mięso, ale go nie kosztować. Najlepsze szynki uzyskiwano po kilku dniach wędzenia, stosując do tego różne gatunki drewna. Choć równie dobrym sposobem było zapiekanie w razowym cieście wewnątrz pieca używanego zwykle do wypiekania chleba. Wedle wspomnień Kazimierza Iwanowskiego zamieszczonych w książce Tomasza A. Pruszaka „O ziemiańskim świętowaniu” taka szynka „po paru godzinach jest gotowa i po lekkim ostygnięciu kruszy się jak chleb. Szynka jest soczysta i wonna, nic z niej nie uciekło”.

Po rozprawieniu się ze świniami przychodziła pora na sprzątanie w zagrodach i obejściach oraz bielenie fasad domów. „Gospodynie myją też dzieci, przygotowują dla wszystkich domowników odświętne ubrania” – odnotowała pod koniec XIX wieku Marianna Jasiecka podczas wizyty w wielkopolskiej wsi Polwica. Również w miastach wszyscy przystępowali do wiosennych porządków i musieli się spieszyć, bo od Niedzieli Palmowej zaczynał się pełen wyjątkowych atrakcji Wielki Tydzień. Wtedy na każdą rodzinę spadały rozliczne obowiązki. Dobry katolik winien był uczestniczyć codziennie w choć jednej mszy, przynajmniej raz się wyspowiadać, a każdego wieczoru przeczytać dłuższy fragment Nowego Testamentu.Szanująca się kobieta musiała upiec jeszcze kilka smacznych ciast.

Tuż po niedzieli gospodynie przystępowały do wypieków. „Natomiast każdy mąż sprytny i zrównoważony starał się wymknąć na ten czas od żony” – zauważał we wspomnieniach „Wielkanoc we dworze polskim na Litwie” Adam Habdank. I wiedział, o czym pisał, bo w pomieszczeniach kuchennych narastała wówczas atmosfera zbiorowej histerii. Anna Potocka, przygotowująca Wielkanoc w majątku Oleszyce pod Lubaczowem, zapisała w pamiętniku: „Pamiętam przerażenie Stasia [męża – przyp. aut.], jak wszedł pośpiesznie i hałaśliwie do kuchni, a ja przyskoczyłam do niego: »Cicho, cicho!«. Zatkałam mu usta ręką i na palcach wyprowadziłam z kuchni; a to baba rosła i bałam się, że się otrzęsie i opadnie!”.

Baba to najniezwyklejsze ze wszystkich ciast – do pieczenia oprócz drożdży, mąki i cukru potrzebna była co najmniej setka utartych żółtek kurzych jaj, wódka, szafran, mielone migdały i rodzynki – odznaczała się wyjątkową wrażliwością. Przed rozpoczęciem wypiekania gospodynie wypraszały z kuchni wszelkie niepowołane osoby. Potem uszczelniały szpary w oknach, aby się baba nie przeziębiła, a przed włożeniem do pieca – by rosła i nie opadła – nakrywano ją lnianym obrusem. Po upieczeniu zaś okrywano puchową pierzyną, by stygła jak najwolniej. Pisarz Jarosław Iwaszkiewicz wspominał, że w domu jego rodziców wielkanocną babę, gdy tylko wyjęto z pieca, kładziono na poduszkę, a następnie służąca kołysała nią jak dzieckiem tak długo, póki nie ostygła. Przy ciepłej jeszcze babie wolno było rozmawiać jedynie szeptem, a chodziło się na paluszkach. Wszystko dlatego, że jeśli baba wielkanocna się nie udała, oznaczało to hańbę dla pani domu. Po takiej przeprawie wypieczenie zwykłego mazurka czy placka z kruszonką stawało się niewartym uwagi drobiazgiem.

Kiedy dom przypominał pole bitwy, a zajęte walką z bałaganem i ciastami gospodynie pałały żądzą mordu, dla mężów najrozsądniejszym wyjściem było oddanie się obrzędom religijnym. Najlepiej takim, które dawały szansę na jakąś dodatkową rozrywkę. W Wielki Czwartek wedle opisu Jana S. Bystronia w „Dziejach obyczajów w dawnej Polsce” niezwykłym powodzeniem wśród gapiów cieszyło się publiczne obmycie nóg przez ważne osoby wytypowanym 12 starcom. Jak niegdyś Chrystus apostołom, tak w szlacheckiej Polsce król, magnaci i biskupi tego dnia symbolicznie szorowali nogi biedakom.

Jędrzej Kitowicz w „Opisie obyczajów i dziejów za panowania Augusta III” wspomina, że gdy monarcha kończył myć nogi starcom, „sadzano ich potem do stołu, a król i znakomitsze osoby im usługiwały”. Po uczcie zaś każdy otrzymywał nowe ubranie, łyżkę, nóż, a nawet „serwetę, w której dukaty były zawiązane”. Poeta Władysław Syrokomla twierdził, iż „za Stanisława Augusta raz się trafiło, że każdy z 12 starców miał sto lat, a jeden 125”, choć pewnie artystę w tym miejscu poniosła już fantazja. Tak czy inaczej po trudnym okresie Wielkiego Postu można było sobie wreszcie pozwolić na publiczne rozrywki.

Ranek w Wielki Piątek rozpoczynano od zabawy w pastwienie się nad postnym jedzeniem. Urządzano pogrzeb żuru, co wedle opisu Jana S. Bystronia polegało na tym, że jakiejś nieświadomej ofierze dla żartu żur ten wylewano na głowę. Z kolei śledzia symbolicznie wieszano na drzewach. „Karząc go niby za to, że przez sześć niedziel panował nad mięsem” – wspominał Kitowicz. Znęcano się nie tylko nad jedzeniem. „Rano budziły nas krzyki z pokoi starszego rodzeństwa, gdzie rózgą dostawali boże rany. Nic nie chroniło nas od tej tradycyjnej w skóry” – wspominała dzieciństwo w Rzeszynku w Wielkopolsce Izabela Drwęska. Co bardziej gustujący w dawnych tradycjach rodzice tego ranka sprawiali lanie dzieciom dla upamiętnienia męki Chrystusa. Następnie brano się do malowania lub dekorowania jaj, które w Wielkanoc dawano obitym wcześniej pociechom do zabawy lub w prezencie przyjaciołom.

Największą atrakcję stanowiły tego dnia wycieczki do kościołów, aby obejrzeć, jak udekorowano grób Chrystusa.Wedle wybitnego etnografa Zygmunta Glogera zwyczaj budowania w kościołach wystawnych grobów chrystusowych od czasów średniowiecznych upowszechnił się jedynie w Polsce i na jej pograniczu. Przybyszy z Zachodu zaskakiwało ich bogactwo i niezwykłe formy. „Wszystko to nader okazałe dla nieprzeliczonej liczby lamp i świec jarzących” – opisał w połowie XVII wieku obejrzane w warszawskich kościołach chrystusowe groby francuski historyk Jean de Laboureur. Najbardziej zaś zaskoczył go militarny grób Chrystusa w kościele Jezuitów, który „był cały złożony z pałaszów, szyszaków i broni prawdziwej”. Za czasów Jędrzeja Kitowicza można było ujrzeć przy grobach przeróżne niezwykłości. Spotykało się „lwy błyskające oczami szklanymi”, a także „morze bałwany swoje miotało”, zaś „Longin [legionista] siedzący na koniu zbliżał się do boku Chrystusowego z włócznią. Maryje stojące pod krzyżem ręce do oczów z chustkami podnosiły” – opisywał Kitowicz. Jednym słowem, prawdziwy teatr mający przyciągać uwagę gapiów, często nijak się mający do biblijnych relacji. Do tego jeszcze dla podkreślenia splendoru osoby Zbawiciela w miastach przy grobach warty pełnili prawdziwi żołnierze. Na wsiach za żołnierzy przebierano parobków.

Atrakcyjność takich dekoracji sprawiała, że w Wielki Piątek kościoły stawały się centrum życia towarzyskiego. „Towarzystwa umawiają się tam a tam spotkać, dowiedziawszy się wprzód, w których kościołach wystawa najwspanialsza” – opisywał pod koniec XVIII wieku zwiedzający Warszawę Fryderyk Szulc. Przybywszy do świątyń, ludzie klękali, ostentacyjnie modlili się przed chrystusowym grobem, po czym „zasiadają zaraz na krzesłach, wpatrując w przechodzące tłumy, zaczepiają znajomych, rozmawiają o wielu niepobożnych przedmiotach itp.” – relacjonował Szulc.

Z kolei wieczorem gapie mogli się ekscytować innym widowiskiem, a mianowicie procesją osób zwanych kapnikami ubranych w wielkie kaptury. Jej uczestnicy biczowali się przy każdej stacji drogi krzyżowej. Jeden zaś z nich udawał Chrystusa i „dźwigał wielki krzyż, przyklękając wciąż po drodze, bito go łańcuchem od krzyża, wołając »Postępuj, Jezu!«” – opisuje Bystroń. Jean de Laboureur ze zgrozą odnotował, że warszawscy „kapnicy” biczowali się po gołych plecach do krwi, przeraźliwie przy tym wrzeszcząc. Podobne procesje zapamiętał z dzieciństwa (połowa XVIII wieku) spędzonego w Brześciu Julian Ursyn Niemcewicz. Wedle jego relacji na dany znak „kapnicy” odkrywali plecy i siekli w nie pejczykami aż do krwi. Występ powtarzano pięciokrotnie dla upamiętnienia pięciu ran Chrystusowych. „W bractwie tym uczestniczyli pierwsi obywatele województwa” – wspominał Niemcewicz. W tym nawale rozrywek nie zapominano w Wielki Piątek o spowiedzi, zwłaszcza że o wiele łatwiej było uzyskać tego dnia rozgrzeszenie.

W Wielką Sobotę od samego ranka czekały znów nowe atrakcje. Należało bowiem przygotować do poświęcenia szykowane tygodniami jedzenie. Jako że nadal obowiązywał post ścisły i każdy szanujący się katolik spożywał minimalne ilości strawy, stawianie na stoły cudownie pachnących wędlin, ciast i kiełbas wystawiało domowników na trudne do zwalczenia pokusy. A wszystko za sprawą upowszechnionego ok. XVII wieku zwyczaju, który nakazywał, by proboszczowie przybyli do wiernych i w domach święcili potrawy. Po poświęceniu i modlitwie gospodarze zwykle w podzięce częstowali gościa nalewkami. Na koniec obchodu po domach wiernych duchowny bywał już więc zalany w trupa.Biskup płocki Andrzej Stanisław Załuski w piśmie do proboszczów w 1733 roku upominał: „Zamiast poświęcić ogień i wodę, słuchać spowiedzi itp., wszystko to opuściwszy, biegają po wsiach i domach, i często ledwie zdążają na jutrznię”. I ze zgrozą ganił, że wieczorem w Wielką Sobotę „niezdolni są nawet do odprawienia mszy świętej ze zgorszeniem ludu i zniewagą stanu duchownego”. Chcąc temu zapobiec, biskup nakazywał proboszczom: „Niech wyłożą wiernym, że nie jest koniecznością wszystkie pokarmy poświęcić, lecz dość niektóre z nich, choćby tylko sam chleb, a ten z łatwością może być przyniesiony do drzwi kościelnych”.

Nic nie wiadomo o tym, że biskup Załuski mógł się poszczycić jakimś wychowawczym sukcesem. Jednak niezależnie, w jakiej formie były osoby duchowne w sobotni wieczór, i tak wówczas lub najpóźniej o świcie w niedzielę odbywały się w kościołach msze rezurekcyjne, kończone uroczystą procesją. I znów wszystko miało formę wystawnego widowiska. Gdy czytano ewangelię, pilnujący chrystusowego grobu żołnierze musieli odgrywać sceny pantomimiczne z udawaniem strachu lub padaniem plackiem na posadzkę podczas czytania opisu zmartwychwstania. Potem odpalano petardy, strzelano z dział, bito w dzwony, a wierni czynili hałas na najprzeróżniejsze sposoby. Młody Juliusz Słowacki, będąc w Nieświeżu na rezurekcji u Radziwiłłów, wspominał, że w kulminacyjnym momencie mszy na polecenie księcia „dano ognia z dwunastu dział, a dzwonnicy na wieżach wystrzelili z dwóch moździerzy, a całe pospólstwo strzelało z kluczków, z dubeltówek, z krócic i był huk taki, że zawalił się pułap w domie pewnego mieszczanina”.

Po tak radosnym poranku wreszcie można było przystąpić do niczym nieskrępowanej i już zupełnie legalnej zabawy. Dobry wstęp stanowiło odpowiednio wystawne wielkanocne śniadanie. Wojewoda miński Mikołaj Sapieha ok. 1640 roku, kiedy zaprosił na takowe innych magnatów, zasłynął tym, że na świątecznym stole ustawił 12 pieczonych jeleni symbolizujących każdy z miesięcy. Naokoło nich stały 52 ciasta, każde inne, tak jak to bywa z tygodniami w roku. Obok nich 365 identycznych babek, na każdy dzień roku jedna. A oprócz tego oczywiście rozłożono masę innego jedzenia. Na środku zaś ogromnego stołu górował nad wszystkim wypieczony z ciasta ogromny baranek z chorągiewką otoczony przez cztery pieczone dziki.

Dwa stulecia później Andrzej Rostworowski, goszcząc pod Mińskiem u swego wuja Edwarda Horwatta w pałacu w Narowli, zapamiętał, że na wielkanocne śniadanie ustawiono w bibliotece stół o długości jakichś 12 metrów. „W środku zielona altana, w niej baranek. Z dwóch końców stołu głowy: świni pieczonej i dzika w skórze z jajkiem w pysku. Głuszec, cietrzew, dzika kaczka w piórach, a potem już szynki gotowane i pieczone, całe stosy kiełbas, pieczone prosię z kaszą, rolady, pieczone ptactwo, indyki nadziewane śliwkami albo kasztanami” – wyliczał Rostworowski. Mając do czynienia z taką masą potraw, i to po sześciu tygodniach postu, ludzie dosłownie się na nie rzucali, przypłacając to bardzo szybko różnymi dolegliwościami żołądkowymi. Przed tak bolesnymi kłopotami próbowano się zabezpieczać na różne sposoby. Wierzono, że zanim zacznie się obżarstwo, należy zjeść usmażoną na maśle pokrzywę lub poświęcony przez księdza chrzan. Jednak nawet jeśli to w czymś na początku pomagało, to przecież był jeszcze Poniedziałek Wielkanocny. Wedle świątecznej tradycji tego dnia chodzono w gości. A zjedzenia serwowanych wówczas poczęstunków nie wypadało odmówić.

Aby zrobić przerwę w konsumpcji, niekiedy w świąteczną niedzielę Polacy zdobywali się na jakąś aktywność ruchową, choć bez szaleństw. Wśród zabaw towarzyskich największą popularnością cieszyła się walatka. Dwaj gracze brali do rąk pisanki i uderzali jedną o drugą. Przegrywał ten, czyje jajko zostało stłuczone.

Po dniu marazmu nieuchronnie nadchodził lany poniedziałek. Wedle opisu Kitowicza „panowie i dworzanie, panie, panny, nie czekając dnia swego, lali jedni drugich”. Robiono to wiadrami na zewnątrz domu, a często także wewnątrz. „Stoły, stołki, kanapy, krzesła, łóżka, wszystko to było zmoczone, a podłogi jak stawy, wodą zalane” – relacjonował Kitowicz, dodając, że „największa była rozkosz przydybać jaką damę w łóżku, to już ta nieboga musiała pływać w wodzie między poduszkami i pierzynami, jak między bałwanami, przytrzymana albowiem od silnych mężczyzn, nie mogła się wyrwać z tego potopu”.

I w tak uroczy sposób dobiegały końca kolejne święta wielkanocne. Zupełnie jak i dziś nasi przodkowie dopiero wtedy mogli wreszcie odpocząć. ¨

Newsweek, ¨Swiateczny armagedon, czyli Wielkanoc po polsku¨

Andrzej Krajewski 

67. Wielki Tydzień w różnych miastach Hiszpanii.


Święto Wielkanocy i poprzedzający je Wielki Tydzień jest obchodzony w Hiszpanii z wielką pompą. Każdy region kraju świętuje w inny sposób, ale każdy podniośle i uroczyście. Cechą wspólną wszystkich obchodów są niezwykłe procesje pokutników i bractw niosących figury Chrystusa, Maryi i świętych. W całej Hiszpanii w sumie ma miejsce 39 głównych procesjii ulicznych w różnych miastach, uważanych za ważny element turystyki i dziedzictwa kulturowego. Najwięcej procesji odbywa się w regionie Andaluzji, zwłaszcza w Sewilli i Maladze, te są też najbardziej spektakularne i znane na całym świecie. W każdej takiej procesji może brać udział jedno lub kilka bractw (cofradías), członkowie każdego  z nich ubrani są w charakterystyczne stroje w odpowiednich dla każdego bractwa kolorach. Uczestnicy procesji niosą na swoich barkach ogromne i ciężkie platformy z figurami świętych i Chrystusa oraz Maryi. Platformy są bogato zdobione, rzeźbione, malowane, udekorowane kwiatami, świecami, wstążkami. Mężczyźni, którzy niosą te platformy, ćwiczą kroki już kilka miesięcy przed Wielkanocą, wszystko po to, by podołać później ogromnemu ciężarowi i trudowi kilkugodzinnej a czasem też kilkunastogodzinnej procesji. W większych procesjach biorą udział także wspomniani nazarejczycy, pokutnicy w kapturach a la Ku Klux Klan. Niosą oni zapalone świece.

Kilka procesji z różnych miast hiszpańskich zasługuje na szczególną wzmiankę. Pierwszą z nich jest przepiękna, cicha i bardzo podniosła procesja w Valladolid, w regionie Castilla León. Zgromadzeni w niej ludzie idą w absolutnej ciszy, skupieniu, które wprost przeszywa oglądających. Jedynym dźwiękiem słyszanym jest rytm bębnów towarzyszący krokom dźwigających platformę. Wystawiane figury są prawdziwymi dziełami sztuki polichromicznej, której historia i tradycja sięgają kilku wieków wstecz. Ich przygotowaniem od lat zajmują się ci sami artyści rzeźbiarze, pracujący przy przygotowaniu procesji z pokolenia na pokolenie. Tradycja procesji w Valladolid sięga XV-go wieku. Najbardziej znanymi wydarzeniami w czasie Wielkiego Tygodnia w tym mieście są: Kazanie Siedmiu Słów (rozważania na temat siedmiu słów wypowiedzianych przez Jezusa na krzyżu) mające miejsce w południe w Wielki Piątek na Placu Głównym. Kazanie to jest poprzedzone wygłaszaniem od rana sonetów przez członków Bractwa Siedmiu Słów w całym mieście i odebraniem pergaminu z kazaniem od biskupa. Kazanie to jest przedłużeniem wielowiekowej tradycji autowyznania wiary na placu głównym w mieście. W wielkopiątkowe popołudnie odbywa się procesja Świętej Męki Zbawiciela, najważniejsze wydarzenie całych obchodów. Wyróżnia się ona nie tylko absolutną ciszą i skupieniem uczestników, ale także ilością przepięknych figur noszonych na platformach (32, najwięcej w całej Hiszpanii), które przedstawiają sceny biblijne męki pańskiej.

Nazarenos (pokutnicy) przed katedrą w Valladolid

Najbardziej znaną procesją wielkanocną w Hiszpanii jest procesja w Sewilli. Jest ona zupełnie odmienna od tej w Valladolid, jest pełna emocji, wzruszeń, krzyków, płaczu i śpiewów. Procesje rozpoczynają się w niedzielę palmową i trwają aż do niedzieli wielkanocnej. Codziennie w Wielkim Tygodniu ulicami miasta kroczą pochody różnych bractw w ustalonej wcześniej kolejności. Każde bractwo niesie ze sobą sztandar z aksamitu z wyhaftowanymi insygniami i w charakterystycznym kolorze. Trasa pochodów (la chicotá) jest zawsze taka sama, zaczyna się na placu de la Campana uroczystym podniesieniem platformy przy dźwięku bębna i kończy przed katedrą położeniem jej na ziemi. Otwarty i ciepły charakter mieszkańców Andaluzji daje o sobie znać także w czasie świąt Męki Pańskiej, kiedy to procesji towarzyszą śpiewy oglądających pochód na balkonach domów, krzyki typu guapa, santisima (śliczna, najświętsza) w kierunku figury Matki Boskiej. Ludzie wyciągają ręce w kierunku platform, by dotknąć sukien zdobiących Maryję i Jezusa. Często w telewizji można obejrzeć relacje z procesji w Sewilli, w których widać płaczące kobiety na balkonach domów, machające chustkami, rzucające kwiaty na trasę procesji. Na obchody Wielkanocy do Sewilli lub Malagi ma zwyczaj też przyjeżdżać Antonio Banderas z rodzina. W Wielki Czwartek kobiety w Sewilli ubierają się na czarno, zakładają charakterystyczne czarne mantillas (welony) i podtrzymujące je duże grzebienie z masy perłowej lub metalu. Niektóre z nich noszą ten strój także w Wielki Piątek, a wszystko to na znak szacunku dla męki pańskiej i śmierci. Cechą charakterystyczną procesji wielkanocnych w Sewilli są także improwizowane śpiewy (la saeta) uczestników na trasie pochodu. Mają one charakter typowy dla folkloru andaluzyjskiego, tzn. są mieszanką śpiewów flamenco, arabskich i cygańskich. Najważniejszym momentem obchodów jest Droga Krzyżowa w wielkopiątkowe popołudnie, zakończona przybiciem Chrystusa do krzyża. W czasie świąt wielkanocnych w Sewilli i jej regionie spożywa się typowe dla świąt posiłki jak ciecierzyca ze szpinakiem, dorsz w pomidorach, torrijas (słodkie smażone placuszki z chleba maczanego w osłodzonym mleku z dodatkiem cynamonu i olejku pomarańczowego).

ćwiczenia

Procesje w Maladze są podobne do tych w Sewilli, z tą małą różnicą, że tutaj na platformach nosi się głównie Matkę Boską i Chrystusa, rzadko figury świętych, a za platformą idą pokutnicy w kapturach i żołnierze. Matki przekazują z rąk do rąk uczestników procesji swoje maleńkie pociechy, które w ten sposób „wędrują” do świętych figur, gdzie dostają błogosławieństwo i wracają do mam. Kobiety w czerni idą przed platformami. Najbardziej znana i kochana w Maladze postać Matki Boskiej to Maria Santisima del Rocío, znana też jako la Novia de Malaga. Największą platformą z postacią Matki Bożej jest platforma bractwa Maria Santisima de la Esperanza. W Maladze zobaczymy też platformę z największą liczbą „dźwigaczy” (Pollinica, ponad 1000 osób!) oraz tę, która pokonuje najdłuższą trasę w mieście: La Nueva Esperanza (Nowa Nadzieja), trwającą ok. 12 godzin…Najstarszym bractwem jest zaś Bractwo Krwi powstałe w roku 1507.

torrija

Innym zwyczajem wielkanocnym w różnych regionach Hiszpanii jest masowe granie na bębnach w grupach liczących setki albo tysiące ludzi zgromadzonych na wielkich placach miejskich. Najbardziej znanym występem jest pokaz w regionie Aragón. W całym kraju rodziny świętują przy suto zastawionych stołach z obowiązkowym smakołykiem wielkanocnym, jakim jest mona de pascua, czyli tradycyjne słodkie ciasto drożdżowe  z posypką, udekorowane jajkiem. W cukierniach można kupić przeróżne odmiany tego wypieku, czekoladowe, z kremem, dekoracjami, piórami, figurkami świętych etc. Nie zmienił się zwyczaj obdarowywania moną chrześniaków przez ich chrzestnych.

El encuentro to zwyczaj „spotykania się” w czasie procesji figur Chrystusa zmartwychwstałego i Matki Bożej rankiem w Niedzielę Wielkanocną. Dwie procesje zaczynają na znak biec i w momencie, jak 2 figury sie spotykają, podrzuca się je lekko do góry. Ot, taki sobie zabawny zwyczaj:-)

Opisy przykładowych procesji są oczywiście okrojone, wszystkie procesje są przygotowywane na kilka miesięcy przed Wielkanocą, kiedy to uczestnicy uczą się protokołu, kroków. Polecam bardzo zobaczyć którąkolwiek z procesji, to niezapomniane przeżycie.

66. W Tel Avivie.


Tel Aviv to administarcyjna stolica Izraela, tutaj mają swoje siedziby zagraniczne placówki dyplomatyczne i wielkie międzynarodowe koncerny, jednak według żydowskiego prawa to Jerozolima jest duchową i kulturową stolicą kraju i w niej mieści się np. Knesset, izraelski parlament i budynek Sądu Najwyższego.

Miasto jest nowoczesne, chociaż trochę zapuszczone, tzn. w wielu miejscach w samym centrum sklepy mają brudne witryny i odrapane ściany. Ulice przypominają zwyczajne większe polskie miasta, a metropolię przypominają jedynie pasaże nadmorskie i plaże z rozbudowaną siecią hoteli, restauracji , klubów nocnych i pól golfowych. Nie na darmo żydowskie przysłowie mówi, że „ Haifa pracuje, Jerozolima się modli, a Tel Aviv imprezuje” . Hotele i tańsze hostale oferują raczej marne pokoje za wysoką cenę, nie ma co porównywać np. hotelu 3*w Izraelu z takim np. w Madrycie. Warto obejrzec zabudowania w modernistycznym stylu bauhaus w centrum.

Plaże są czyste i zadbane, woda w morzu czysta i ciepła, jak to w Morzu Śródziemnym. Plaże publiczne są bezpłatne, ale w wielu miejscach trzeba płacić danemu hotelowi za wejście na jego kawałek plaży lub wcale nie ma do niego dostępu, kiedy plaża jest prywatna. Na plaży kobiety opalają się w skąpych strojach, a izraelskie stroje kąpielowe są jednymi z najbardziej pożądanych w świecie mody (właściwie to nie wiem dlaczego, przyglądałam się właśnie, by odkryć ich tajemnicę, ale wciąż nie wiem, o co chodzi z tym „top fashion”…) Spotkamy tu wielu „biegaczy” i rowerzystów.

Tam gdzie plaża tam i port. Port w Tel Avivie jest nieduży, raczej stary, ale za to „glamour” 😉 Dzielnica portowa to jedna z najpopularniejszych w soboty i niedziele wieczór, gdzie spacerują całe rodziny, turyści i gdzie można zjeść świeże ryby i inne przysmaki. My podziwialiśmy przecudny zachód słońca i małe, stare łódeczki skąpane w złotej poświacie.

Najpiękniejszą dzielnicą Tel Avivu jest Yafo, kiedyś osobne miasto z portem, dziś ekskluzywna, bogata dzielnica artystów, malarzy. Tutaj znajdują się dziesiątki galerii, sklepików z rękodziełami . Niektóre z galerii prezentują swoje prace na ulicach, wieszają obrazy czy rzeźby na murach domów, stąd nawet nie trzeba wchodzić i płacić za wystawy, wystarczy po prostu spacerować między ślicznymi domkami z kamienia.

Kolejną interesującą dzielnicą miasta jest Tzedek, gdzie „jadają i bywają” pisarze, intelektualiści i rodzime gwiazdy ekranu. Przypomina trochę krakowski Kazimierz, tylko że synagogi nie są tak widoczne i emblematyczne jak w Krakowie. Polecam kawę w jednej z licznych kawiarenek i wizytę w oryginalnych miejscowych sklepach z różnościami.

Tel Aviv to miasto nowoczesne, można chodzić ubranym jak się chce. Można stołować się w lokalnych restauracjach serwujących tradycyjną kuchnię żydowską czy arabską  lub w licznych sieciówkach typu Mc Donald’s czy Burger King, Pizza Hut. W czasie szabatu nawet w tych fastfoodach serwuje się tylko koszerne dania i w ogóle nie sprzedaje się w żadnym ze sklepów czy barów mięsa wieprzowego, gdyż nie jest ono spożywane ani przez żydów, ani przez muzułmanów, stąd nie kupimy tu np. wieprzowego burger kinga czy mac wiesniaka;)))) Szczerze nie polecam żadnych fastfoodów w Izraelu, za to zachęcam do jadania w małych restauracjach, gdzie podaje się obfite przepyszne dania orientalne i tradycyjne, mieszankę kuchni arabskiej i żydowskiej z naleciałościami grecko-włoskimi.

Pobyt w Tel Avivie zakończył nasz pobyt w Izraelu. Na lotnisko przed lotem powrotnym musieliśmy się udać kilka godzin wcześniej ze względu na wzmożone kontrole wszystkich bagaży wszystkich podróżnych, dokładne sprawdzanie dokumentów i zadawane pytania typu: gdzie byliśmy, co zwiedziliśmy, dlaczego, jakie prezenty wywozimy z kraju, czy jesteśmy małżeństwem, jakie imiona nosili nasi dziadkowie itp… Żeby nie przedłużać tej dokładnej kontroli nie wspominaliśmy już o naszym pobycie w Autonomii Palestyńskiej, zwłaszcza w zapalnym Hebronie, bo pewnie musielibyśmy odpowiadać na dziesiątki pytań „po co”, „dlaczego” etc. Najlepiej w ogóle nie wspominać o wycieczkach do Autonomii. Zapytano nas w czasie kontroli bagaży czy wieziemy jakąś książkę. My na to, że tak, że 2 przewodniki, które mieliśmy w ręce. Oni na to, że chyba wieziemy jeszcze coś i musimy pokazać, co. Kiedy wywaliliśmy połowę naszych rzeczy z plecaka, przypomnieliśmy sobie, że wieziemy także hebrajską wersję „Małego Księcia” do naszej kolekcji…Ochrona musiała sprawdzić jaka to książka, czy aby nie jakieś antyżydowskie opracowania przygotowane przez Hamas, hehe.

Wylatując do domu obiecałam sobie, że do Izraela wrócę  jak tylko będę mogła, bo o Jerozolimie i jej magii nie zapomnę do końca życia. Dużo już zwiedziłam, ale jak narazie tylko dwie rzeczy zaparły mi dech w piersiach: Machu Picchu i…Jerozolima!

Yafo

W następnym poście- Jordania.

65. Woleli samobójstwo od niewoli. Historia Masady.


Masada położona w sercu pustyni judejskiej, niedaleko od brzegu Morza Martwego, między Ein Gedi i Sodomą, od roku 2001 jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jej ruiny są ostatnią żydowską fortecą rozbudowaną przez króla Heroda w latach 37-31 p.n.e, która była w czasach starożytnych i jest do dzisiaj symbolem umiłowania wolności, oporu wobec najeźdzcy i solidarności. Upadek Masady w 73 roku n.e przed naporem Rzymian był początkiem tragicznego końca królestwa Judei i okresu Drugiej Świątyni.

Historia Masady została spisana przez Józefa Flawiusza, dowódcę Galilei w czasie Wielkiego Powstania. Do dziś nie wiadomo, czy jego relacja jest całkowicie zgodna z rzeczywistością, ale póki co jest ona jedyną odnalezioną do tej pory i tak szczegółową historią. Twierdza Masada znajduje się na górze na poziomie ponad 450m i została wzniesiona na jej płaskowyżu na powierzchni o długości 650m i szerokości 300m. Z jej ruin rozciąga się fantastyczny widok na pustynię judejską i brzeg Morza Martwego. Wzniesiono ją za panowania Aleksandra Jonathana z dynastii hasmonejskiej a dokończono za panowania Heroda.  Znajdowały się w niej pałac, synagogi, domostwa, liczne zbiorniki na wodę i żywność, wieże wartownicze, mury obronne i rytualne łaźnie (mykwy).

W roku 73 n.e. Masada była jednym z ostatnich ośrodków oporu przeciw Rzymianom. Oblężeniem twierdzy dowodził Flawiusz Silva. Dowódcą żydów z twierdzy był w tym czasie Eleazar Ben Yair. Rzymianie, w liczbie ok. 8000 żołnierzy zbudowali 8 obozowisk i usypali poteżną skarpę z ziemi i drewna wokół twierdzy i za jej pomocą chcieli się dostać do środka. W obliczu zbliżającej się klęski, Eleazar podjął decyzję o rezygnacji z dalszej obrony fortecy. Nie chciał jednak poddać się Rzymianom, stąd wybrał tragiczną i honorową drogę zakończenia walki. Rozkazał wybrać spośród meżczyzn 10, którzy mieli zająć się zabiciem pozostałych mieszkańców, w tym wszystkich kobiet i dzieci. Wśród tych dziesięciu miał znalezć się 1, który zabije tych dziewięciu pozostałych i sam, na końcu masakry, popełni samobójstwo. Rzeź rozpoczął sam dowódca, zabijając swoją żonę i dzieci. Pozostawiono nietknięte zapasy żywności, wody i broni, by pokazać Rzymianom, ze ich decyzja nie była podyktowana desperackim głodem lecz świadomym wyborem śmierci nad życiem w niewoli. Cudem ocalały 2 kobiety z pięciorgiem dzieci ukryte w kanale. Po zdobyciu Masady Rzymianie ostatecznie podbili Juedee. Przez kilka wieków od masakry Masada nie była zamieszkana. W 5-tym wieku n.e. fortecę zamieszkali mnisi, wycofując się z niej w wieku 7-ym po najeździe muzułmanów. Od tamtej pory pozostała niezamieszkała.

W okolicy Masady znajduje się Park Narodowy Masada, można pojeździć dżipem po pustyni. Do fortecy można dostać się kolejka linowa i podziwiać dzięki niej wspaniałe widoki lub pieszo, po scieżce ¨węża¨, zajmuje ona około 1h. Na dole znajduje się centrum informacji turystycznej, bary, sklep, toaleta.

Dzisiaj Masada i jej historia są symbolem jedności i bohaterstwa narodu żydowskiego a żołnierze w Izraelu składają przysiegę wierności swojemu krajowi w jej ruinach.