——Polowanie na Friedmanów, czyli jak szanowany profesor z dnia na dzień stał się potworem———


Opowiadana przeze mnie historia wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych pod koniec lat 80-tych. Rodzina Friedmanów była jedną z wielu dobrze sytuowanych i szanowanych rodzin w miasteczku Great Neck, na półwyspie Long Island. Głowa rodziny, Arnold był muzykiem i nauczycielem informatyki. Cichy, ułożony i grzeczny starszy pan, bardzo szanowany w okolicy. Jego żona Elaine, matka 3 synów nigdy nie radziła sobie z nadmiarem testosteronu w swoim domu, była osamotniona, wręcz pogardzana przez synów, nieszczęśliwa. Kluczową rolę w tej historii odegrał najmłodszy syn Jesse wraz ojcem, a fakty w postaci wywiadów i domowych filmów video poznał świat dzięki między innymi współpracy najstarszego syna, Davida. Średni syn Seth nigdy nie chciał się wypowiadać na temat zdarzenia.

Rodzina Friedmanów

Jesse

Arnold

W roku 1988 miejscowa policja przechwyciła przesyłkę z Holandii adresowaną do Arnolda Friedmana. Według policyjnych informatorów przesyłka ta zawierała materiały z pornografią dziecięcą. Przebrany za dostawcę policjant dostarczył Arnoldowi przesyłkę poleconą, a kilka godzin później ten sam policjant z asystą zapukał do drzwi Friedmanów z nakazem przeszukania domu. Początkowo ojciec wszystkiemu zaprzeczył, udawał, że nie wiedział o jaką przesyłkę chodzi, ale wcześniej przebrany za kuriera policjant odświeżył mu pamięć. Rodzina była w szoku. Okazało się, że w domu Friedmanów znajdował się cały stos gazet pornograficznych o treści homoseksualnej i pedofilskiej, na dodatek ułożonych obok telewizora w salonie… Zaczęło się przesłuchiwanie Arnolda, podczas którego śledczy dowiedzieli się, że profesor daje prywatne lekcje informatyki w swoim gabinecie w piwnicach posiadłości Friedmanów. Na liście uczniów znajdowały się dziesiątki małoletnich chłopców. Prawdziwy dramat zaczął się, kiedy wodzeni przeczuciem policjanci zaczęli rozmawiać z uczniami Friedmana o tych lekcjach informatyki w jego domu. Okazało się, że w czasie zajęć dochodziło do aktów homoseksualnych między nauczycielem a uczniami, według relacji domniemanych ofiar te akty miały miejsce w czasie wszystkich lekcji, niektóre były bardzo brutalne, niektóre zabawne, z użyciem pornograficznych gierek na komputerze. Podobno chłopcy bawili się z profesorem w „przeskakiwanego”, tzn. rozbierali się do naga, klękali z rękami opartymi na podłodze i pupą wystawioną do góry a profesor i inni chłopcy przeskakiwali z jednego chłopca na drugiego, kopulując z każdym po kolei. Mówimy o 13-15 letnich uczniach. Dodatkowym horrorem okazał się fakt, że w „lekcjach” ojcu pomagał syn Jesse i że to on według ofiar wykazywał się szczególnym okrucieństwem w czasie aktów sodomistycznych. Jesse miał wtedy 18 lat. W miasteczku Great Neck zaczęły rozgrywać się dantejskie sceny. W czasie przesłuchań uczniów wyszło na jaw, że praktyki te trwały przez cały rok szkolny, na wszystkich lekcjach, mimo to uczniowie w komplecie zapisywali się na kolejny rok nauki u tego samego profesora. Wśród przesłuchiwanych znaleźli się też i tacy, którzy wszystkiemu zaprzeczyli i byli zupełnie zdziwieni zeznaniami kolegów.

W rodzinie Friedmanów zawrzało. Matka Elaine od samego początku zdystansowała się do sprawy, chociaż pytana po latach, mówiła, że podejrzewała męża o dziwne ciągoty, ale była zszokowana tym, że to naprawdę mogło mieć miejsce. Nigdy nie przyszło jej do głowy sprawdzić , co działo sie w gabinecie męża podczas lekcji, bo nie zauważyła niczego podejrzanego. Nigdy nie stanęła po żadnej ze stron, ani oskarżonych męża i syna, ani domniemanych poszkodowanych. Była za to znienawidzona przez synów, którzy obwiniali ją, że nie chciała wesprzeć swoich bliskich oskarżonych o tak makabryczne przestępstwo. David (najstarszy syn) od początku zaprzeczał wszystkiemu, bronił ojca i brata i obarczał matkę za rozpad rodziny i brak wsparcia. Społeczność Long Island wymierzyła symboliczny lincz całej rodzinie. Zaczął się dramatyczny proces ojca i syna. Dziesiątki aktów oskarżenia o molestowanie seksualne nieletnich ze szczególnym okrucieństwem, posiadanie pedofilskich materiałów. Na początku procesu Arnold i Jesse utrzymywali, że są niewinni. Śledczy opierali się tylko na zeznaniach uczniów. Nie było żadnych fizycznych dowodów molestowania, żadnych wyników obdukcji lekarskich poszkodowanych. Jeden z uczniów stwierdził, że udało mu się wykraść z lekcji jeden z twardych dysków z pornograficznymi grami, ale profesor zorientował się i kazał dysk zwrócić. Proces stał się skandalem w mediach i horrorem dla rodziny, która zaczęła się rozpadać. Od początku wydarzeń Friedmanowie kręcili domowe video, by móc relacjonować swoje spostrzeżenia na temat całej sprawy, by uwiecznić na niej ojca i brata, którym groziło wieloletnie więzienie. Na tych amatorskich filmach widać kompletną destrukcję i tak już wcześniej nadszarpniętej rodziny, która jeszcze rok wcześniej uchodziła za szanowaną, żydowską praktykującą jednostkę w Great Neck. Wstrząsające jest widzieć na tych filmach milczącego i zniszczonego psychicznie ojca, trzech synów udających, że nic się nie stało i broniących ojca oraz zdegradowaną do pozycji służącej i kucharki matkę, którą dzieci obwiniają za brak solidarności z rodziną.Słychać kłótnie i płacz matki.

Na początku procesu Arnold i Jesse utrzymywali, że są niewinni, ale groziło im poważnie do 30 lat więzienia. Po kilku miesiącach przesłuchań prawnicy obu zaproponowali układ, w którym Arnold miał przyznać się do winy, by uratować od wieloletniego więzienia syna. Jesse miał się też przyznać, że jako dziecko został zgwałcony przez ojca i był zmuszany do molestowania uczniów na lekcjach informatyki. Społeczństwo amerykańskie już wydało wyroki skazujące. Ale właściwie na jakiej podstawie?? Arnold był pedofilem i zbokiem, to na pewno, był w posiadaniu materiałów pedofilskich i pornograficznych, sam pod koniec śledztwa przyznał się do stosunków homoseksualnych z młodszym bratem kiedy byli dziećmi i do obcowania z dwoma chłopcami w wieku dorosłym. Brat Arnolda zaś wszystkiemu zaprzeczył i do końca wierzył w niewinność Arnolda. Ale czy to czyni go odpowiedzialnym za kilkaset brutalnych aktów przemocy wobec nieletnich uczniów w czasie zajęć w jego domu? Czy normalny molestowany (czyt. gwałcony i chyba cierpiący uczeń) zapisuje się na kolejne lata na lekcje u tego samego profesora? Czy jest możliwe, by rodzice poszkodowanych nigdy niczego nie zauważyli, kiedy te domniemane przestępstwa trwały przez tak długi czas? Czy jest możliwe, aby żaden z uczniów nigdy się nie poskarżył, że jest molestowany przez profesora? To pytania, które zadaję sobie sama czytając historię Friedmanów i zadawali sobie sceptycy w Ameryce. Coś to zwyczajnie nie gra. Proces zakończył się tym, że Arnold przyznał się do winy, obarczył siebie odpowiedzialnością, by odciążyć syna. Zdegradowany do roli potwora, odosobniony i całkowicie potępiony popełnił samobójstwo w 1995 roku w czasie odsiadki. Jesse wyszedł z więzienia po 13 latach i wrócił do mieszkania matki. Elaine ponownie wyszła za mąż a David do dzisiaj jest najlepszym w mieście pajacem urodzinowym:-)

Historia ta właściwie nie odpowiada na pytanie: byli winni czy nie. Jest faktem, że Arnold był odrażającym, ukrywającym się pedofilem i za to powinien być sądzony. Ale czy rzeczywiście on i jego syn Jesse byli winni molestowania swoich uczniów?? Jedno jest pewne, nikt nie wydaje surowszego wyroku jeszcze przed rozpoczęciem procesu niż społeczeństwo, media i ci, których uważałaeś za przyjaciół i sąsiadów. Arnold i jego syn byli martwi jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnego procesu. Po latach, kiedy nakręcono film dokumentalny o rodzinie Friedmanów, Jesse wyznał, że to właśnie ten dokument był jego jedynym wiarygodnym procesem. Ot, życie…

źródła: ” Capturing the Friedmans” Andrew Jarecki, wikipedia, el País.

73. Księżycowa Timanfaya.


Następnego dnia po przylocie na Lanzarote pojechaliśmy do Timanfaya, która oferuje odwiedzającym niesamowite, wręcz księżycowe widoki i krajobrazy. Park Narodowy Timanfaya jest efektem erupcji w XVIII i XIX wieku, a więc „świeżych” i tak też właśnie wygląda cały teren parku, jakby świeżo po wybuchu wulkanu. Doskonale zachowały się całe połacie czarnej lawy, różne formacje wulkaniczne pokrywające kilometry wyspy, jamy, rzeźby, surrealistyczne twory z czarnej i brązowej masy. W parku weszliśmy na kilka różnych punktów widokowych, z których roztacza się naprawdę piękny krajobraz. Widać małe i duże wulkany i ich kratery, morze zastygłej lawy wypływającej z niektórych z nich, kolorowe formacje skalne, także niedawno powstałe górotwory pokryte pyłem w różnych odcieniach czerwonego, brązowego, fioletowego i w czarnym kolorze. Najpiękniejszymi formacjami są: góra Timanfaya, la Montaña Rajada (Pęknięta Góra), la Caldera del Corazoncillo (Kocioł Brzeczki), el Volcan Nuevo (Nowy Wulkan). Byliśmy zachwyceni. Na terenie parku nie rośnie praktycznie nic, jakieś pojedyncze krzaczki, zaś spora część formacji wulkanicznych jest pokryta porostami, które są organizmami pionierskimi i jak sama nazwa mówi, jako pierwsze zasiedlają niedostępne dla innych organizmów tereny, ułatwiając w ten sposób ich kolonizację przez organizmy wyższe. Z daleka porosty wyglądają na kolorowe plamy, co dodaje kolorowego efektu w parku. Na terenie Timanfaya można poruszać się tylko po wyznaczonych szlakach, by nie niszczyć kruchego krajobrazu wulkanicznego i delikatnych „porostowych kolonizatorów”. Przy wjeździe na teren parku skusiliśmy się na przejażdżkę wielbłądami w małej karawanie, 12 euro za 2 osoby. Rdzenna ludność Lanzarote to potomkowie bereberów, czyli mieszkańców Afryki Północnej, dziś oczywiście wymieszana z Europejczykami i dlatego ich zwyczaje, np. używanie wielbłądów, może wydawac się tak egzotyczne:-) Pierwsi osadnicy przypłynęli na wyspę ok. roku 500 p.n.e i nazwali ją Titeroy-gaka, czyli góra czerwona.

Po dojeździe do centrum turystcznego na terenie parku musieliśmy skorzystać z wycieczkowego autobusu, którym zwiedzaliśmy park. Nie można niestety chodzić po nim pieszo ani jeździć np. rowerkiem, co nas bardzo rozczarowało… Pieszo można natomiast zwiedzać rezerwat przyrody poza parkiem narodowym, można wspiąć się na mniejsze wulkany i zajrzeć do ich krateru, co my z przyjemnością zaliczyliśmy, hehe. Do dyspozycji mieliśmy kilka szlaków, w tym jeden na grzbiecie wielbłądzim. Cena biletu autobusowego jest wliczona w cene wstępu na teren parku, która wynosi 8 euro za osobę. My od razu wykupiliśmy „bono turistico” czyli bilet wstępu zbiorczy do Timanfaya i 5 innych miejsc, o których napiszę w kolejnym poście. Ten bilet zbiorczy kosztował 30 euro za osobę.

Przejażdżka autobusem (w dialekcie kanaryjskim guagua) po Szlaku Wulkanów trwa ok. 40 minut, kierowca zatrzymuje się w ciekawszych miejscach, by można było zrobić zdjęcia, a w czasie jazdy można słuchać w paru językach historii parku. W samym centrum turystycznym można kupić pamiątki, gadżety, jest też piękna restauracja, która przygotowuje jedzenie na wulkanicznym grillu, tzn. smaży mięso nad głębokim dołem, jakby studnią, z którego dochodzi na powierzchnię gorące powietrze z głębi ziemi. To oznaka ciągłej „biernej” aktywności podłoża. Na zewnątrz widzieliśmy wybuch gejzeru, tzn. pracownik ośrodka wlał wiadro wody do głębokiego dołu i nastąpił wybuch pary wodnej, jakby naturalny gejzer. Kilkanaście metrów wgłąb ziemi i wszystko wrze;-)  Podobną ciekawostką było, kiedy ten sam pan nad wykopanym dołem położył suche gałęzie, jakiś chrust i ten po kilku sekundach zapalił się.

Symbolem parku Timanfaya i ogólnie wyspy Lanzarote jest śmieszny diabełek autorstwa Cesara Manrique, znanego artysty pochodzącego z wyspy wulkanów. Jego dziełem jest też cała infrastruktura dla turystów na terenie Timanfaya, budynki centrum i restauracji są zbudowane z kamienia wulkanicznego. Chociaż krajobraz wydaje się całkowicie pustynny, to jednak na terenie parku żyją maleńkie zwierzątka, jak np. czarne szczurki, króliczki i jaszczurki.

cdn.

Saint John’s Holy Nigth in Alicante


Alicante is one of the three biggest cities in the Valencia region. Its name comes from the old times when Spain was under the Islamic occupation. It’s situated on one of the most beautiful coast of the country, the Costa Blanca. It is also a place where  many foreign tourist lives or spend their holidays. Alicante is an ideal city to visit for people who want to enjoy their vacation getting tanned on the beach,  doing shopping and having fun in many night clubs, restaurants and pubs. It is also a great place for all those people who are tired of sunless and rainy weather during the year. In Alicante there are very nice beaches which are almost always full of locals and tourist from all over the world, especially from Great Britain, Germany and France. And, of course, where there are a lot of tourist, there are a lot of little shops and bazaars where you can buy almost everything, for example a handbag by Louis Button for 25 euro or a hand watch by Dolce Gobbana  for 20 euro, African and Indian bracelets, accessories,  clothes .

It’s worth to see the old city because of numerous tourist attractions like, for example, la Lonja de pescado, from the beginning  of XX-th century, which combines in its design elements of two different styles: industrial and neo Arabic . In this nice city you can visit a beautiful gothic basilica of the Virgin Mary which was erected on the ruins of the main Alicante’s mosque (city names starting with BEN and AL have Arab origin) and is the oldest temple of the city. Also you can find interesting the towers of the city, fairly well preserved (Torres de Defensa de la Huerta de Alicante) defending the city against the attacks of Berber pirates. The most attractive of them are called Veronica, Bonanza and Reixes.

During our visit we saw one of the two castle in Alicante, called Santa Barbara’s castle which is situated on the highest hill in the area, Benacantil. This castle was previously an Arabic castle and then was rebuilt by the victorious Christians and now consist of three parts from three periods of time: 14th , 16th  and 18th  century. The second castle is the castle of San Fernando from the 19th century ,built to defend the city against the invasion of Napoleon. The most famous Fiesta in Alicante and its region is Las Hogueras de San Juan, what it means The fires of Saint John, which starts on 20th of June and ends the 24th of June, the holy night of Saint John. During this week, the inhabitants of Alicante build large and colorful sculptures made of cardboard and wood which are burned in the last night of the fiesta, after the fantastic display of fireworks at the castle of Santa Barbara visible throughout the city. It is a celebration similar to the polish Wianki, which comes from pagan times and it’s obviously associated with the summer solstice. During this celebration of the arrival of summer time, in the city there are numerous sport events, corrida, concerts, parades or cabalgatas, and all of this is happening in the streets and beaches, mostly in San Juan beach and Postiguet beach which are the most known and visited. The street shops and bars offer local dishes like torta de atun (pastry with tuna fish), brevas (figs) and arroz a banda (a kind of paella). Every year, each district of the city select  one female candidate for the Queen of Summer Festival´s competition. It´s certainly unforgettable to visit Alicante during that interesting summer holidays!

72. Na wyspie ognia. Lanzarote.


Jesli nie wiadomo gdzie jechać na wakacje, to najlepiej jechać na Wyspy Kanaryjskie, gdzie zawsze świeci słońce, pogoda dopisuje i skąd na pewno każdy wróci opalony. Do wyboru do koloru, wśród wysp archipelagu każdy znajdzie coś dla siebie. Piękne białe i czarne plaże, wulkany, parki narodowe, ciekawe rośliny i zwierzęta no i wreszcie niesamowite widoki. Gorący klimat jest wynikiem położenia wysp, bardzo blisko Afryki, niedaleko wybrzeża Maroka.

Lanzarote jest jedną z tych pięknych wysp, nazywaną Wyspą (Ziemią) Ognia ze względu na swój wulkaniczny charakter. Lecąc tam, nie wyobrażałam sobie, że naprawde zobaczę jedną czwartą wyspy pokrytą czarną lawą i pyłem wulkanicznym. Widok niezwykły, trochę przerażający, jakby patrzeć na Mordor, ale na pewno niepowtarzalny. W ciągu tysięcy lat na wyspie miały miejsce erupcje wulkanów, stąd na całej jej powierzchni znajduje się lawa, stara i pokryta już roślinnością, a tylko na tym wspomnianym obszarze ok. 1/4 powierzchni wyspy znajduje się świeża, prawie 300-letnia czarna lawa, która tworzy rozległe twory, tzw. w języku hiszpańskim „malpaís„, teren nieprzydatny ani do mieszkania, ani do zabudowy, ani do hodowli roślin. Trudno po nim chodzić, trzeba bardzo uważać, gdyż zastygła w pośpiechu lawa tworzy puste w środku dziury, jamy, w które łatwo wpaść. Ta stosunkowo świeża lawa pochodzi z ostatnich wielkich erupcji w 1730 roku, które trwały aż 6 lat, nieprzerwanie, i w tym czasie uformowała się właśnie ta czarna część wyspy, malpais, oraz niektóre góry. W miejscowych muzeach i w parku narodowym Timanfaya można poczytać relacje mieszkańców wyspy z epoki tamtych wybuchów, jak to prawie z dnia na dzień na wyspie pojawiały się góry, formował się nowy krajobraz, a wszystko to na oczach ludności. Nie wyobrażam sobie tego hałasu, ognia, gorąca w czasie erupcji…Jeśli wierzyć tamtym opowieściom, to właściwie nie było ofiar śmiertelnych, wioski zostały ewakuowane na czas, zniszczone zostały tylko pola uprawne i zabudowania. Ludzie musieli nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, w nowym krajobrazie i nowych warunkach. Pola uprawne po raz kolejny zostały pokryte czarnym pyłem, który dziś wykorzystuje się do zatrzymywania wilgoci na grządkach. Pozostała częśc wyspy wygląda już mniej więcej normalnie, tzn nie jest czarna jak Mordor, tylko pokryta roślinnością, ale krajobrazy są raczej pustynne, gdyż, nie zapominajmy, cała wyspa jest pokryta starą lawą. Atrakcją turystczną jest Geria, uprawy winorośli na podłożu wulkanicznym, gdzie krzaczki winne są wsadzone w ziemię w zagłębieniu w formie lejka i otoczone murkiem z kamieni, który chroni roślinę przed silnym na wyspie wiatrem. Kontrast zieleni winorośli z czarną na około ziemią wulkaniczną jest piękny.

malpais

uprawy winorośli

winiarnia Stratus

Na Lanzarote mieszka ponad 140 tysięcy mieszkańców, w okresie letnim ta liczba bardzo się zwiększa ze względu na masowy napływ zwłaszcza zachodnich turystów, co dla mnie osobiście jest minusem, bo nie bawią mnie takie angielskie czy niemieckie masy, które hałasują i całymi dniami siedzą w barach zajadając się stekami… Przez wzgląd na licznych turystów w najbardziej popularnych miasteczkach przy plażach (Playa Blanca, Puerto del Carmen, Arrecife-stolica wyspy, Puerto Calero i inne) znajdziecie wiele sklepów z badziewiami, restauracji, kafejek i sklepów z wątpliwej jakości elektroniką prowadzonych przez bardzo licznych na wyspie Hindusów/Pakistańczyków. W lecie turystów i nie-hiszpańskich sklepikarzy jest tylu, że trudno o kontakt z rodowitym mieszkańcem wyspy, co momentami doprowadzało mnie do szału, bo: jak chciałam iść do sklepu spożywczego-Pakistan, w restauracjach-Pakistan, Chińczycy, podpici Anglicy i Niemcy, na głównych ulicach i pasażu przy plaży aż roi się od hindusów i innych… A przecież kontakt z „tubylcami” jest elementem poznawczym każdej wycieczki:-) Stąd żeby zjeść tradycyjne potrawy, napić się znanego w świecie wina z uprawianych na wulkanicznej ziemi winorośli i to jeszcze w rozsądnej cenie, musieliśmy jechać do małych wiosek w głębi wyspy, z dala od jazgoczących mas i palących się na ruszcie hamburgerów. To grzech przybyć na Lanzarote czy w ogóle do Hiszpanii, której kuchnia jest jedną z najlepszych na świecie i na pewno najlepszą w Europie i zajadać się krwistymi stekami i nadpalonymi hamburgerami z frytkami. Sami rodowici mieszkańcy Wysp Kanaryjskich są mili, życzliwi, uśmiechnięci, mają dosyć ciemną karnację i mówią z zabawnym akcentem podobnym do andaluzyjskiego. Mieszkańcy wyspy są potomkami bereberów przybyłych na wyspę z północnej Afryki ok. 500 lat p.n.e.

Grupa muzyczna z Teguise

Kościółek w Yaiza

ogrody z murkami ze skał wulkanicznych

Wyspę polecam zwiedzać wypożyczonym samochodem, jest to bardzo wygodne, gdyż transport publiczny jest raczej kiepski. Samochód można wynająć w jednej z bardzo licznych wypożyczalni, najtańsze auta są po 12 euro za dzień. Wypożyczenie rowerów jest drogie, kosztuje prawie tyle samo co wypożyczenie samochodu. Natomiast hotele i hostale są tanie, my wynajęliśmy apartament Panorama (pokój z łazienką i kuchnią+taras) za 20 euro/dzień, byliśmy bardzo zadowoleni, bo była to naprawde niska jak na Hiszpanię cena, a na dodatek mieliśmy kuchnię z wyposażeniem i mogliśmy gotować sami i w ten sposób też zaoszczędziliśmy pieniądze. Oczywiście nie polecam codziennego gotowania samemu, trzeba skosztować regionalnych dań i wina, na Lanzarote to obowiązkowe:-) Należy spróbować ziemniaczków w pomarszczonych koszulkach z pikantnym sosem z chili (papas arrugadas con mojo picón) oraz ciecierzycę z kiełbaską i czosnkiem (garbanzos w daniu ropa vieja). Ceny ogólnie są trochę niższe niż na półwyspie („właściwa” Hiszpania), gdyż mieszkańcy Wysp Kanaryjskich są zwolnieni z obowiązku płacenia podatków, stąd też warto zrobić sobie zakupy np. w sklepach z perfumami, markową odzieżą.

papas arrugadas

ropa vieja

W kolejnym poście-przepiękny Park Narodowy w Timanfaya i czarne plaże. Zapraszam!