80. Weekend w KL.


Kuala Lumpur to, podobnie jak i reszta kraju, mieszanka kultur, religii, smaków i zapachów z kilku zakątków świata. Naczelną religią i kulturą jest islam, największymi mniejszościami są ta hinduska (Indie, Pakistan, Bangladesz) i chińska (buddyści, taoiści, konfucjaniści). Niewielką grupę stanowią chrześcijanie pochodzący z wielu azjatyckich krajów świata. W mieście istnieją 3 duże dzielnice zamieszkałe przez wyznawców danej religii i członków danej kultury. Część muzułmańska jest według mnie najzwyklejsza, znajdujące się tam meczety są nudne i w porównaniu z meczetami w krajach arabskich po prostu brzydkie. Na ulicach pełno jest barów, przenośnych sklepików i straganów z muzułmanską odzieżą. Przy wejściu do restauracji wywieszone są tabliczki, że nie podaje się dań z wieprzowiny, tylko dania przygotowane zgodnie z kanonami tradycyjnej kuchni islamskiej. Nie serwuje się też alkoholu. Bardzo oryginalnie wyglądają małe zawiniątka z ryżem, masą kokosową i różnymi sosami podawane w barach samoobsługowych.

Dzielnica hinduska, Little India, jest bardzo kolorowa i pachnąca. W sklepach sprzedaje się wielobarwne tkaniny, sari, w sklepach przyświątynnych można nabyć kwiaty, papierowe ozdoby, kadzidła, owoce, które później składane są w ofierze hinduskim bóstwom. W ulicznych barach serwowane są pikantne i pachnące curry dania, owoce, tradycyjne napoje i desery. Świątynie hinduskie są niesamowicie kolorowe i ozdobne, wyglądają jak z bajki, pełne są kolorowych bóstw w postaci ludzi z wieloma ramionami i słoni. Oczywiście każde z nich ma swoję imię, którego nie jestem w stanie powtórzyć, hehe, mają swoją określoną rolę, miejsce w świątyni, swoje kapliczki i miejsce na przyjmowanie ofiar. Do świątyni nie wolno wchodzić w butach, wszyscy je zostawiają przed schodami na zewnątrz, ja nie miałam ochoty czegoś „złapać”, więc spacerowałam po niej w skarpetkach albo w plastikowych workach. Kapłani mają wielkie brzuchy, nawet ci młodzi, długie włosy, pomalowane czoła i kwiaty na szyi. Kobiety odwiedzające noszą również kwiaty, kolorowe sari, czerwone kropki na czołach (tzw. „oko mądrości”, które wszystko widzi i chroni przed złymi mocami). Widzieliśmy kilka obrządków, w czasie których rodziny przyniosły owoce, kadzidła i całe łańcuchy różowych kwiatów, by podziękować za przyjęcie syna do świątyni. Przy wyjściu każdy dotyka drzwi i ozdobnych dzwoneczków zawieszonych na nich.

świątynia hinduska

wnętrze świątyni

przy pomocy tych farb i proszków malują sobie kropki na czołach (najpierw środkowy, potem czerwony a na końcu trochę białego)

W dzielnicy chińskiej, Chinatown, sklepy i domy są ozdobione papierowymi czerwonymi kloszami, małymi rzeźbami smoków i chińskich wojowników. Przy wejściu znajdują się maleńkie kapliczki, w których pali się kadzidła. Zdumiewające są podobieństwa między religiami w różnych częsciach świata, niby wszystko inne, a jednak takie podobne, chrześcijanie mają swoje kapliczki z figurkami świętych lub krzyże czy obrazki, buddyści i taoiści swoje kapliczki z kadzidełkami, żydzi maleńkie zwoje Tory przy wejściu do każdego domu, czyli wszyscy chcemy opieki boskiej niezależnie od religii, którą wyznajemy. Chińczycy jako mniejszość są bardzo zżytą społecznością, niekiedy potrafią mieszkać 20 lat i więcej w obcym kraju i nigdy nie nauczyć się mówić w języku tego kraju, mogą nawet nie wychodzić spoza swojej dzielnicy, która naprawdę wygląda jak małe chińskie miasteczko. Bardzo lubią jadać „na mieście”, w grupach, całymi rodzinami, stąd wszędzie pełno restauracji, barów, smażalni rzeczy dziwnych itp. Ulice do późnej nocy pełne są hałasu i dzwięku sztućców. Popularne są sklepy, w których zatykałam nos, bo baaaaardzo było czuć suszone ryby, krewetki, jakieś węże, grzyby i ogórki morskie. Na wystawach obowiązkowym eksponatem jest ogromna zasuszona płetwa rekina. Coś trzeba było jeść, więc specjalnie się nie dopytywaliśmy co to, tylko się jadło, byle było dobrze usmażone lub ugotowane. Świątynie chińskie są wszystkie do siebie podobne, czerwone, bardzo ozdobne, pachnące kadzidłami. W niektórych z nich widzieliśmy cale grupy ludzi jedzących wspólnie, śpiewających a nawet tańczących czy może ćwiczących jakieś techniki relaksacyjne, tak więc stwierdziliśmy, że to nie tylko miejsca modlitwy ale miejsca ogólnie do spotkań, przeżywania różnych uroczystości, świąt itp. Przy wejściu siedział starszy pan i zwijał zapisane pismem chińskim czerwone kartki papieru, które, jak mi powiedział, ofiaruje się modlącym za drobne opłaty. W jednej z tych świątyń w Kuala Lumpur zapomniałam swój plecak, został na ławce przy wejściu, a my spokojnie poszliśmy dalej spacerować po mieście…a w plecaku portfel, telefon, DOKUMENTY!!!! Jak zdałam sobie sprawę, że czegoś mi brakuje, to serce mi stanęło, a nogi stały się jak z waty…Zaraz pobiegliśmy z powrotem a ja cały czas modliłam się, żeby ten plecak tam był, gdzie go niechcący zostawiłam. Wróciliśmy… i BYŁ. A obok niego siedział starszy pan, który prosił o jałmużnę i powiedział, że go pilnował, bo wiedział, że to nasz i że wrócimy po niego. Mało brakowało a nasza wycieczka skończyłaby się w 3-im dniu i w ambasadach błagając o nowy paszport. Uffff…

W KL jest trochę rzeczy do zwiedzania, są parki, centra handlowe, sztuczne jezioro, jest też ogromny plac Merdeka w centrum miasta i słynna wysoka wieża telewizyjna Menara, z której widać panoramę miasta. Wjazd na górę kosztuje sporo, 10 euro za osobe, co wydawało nam się za dużo. U podnóży wieży znajduje się małe centrum zabaw, tańca i kilka sklepów z pamiątkami. Jest też wystawa tradycyjnych domków i facet z dwiema iguanami, które można sobie potrzymać, haha, jak kota. Polecam nocny spacer po mieście, by odwiedzić nocny market, targowiska, gdzie sprzedaje się wszystko, nam najbardziej podobały się dziwne owoce, warzywa, ślimaki pełzające w błocie, różne rodzaje korzeni imbiru, suszone ryby, ogromne i śmierdzące owoce Durian i kolorowe melony. Te Duriany śmierdzą jak nieprane skarpety, stąd w wielu hotelach na drzwiach wejściowych wisi zakaz wnoszenia tych owoców. Są jednak smaczne, jak się wytrzyma zapach. Niedaleko od KL mozna zwiedzić Putrajaya, nowoczesne i cyfrowe miasteczko pełne wieżowców i centrów handlowych. Jak dla nas, to Kuala Lumpur można obejść wdłuż i wszerz w ciągu 3-4 dni, tak też zrobiliśmy, po 3 dniach pojechaliśmy na południe, do Melaki, pieknego małego miasteczka.

z tancerkami w centrum Menara

ślimaki pełzające w błocie

owoc Duriana

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s