84. W Kocim Mieście. Kuching, Sarawak. Borneo.


Na Borneo przylecieliśmy  z Singapuru. Zatrzymaliśmy się w mieście Kuching, stolicy prowincji Sarawak. Kuching znaczy „miasto kotów” i w centrum miasta, koło jednego z głównych rond znajduje się ogromny i baaaaardzo brzydki pomnik kotów:-))) Pierwszą rzeczą, jaka nas zaskoczyła po przylocie na wyspę był straszny zaduch. Już wcześniej byliśmy zmęczeni upałami w Kuala Lumpur, ale zaduch na Borneo był wyjątkowo dokuczliwy. Kilka razy w ciągu dnia zmienialiśmy ubrania, to, co było prane nie wysychało z powodu wilgoci, włosy nie wysychały po umyciu i generalnie przez pierwsze dni byliśmy tym zaduchem i gorącem bardzo zmęczeni. Samo miasto Kuching jest według mnie nudne, nie ma tam specjalnie żadnych interesujących rzeczy, chociaż spotkaliśmy się z opiniami, że to jedno z ładniejszych miejsc na wyspie…Hotele są przeróżne, jest ich sporo, ceny są też bardzo różnorodne. Nam spodobał się tylko jeden z kilku hoteli, w których się zatrzymaliśmy. Nazywał się Limetree Hotel. Jest nowoczesny, czysty i pokój rezerwowany przez internet można znaleźć w okazyjnej cenie. Innym ciekawym miejscem na nocleg jest hotel Tunes, gdzie samemu wybiera się usługi, np. czy chcesz ręczniki, klimatyzację, TV i płaci się odpowiednio mniej lub więcej. Centrum miasta to zbiorowisko sklepów, barów i drogich hoteli oraz kilku małych centrów handlowych. Poza centrum miasto jest brzydkie i odrapane. Można pospacerować po pewnego rodzaju deptaku nad rzeką, odwiedzić Chinatown. Lubiącym świeżutkie ryby i owoce morza bardzo polecam kompleks barowy Top Spot w centrum miasta, na przeciw Riverside Majestic Hotel. Jest to zbiorowisko sklepików znajdujące się na górnym piętrze miejskiego parkingu. Może z zewnątrz miejsce nie jest zbyt zachęcające, ale w środku zawsze jest pełno ludzi, i miejscowych, i turystów. Jedzenie jest wyśmienite i niedrogie. Wracaliśmy tam kilkakrotnie, zawsze witani z daleka przez wesołą właścicielkę jednego z barów, Lin. Zjedliśmy homary, kraby, krewetki i oczywiście miejscowe ryby, wszystko to świeże, pyszne i tanie. Polecam właśnie bar Lin (numer 6), jeden z pierwszych zaraz po wejściu na salę. Zresztą pewnie ona sama od razu podejdzie do Was i energicznie zaprosi do stołu. Dobrze mówi po angielsku. Polecam samemu wybrać sobie rybę i warzywa. Ryż jest standartowo podawany do każdego dania. Kraby i homary trzymane są żywe i też lepiej wybrać sobie samemu co chce się jeść. Bardzo dobre są też warzywa w stylu wok, lekko podsmażane, kruche. Picie zamawia się w tym samym miejscu, ale sprzedaje je kto inny, taki tam mają system, że sprzedawcy jedzenia i napojów współpracują ze sobą i przekazują sobie wzajemnie zamówienia. Wybraliśmy do picia sok kokosowy w świeżo otwartym zielonym kokosie. Boski!!!!! Jak w każdym z egzotycznych miejsc należy jednak zachować ostrożność i nie pić wody z kranu, nie pić coli z lodem , nie jeść lodów etc. i zawsze prosić o naturalny sok bez dodatku wody, no chyba że z wodą mineralną z otwartej przy Was butelki. Innym miejscem, do którego często chodziliśmy na pyszną zupę -rosół chyba z kaczki z chińskim makaronem jest duża restauracja chińska, dla miejscowych, koło pralni i niedaleko hotelu Limetree, nie widzieliśmy tam nigdy żadnych turystów. Było tanio i czysto, a jedzenie typowe chińskie. Obsługa nawet nie mówiła po angielsku, wybraliśmy nasze dania z obrazków w menu:-)

Z Lin w Top Spot

Nad rzeką znajduje się mała przystań, skąd co paręnaście minut wypływają małe łódeczki motorowe przewożące ludzi na drugi brzeg. Tam można zobaczyć tradycyjne drewniane domy, w któych teraz znajdują się noclegi i restauracje dla przyjezdnych. Wieczorami jest sporo komarów, trzeba się zabezpieczyć przed ukąszeniami. W czasie pobytu na Borneo braliśmy zapobiegawczo leki p/malaryczne.

W mieście jest kilka muzeów, w tym muzeum kotów i pamiątek z nimi związanych, ale jakoś nie wzbudziły one naszego zainteresowania. W centrum informacji turystycznej dowiedzieliśmy się dokładnych informacji na temat co można zobaczyć na wyspie i zaczęliśmy planowanie naszego pobytu na Borneo. W mieście jest mnóstwo agencji turystycznych oferujących rozmaite wycieczki , ale zawsze życzą sobie za nie o wiele większe pieniądze niż zapłacimy sami organizując to samo. Prawie wszędzie można dotrzeć środkami komunikacji miejskiej; może trochę więcej czasu to zajmuje i trzeba wstać wcześnie rano by złapać jeden z niewielu autobusów, ale to też jest przygoda i na dodatek dużo tańsza. Naszym pierwszym przystankiem był rezerwat dzikich orangutanów, Semenngoh.

Meczet w Kuching

płyniemy na drugi brzeg

cdn.

83. Klejnoty kraju lwa i orchidei.


Centrum Singapuru jest pełne atrakcji, zarówno w dzien jak i w nocy bardzo polecam spacer po mieście, bo jest co oglądać. W poprzednim poście wspomniałam o Orchard Road, super nowoczesnej i oświetlonej alei sklepów i centrów handlowych. Tuż obok Orchard znajduje się prześliczna ulica Emerald Hill z domami w stylu kolonialnym. Jest to kolejna luksusowa dzielnica miasta, kamienice są odrestaurowane, bardzo zadbane, kolorowe a sama ulica pełna zieleni. Bardzo podobała nam się świątynia buddyjska w dzielnicy Chinatown, która jest ogromna i baaaardzo kolorowa. Tylu dekoracji, złota i czerwieni nie pamietam z żadnego innego miejsca! Po świątyni można spokojnie spacerować i robić zdjęcia, należy tylko uważać na modlących się, by im nie przeszkadzać. W kilku salach znajdują się figurki Buddy w kilku jego wcieleniach oraz figurki innych świętych i bożków. Modlący się składają ofiary w postaci kwiatów i zapalają maleńkie świeczki i kadzidełka. Symbolem Singapuru jest kwiat orchidei i stąd w parkach, alejach pełno jest drzew i krzewów z kwiatami podobnymi do orchidei. W czasie naszego pobytu w mieście miała miejsce wystawa rzeźb słoni, kolorowych, pozłacanych, biało czarnych, do wyboru, do koloru, wszędzie słonie w całym mieście;-)

Swiątynia buddyjska w Chinatown, Singapur

Najbardziej znanym i jednym z najdroższych hoteli jest Raffles Hotel, zbudowany w stylu kolonialnym i otwarty w 1887 roku. Został nazwany nazwiskiem oficjalnego odkrywcy Singapuru, Stamforda Rafflesa. Niestety nie było już wolnych pokoi dla nas, hehehehe:))) ale za to obejrzeliśmy z przyjemnością cały niesamowity kompleks hotelowy z restauracjami, barami, ogrodami, fontannami i ekskluzywnymi sklepami. Częsci hotelu z apartamentami mają wystrój w różnych stylach, np. indyjskim i kolonialnym. Hotel ten jest obowiązkowym punktem wycieczki po mieście-państwie. Na sam koniec dnia zostawiliśmy sobie wycieczkę po porcie, która po zmierzchu okazała się strzałem w dziesiątkę i dla mnie najpiękniejszym miejscem w mieście. Panorama miasta nocą jest imponująca!

wnętrze kompleksu hotelowego Raffles

część „indyjska” hotelu

wejście główne do hotelu

Panorama miasta z Zatoki Marina by night…

W kolejnym wpisie-Borneo!!