92. Tea-time w Cameron Highlands.


Górzysty region Cameron Higlands pozwolił nam odpocząć od upału i duchoty reszty kraju, zwłaszcza na Borneo. Tutaj klimat jest chłodniejszy, mniej wilgotny, a wieczorami nawet trzeba ubrać coś grubszego. Dotarliśmy do miasteczka Cameron Highlands autobusem z Ipoh, podróż trwała ok. 3h. Zameldowaliśmy się w hoteliku Hill View Inn zarezerwowanym dzień wcześniej w Ipoh. To hotel prowadzony przez hinduską, mało sympatyczną rodzinkę. Pokoje są ładne i czyste, ale jest w nich zimno, zwłaszcza w łazience, bo w ramach wentylacji ma w ścianie „ozdobne”,  niczym nie zakryte dziury. W nocy musiałam prosić w recepcji o dodatkowy koc do spania. Miasteczko jest niewielkie. Na każdym rogu znajdują się małe agencje turystyczne organizujące wycieczki po okolicy. Największą atrakcją regionu są duże i przepiękne plantacje herbaty, której pije się bardzo dużo w Malezji. Całe górki i doliny pokryte są soczyście zielonym gęstym dywanem krzaczków herbacianych. Można podpatrzyć jak zbiera się ręcznie liście herbaty specjalnymi nożycami z torebką, którą, jak się zapełni, „zbieracz” opróżnia do kosza niesionego na plecach. Odwiedziliśmy najbardziej znaną plantację, Boh, producenta znanej w Malezji herbaty. Mają tutaj też swoją fabrykę, kawiarnię-herbaciarnię i sklep ze swoimi produktami.

Innym razem łazikowaliśmy sami po selwie, spędziliśmy tam prawie cały dzień a na koniec wyszliśmy z niej do jakiejś nieznanej nam wioski, skąd nie było autobusu do miasta. Spotkaliśmy jakiegoś rolnika i ten, bardzo zdziwiony naszą obecnością, zabrał nas na pakę swojej ciężarówki i podwiózł do najbliższego przystanku. Okazało się, że autobusu już nie było, więc złapaliśmy stopa i dotarliśmy już całkiem póxno do hotelu. W Cameron polecam odwiedzić farmę owadów egzotycznych i zobaczyć a nawet dotknąć różne modliszki, rogacze, wielkie kolorowe motyle i inne zwierzątka. Nie polecam odwiedzin w wiosce podobno póldzikiego plemienia, którego imienia nawet nie pamiętam, bo to tylko kilka murowanych domków, wybudowanych dla nich przez rząd a w nich całe gromady usmarkanych dzieci. Zostawiłam im cały worek zabawek, długopisów, branzoletek, zeszycików etc. i tyle, nic specjalnego. Wieczorami można zjeść różne lokalne potrawy w niezliczonych knajpkach i ulicznych barach. Polecam zwłaszcza satay z kurczaka lub wołowiny i nasi lemak, dwa właściwie narodowe dania Malezji. Po kolacji można nawet pośpiewać przy piwie w popularnych lokalach karaoke 😉

modliszka na moim ramieniu

modliszka-liść

modliszka-orchidea

W następnym wpisie wycieczka do dżungli w poszukiwaniu Rafflesii…