28. La Paz. Tiwanaku.


Do La Paz, stolicy Boliwii pojechaliśmy porannym autobusem z Copacabany. Ja, mój narzeczony i Germán. Podróż trwała ok. 3h i nie tylko jechaliśmy autobusem, ale też płynęliśmy motorówką przez jezioro Titicaca na drugi brzeg, by kontynuować podróż. W tym czasie pusty autobus został przetransportowany na drugi brzeg na dużej tratwie. Jak zwykle w takim momencie pojawiła się obawa o nasze bagaże, pozostawione bez opieki w autobusie, z którego każdy mógł je wyciągnąć i po prostu zniknąć, gdyż był to normalny, codzienny autobus, żadne tam linie Cruz del Sur…Po naszych przejściach w Nazca (Peru) byliśmy już tak przewrażliwieni na punkcie bagażu, że baliśmy się go zostawić bez opieki. Na dodatek nie wszyscy pasażerowie wyszli z autobusu na czas jazdy motorówką, więc mogli spokojnie szperać w rzeczach zostawionych przez innych pasażerów, ale na szczęście wszystko było na swoim miejscu, kiedy wróciliśmy do autobusu.

W drodze do La Paz

Do La Paz wjeżdża się przez jedną z dzielnic, biedną i niebezpieczną, El Alto, która właściwie jest osobnym miastem obecnie, przyklejonym do reszty. El Alto znajduje się, jak wskazuje nazwa, na górze, na wierzchołku, można powiedzieć, wzgórza otaczającego La Paz. W El Alto mieszka biedniejsza część ludności, niestety wiele tam przestępczości zorganizowanej, napadów, przemytu narkotyków. Przeważają w niej zabudowania typu baraki, nieotynkowane budynki, odrapane warsztaty, góry śmieci i handlujące wszystkim, ubrane w kolorowe spódnice i czarne kapelusze, przekupki. Oglądaliśmy El Alto jadąc w autobusie i zjeżdzając w dół po bardzo krętej drodze do centrum stolicy. Zmieniał się krajobraz i temperatura, a wraz z nimi zabudowania miejskie. Domy nabierały cywilizowanych kształtów, inne zabudowania także kolorów i czystości, coraz częściej można było zobaczyć na miejskich murach i tablicach ogłoszeniowych propagandowe hasła typu: ¨EVOlución¨,¨ Bolivia avanza¨, udekorowane narodowymi barwami Boliwii. Wszędzie ogromny ruch, hałas klaksonów, tysiące ludzi pędzących we wszystkich kierunkach, a pomiędzy nimi przemykające wielkie, stare, zabawne autobusy amerykańskie. Wysiedliśmy w środku tego zgiełku i taksówką dojechaliśmy do jednego z hosteli, który zaproponował nam German. Okazało się jednak, że jest baaardzo biedny, drzwi nie zamykają się jak trzeba, a to już dla nas było wystarczającym powodem, by go zmienić. Znaleźliśmy inny, z całej masy całkiem przyzwoitych, wolnych i dostępnych w mieście i tam się zainstalowaliśmy.

Zjeżdżamy z El Alto do centrum miasta.

Miasto jest bardzo kolorowe, nie ma właściwie jednego Rynku jak w naszych miastach, ale ma wiele pięknych placyków, kościołów, pomników i w części dolnej miasta, gdzie temperatura różni się ok. 8 stopni w porównaniu z temperaturą w El Alto na górze, znajdują się nowoczesne budynki, wieżowce, wille z basenami i kolorowymi ogrodami z palmami i innymi egzotycznymi roślinami. La Paz to najwyżej położona stolica na świecie najbiedniejszego państwa w Ameryce Południowej. Boliwia to wciąż rozwijający się kraj, mający przepiękne krajobrazy, wspaniałą kuchnię, ale wciąż jeszcze raczkującą gospodarkę i transport. W La Paz widać i biedę zwykłych ludzi, i bogactwo lokalnych przedsiębiorców, biznesmenów, polityków. Niestety widać na pierwszy rzut oka różnicę w rozwoju nie tylko między Boliwią a Europą, bo ta jest oczywista, ale także między Boliwią i Peru, które już dość dobrze poznaliśmy podróżując miesiąc po tym kraju. Ludzie są grzeczni i serdeczni. Można zjeść pyszne potrawy lokalne w ciekawych restauracjach, wypić dobrą kawę w maleńkich nastrojowych kawiarenkach, albo iść do nowoczesnych fastfoodów na szybkiego hamburgera. Odnalazłam w mieście kilka romantycznych, czystych i kolorowych uliczek z dala od hałasu, ozdobionych kwiatami i kutymi latarenkami. Warto odwiedzić elegancki plac Murillo z zadbaną zabudową kolonialną. Miasto jest położone u stóp ośnieżonych szczytów górskich Andów boliwijskich i jest to widok niesamowity, także niesamowite jest to, że wyjeżdżając z centrum La Paz na dole, trzeba ubrać się cieplej, bo na górze, w El Alto i innych dzielnicach okalających dolinę, jest dużo chłodniej. A to przecież ciągle to samo miasto, La Paz, liczące ponad półtora miliona mieszkańców (razem z El Alto).

Plac Murillo

Miejscowi opowiadali, jak reprezantacja Boliwii w piłce nożnej wygrywa prawie wszystkie mecze z innymi reprezantacjami krajów łacińskich, ale tylko wtedy, kiedy grają u siebie. Dlaczego? Bo na takiej wysokości (3650 m n.p.m centrum i 4000m n.p.m. El Alto) trzeba być w świetnej formie i trzeba być przyzwyczajonym do wysiłku na wysokości, by nie męczyć się i nie mieć częstego tutaj u przyjezdnych bólu w klatce piersiowej. Z mieszkańcami La Paz mogą wygrać jedynie mieszkańcy Cusco (3400 m n.p.m.), odwieczni rywale w piłce nożnej:) Ten piękny ośnieżony szczyt to Illimani, o wysokości 6465 m n.p.m.

W ciągu kilku dni pobytu w La Paz zobaczyłam także ciekawą atrakcję w postaci targu różności w centrum miasta. „La feria de las alasitas” to targowisko miniaturek rzeczy domowego użytku, sprzętów wszelkiego rodzajów, samochodów, komputerów, żywności, lekarstw, środków czystości itp. Takie miniaturki-rękodzieła sprzedaje się albo jako pamiątki (turyści głównie) albo jako element magii uprawianej do dzisiaj w Boliwii. Indianie wierzą bowiem do dnia dzisiejszego w różne plemienne stare wróżby, legendy i składają ofiary (symboliczne, oczywiście) inkaskim bóstwom jak Pachamama, prosząc je o pomyslność i pełną kieszeń. Takie miniaturki służą miejscowym jako talizmany, które się kupuje i poźniej lokalny szaman spala je w ognisku odmawiając modły. Widziałam na własne oczy taki obrządek właśnie na tamtym targowisku, ogromnym, kolorowym, gdzie oprócz miniaturek sprzedaje się wyroby wełniane, żywność, sprzęty AGD, ubrania itp. Kto potrzebuje np. nową lodówkę, kupuje jej miniaturkę z kartonu, zanosi do szamana, który za niewielką opłatą spala ją w ognisku, prosząc bóstwa o spełnienie prośby petenta:) I tak na targowisku do jednego z kilku szamanów pracujących między kramikami ustawiła się długa kolejka proszących, z których każdy trzymał w ręce jakąś miniaturkę, w zależności co potrzebował albo co mu się marzyło. Ja zakupiłam kilka miniaturek na szczęście dla znajomych, a sama złożyłam moją prywatną ofiarę Pachamamie w miejscu bardziej do tego odpowiednim niż to targowisko w La Paz- w ruinach Machupicchu.

Z Boliwii przywiozłam też cały zestaw utensylii kuchennych w postaci ślicznych, aluminiowych kolorowych miniaturek. Takiej kuchenki do zabawy nie mają dzieci nawet w Europie! Dałam się naciągnąć na wełniane inkaskie czapeczki, obrus i serwetki. Być w La Paz i nie kupić takich skarbów na targowisku różności to byłby grzech, hehe.

Wydawać by się mogło, że kiedy kończy się teren targowiska, kończą się wpływy zabobonów indiańskich, szamanów i znikają sklepiki sprzedające talizmany…Nic bardziej błędnego! W centrum miasta, na ul. Czarownic znajduje się wiele szanowanych i renomowanych sklepów i minimarketów sprzedających talizmany, zioła magiczne na porost wszystkiego, na potencję, na zły urok itp…pochodzące z dżungli. Jako farmaceutka otwarta na wszelkie nowości zielarskie i medyczne, chciałam kupić kilka takich pozycji, by móc je potem wypróbować (zwłaszcza te na pomyślność, lekką pracę i zwiększenie libido:) ale koledzy odradzili dodając, że to pewnie jakieś zielska albo kocie łapy ususzone… W tym samym sklepiku z ziołami na wszystkie dolegliwości jedna białowłosa „gringa” kupowała…mumię malutkiej lamy…TAK!!! W takich sklepach można kupić zasuszone płody zwierzęce, części zwierząt, by również złożyć je w ofierze Matce Ziemi. Ta gringa  miała chyba zamiar spalić to na miejscu, bo raczej na lotnisku nie mogłaby przewieźć zasuszonych zwłok zwierzęcych.

Na ul. Czarownic.

Pełen magicznych i nowych wrażeń dzień zakończylismy pyszną i taniutką kolacją w pięknej restauracji przy bulwarze. W ciągu następnych dni zwiedzaliśmy jeszcze miasto, okolice i chłopcy wybrali się w góry i do Doliny Księżyca. Zdobyli szczyt górski Chakaltaya (5400 m n.p.m.), połowę trasy pokonując dżipem, a od pewnego punktu na trasie już maszerując w kierunku szczytu. Trasa prowadzi także do schroniska turystycznego, które znajduje się w miejscu dawnego wyciągu narciarskiego, położonego najwyżej na świecie. Ja w tym czasie zwiedzałam spokojnie miasto i sklepy z mumiami.

Na szczycie Chakaltaya.

Dolina Księżycowa.

Niedaleko La Paz znajduje się Tiwanako, mały stary ośrodek preinkaskiej kultury Tiwanaku, znany przede wszystkim z tego, że na jego terenie można podziwiać piękną, dużą bramę słońca, ruiny świątyń, pałacu, spichlerza, piramidy. Tiwanaku to mało jeszcze znana kultura prekolumbijska, która, według badaczy, dała początek kulturze inkaskiej na terenie dzisiejszej Boliwii.

Brama Słońca w Tiwanaku

Kiedy nadszedł czas powrotu do Copacabany i potem do Peru, postanowiliśmy pojechać ostatnim dziennym autobusem, by pod wieczór być już na miejscu, ale okazało się, że w niedziele ostatni autobus odjeżdża kilka godzin wcześniej. Mieliśmy do wyboru zostać kolejny dzień w La Paz (co wolałam ja) albo jechać taksówką-busem do Copacabany. Problem polegał na tym, że przejście na jeziorze, które już pokonaliśmy jadąc do stolicy zamyka się w nocy o 21.00 i poźniej nie ma możliwości kontynuować podróży; jeśli ktoś się spóźni, jest zmuszony nocować w szczerym polu albo we wsi- czarnej dziurze niedaleko przejścia, czego absolutnie nie poleca się turystom, zwłaszcza jak my, podróżującym samotnie. Germán pojechał sam na południe, w kierunku Chile, więc byliśmy tylko we dwójkę.

Gdy tak czekaliśmy na przystanku bezradnie szukając wyjścia, podszedł do nas jeden gość i zapytał, czy chcemy jechać do Copacabany, bo on właśnie jedzie taksówką, wiezie żonę w ciąży i swój towar na pace. Usiłowaliśmy go zbyć, bo nie chciałam pakować się do czyjegoś auta i włóczyć po nocy, ale facet nie dawał za wygraną i prosił, żebyśmy pojechali z nim, bo wtedy on też będzie mógł zapłacić mniej za przewóz towaru i za podróż. Zaproponował, że zapłacimy tylko 1/3 sumy, którą żąda taksówkarz, a resztę płaci on. Ja nie chciałam nawet słyszeć o podróży w nocy z nim i facet zorientował się, że po prostu mam stracha i zaczął przekonywać, ze on nie żaden bandyta, tylko normalny obywatel, który na dodatek ciężarną babę wiezie, więc nic nam się nie stanie, a on zaoszczędzi trochę kasy na przewozie. Gdy tak nas przekonywał, podeszli do nas policjanci zaniepokojeni tym, że ktoś zamęcza turystów. Biedny podróżny zaczął się tłumaczyć, że on tylko szuka chętnych do jazdy do Copacabany, żeby wyszło taniej, ale my się boimy:) Policjanci zapytali, czy wyjeżdżając przed godziną 19.00 zdążymy dotrzeć do przejścia na jeziorze przed jego zamknięciem o 21.00.  Kierowca taksówki powiedział, że tak, oczywiście, że on jedzie dużo szybciej niż busy i autobusy (3h) i że to żaden problem, że na pewno dojedziemy. Mnie ciarki po plecach przechodziły na samą myśl o takiej szaleńczej jeździe, ale mój twarzysz  już prawie się zgodził. Dałam za wygraną i spytałam policjantów, czy to bezpiecznie tak jechać po nocy z tymi ludźmi i przyznałam się, że mam obawy. Oni na to, że zaraz spiszą dane kierowcy, numery samochodu. Tak też zrobili, spisali wszystkie dane pasażerów, nasze, kierowcy, dali mi numer komórki jednego z nich na służbie, który w razie problemów miał nam pomóc… Kierowcy zaś powiedzieli, że jeśli coś nam się stanie złego albo nie dojedziemy na czas i utkniemy na noc w szczerym polu bo zamkną przejście, to kierowca tego pożałuje, a my mamy zadzwonić wtedy (jak będziemy żywi, cali i zdrowi mimo wszystko) do policjantów… Mnie włos się jeżył na głowie jak to wszystko słyszałam, prawie się rozpłakałam, wolałam już 100 razy zostać w La Paz niż zdążyć na głupią fiestę w Copacabanie… Ale stało się, zdecydowaliśmy się jechać z nimi i już wkrótce tego pożałowaliśmy. Kierowca jechał jak szalony po krętej drodze, wysoko w górach, po jednej stronie drogi skały, a po drugiej przepaść, a w dole jezioro Titicaca. Facet jechał slalomem, ciągle przyspieszając i zwalniając, robiąc dziwne ruchy a wszystko to na drodze, gdzie tylko od czasu do czasu była jakaś działająca latarnia. Czas uciekał, zegar tykał, a my wciąż byliśmy daleko od przejścia, zdesperowani by dotrzeć na czas. Nasi współpasażerowie jechali zupełnie zrelaksowani, opowiadali nam o kontrabandzie, o swoich towarach przewożonych na czarno do Copacabany, a potem na osłach przez góry, by nie przechodzić przez granicę z Peru, gdzie musieliby płacić wysokie cło…Lajtowo i żartując mijał im czas, a ja umierałam ze strachu, widząc raz po raz przepaść, słysząc zgrzyt kół na ostrych zakrętach. Jak zapytałam kierowcy, czy mógłby zwolnić, to odpowiedział, że musi jeszcze przyspieszyć, bo inaczej nie zdążymy do 21.00. Byłam już bardzo zdenerwowana, mój narzeczony zaczął mnie uspokajać i krzyczeć na kierowcę, by zwolnił, bo będziemy mieli wypadek, spadniemy w przepaść, bo nie zdąży wyhamować na kolejnym zakręcie. Nie poskutkowało, kierowca taksówki wiedział, że jeśli nie dowiezie nas na czas do przejścia i poźniej dalej do Copacabany, to będzie miał problemy z policją, bo na pewno zadzwonimy. Nie pomógł mój płacz ani krzyki, samochód zaczął przyspieszać, kiwać się na boki i trzeszczeć. Ja zaczęłam już się modlić, może brzmi to śmiesznie, ale myślalam, że tej jazdy nie przeżyjemy. Taksówkarz włączył radio na full, by nie słyszeć naszego lamentu i jakby nigdy nic, pędził w dół dając sygnały klaksonem, że nie zdąży wyhamować, więc niech wszyscy zjadą z drogi…tylko zjadą gdzie??

Po 2h godzinach szalonej jazdy dojechaliśmy do przejścia na jeziorze o godzi. 20.55…Udało się i przeżyć ten koszmar i dojechać na czas. Ciągle czekała nas jazda ok. 45 min do Copacabany, do celu. Kierowca wytarł pot z czoła, napił się piwa i popędziliśmy dalej. Już teraz trochę wolniej, bo najgorsze już mieliśmy za nami. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wyskoczyłam jak oparzona z samochodu, zeczęliśmy krzyczeć, że o mało nie zginęliśmy, że facet nas okłamał, że gdyby nie policja i szalona jazda, to nie dojechalibyśmy na czas, mimo obietnic i prawie skończyło się na tym, że mój towarzysz nie chciał mu zapłacić, ale wtedy biedny kontrabandzista i jego ciężarna żona musieliby płacić wszystko, a to byłoby nie fair. Miałam już tak dość, że zapłaciliśmy i poszliśmy do tego samego hotelu, gdzie mieszkała lama.

Jak doszliśmy do siebie, poszliśmy na miasto, które już było w trakcie święta (de la Virgen de la Candelaria) i zastaliśmy całe miasto pijane, tańczące, śpiewające. Fiesta trwała jeszcze kilka dni, ale my następnego ranka już wracaliśmy do Peru, do Puno i stamtąd do Limy. Ufff… wytrzymałość moich nerwów zaskoczyła mnie szczerze, nie sądziłam, że jestem w stanie wytrzymać tyle stresu. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale trzeba przyznać, że warunki transportowe, drogowe w Boliwii są hardcorowe, szczególnie zaś mentalność mieszkanców. Lajtowo, wszystko lajtowo, sin problema, señor…!

Fiesta w Copacabanie

cdn.

27. Boliwia. Copacabana i La Paz.


Postanowiliśmy przekroczyć granicę peruwiańsko-boliwijską w Yunguni, malutkiej mieścinie, gdzie podobno jest łatwiej i bezpieczniej dla turystów, zwłaszcza w nocy (to też nam doradzili miejscowi). Yunguni to kompletna dziura, ale swoj Plaza de Armas, czyli rynek ma, jak każde szanujące się peruwiańskie miasteczko. Dojechaliśmy zapchanym na maksa busem do rynku po ok. 3h jazdy na wariata, z bagażami zawiązanymi na dachu sznurkiem i modląc się, żeby ich nie zgubić po drodze. W rynku można wynająć wózkorower z kierowcą, który podwozi do  przejścia granicznego, jakieś 3km. Taki transport jest bardzo tani, chociaż jako turyści oczywiście płacimy stawki ekstra 🙂 Nasz kierowca wózkoroweru był przemiły, zapakował z radością nasze toboły, zapakował nas obojga na wózek i zaczęliśmy jazdę pod górę, w stronę przejścia. Nie upłynęło nawet 10 minut, jak stwierdziliśmy, że prawie się nie poruszamy, a kierowca ledwo zipie, bo pedałować pod górę z dwiema osobami i bagażami nie jest takie proste… Zapytaliśmy, czy może zejdziemy na chwilę i on odpocznie, albo może mój towarzysz popedałuje z nim, ale facet się nie zgodził, mówił że to jego praca i jakoś da radę. Tak więc posuwaliśmy się w żółwim tempie pod górę i wreszcie stwierdziłam, że nie chcę mieć tego starszego pana na sumieniu, jeśli z wysiłku serce mu stanie i poza tym nie chcę trasy 2km pokonywać przez 2h… mój narzeczony zaczął pedałować za niego, a ja dopingowałam. Uśmialiśmy się przy tym co nie miara. Wreszcie dojechaliśmy (niektórzy doszli piechotą, hehe) i zapłaciliśmy szczęśliwemu kierowcy za to, że pozwolił nam popedałować sobie do przejścia granicznego:)

Hm… mój luby pedałuje za kierowcę, a ten robi zdjecia.

A przejście graniczne jak jeden wielki stragan, gdzie na tony można kupić suche owoce, orzechy, ogromny popcorn z tamtejszej kukurydzy o dużych ziarnach (choclo), słodycze i oczywiście walutę u babci przy drodze. Najpierw należy podbić w części peruwiańskiej „wyjście”z kraju, a potem „wejście” na stronę boliwijską.  Wszystko to oczywiście w kompletnym chaosie, a tamtejsza ludność przechodzi swobodnie z jednej strony na drugą, nie pokazując żadnych papierów, znaczków, wiz itp. I gdzie tu sprawiedliwość? Ale jak się jest gringo, to tak właśnie jest…

Z granicy dojechaliśmy kolejnym zapchanym na maksa busem do Copacabany (ale tej boliwijskiej, hehe, nie TEJ Copacabany) zaczęliśmy szukać hotelu. W mieście spotkaliśmy naszego kolegę ze szlaku Inków, Germana z Argentyny, który jak się okazało, miał te same plany co do zwiedzania Boliwii co my i chyba większość innych turystów. Postanowiliśmy podróżować razem. Zatrzymaliśmy się w małym i tanim hoteliku w ryneczku. Miejsce bardzo skromne, ale w miarę czyste i najciekawsze było to, że nasz pokój miał 2 pary drzwi: wejściowe z korytarza i drugie, z tyłu pokoju, zasuwane na duży metalowy zamek, a za tymi drzwiami jak się okazało…na zielonej trawce przy drzwiach pasła się beztrosko duża, brązowa lama… Czad! Mieliśmy towarzystwo zupełnie egzotyczne, przemiłe i kilka razy dziennie otwieraliśmy po kryjomu te drzwi i dawaliśmy lamie owoce do jedzenia, jakieś nasze resztki, ogryzki. Zjadała wszystko bez grymaszenia, oblizywała się wielkim jęzorem i strzygła uszami. Podobno lamy w złym humorze plują, ale ta na szczęście była dobrze wychowana. Hodowcy tych zwierząt powiedzieli nam, że mają coraz więcej zamówień z Europy na malutkie lamy i alpaki jako maskotki dla europejskich dzieci, dlatego że lamy są bardzo towarzyskie, szybko się uczą i są doskonałymi towarzyszami zabaw dla maluchów. Nie wiem, kto „wyprowadza” lamy w Europie na spacer, ale podobno też, kiedy idą ze swoim panem, nie wyprzedzają, ani nie zostają w tyle, idą równiutko krok w krok.

Miasteczko Copacabana jest małe, trochę chaotyczne i zaniedbane, ale niezwykle kolorowe, pełne turystów, sprzedawców owoców, megagrochów, wyrobów rękodzielniczych, ubrań, indiańskich pamiątek i różnorakich restauracji. Nawet tu, w boliwijskiej Copacabanie, można zjeść włoską pizzę i różne włoskie makarony, można napić się piw z wielu zakątków świata, tutaj zjesz przepyszne burrito w meksykańskiej, kolorowej i cudownie pachnącej restauracji meksykańskiej, a także, w portowych barach można zjeść pyszną świeżą truczę z jeziora Titicaca. Copacabana leży oczywiście nad jeziorem, którego ok. 40% należy do Boliwii, reszta do Peru. Tak więc oba kraje korzystają z dobrodziejstw tego pięknego jeziora, które jest najwyżej położonym jeziorem żeglownym na świecie.

Obeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz w miarę szybko, wypożyczylismy nawet rowery, by i tym razem tradycji stało się zadość i razem z Germanem wykupiliśmy na następny dzień wycieczkę na Wyspę Słońca (Isla del Sol) i Wyspę Księżyca (Isla de la Luna), gdzie według wierzeń Indian, narodził się pierwszy wódz i założyciel dynastii Inków, Manco Capac. Wraz ze swoją siostrą- żoną Mama Oclo stworzyli pierwszą parę pół-bóstw, pół-ludzi, z których narodził się lud Inków i wyruszając właśnie z Wyspy Słońca, rozpoczęli wędrówkę w poszukiwaniu miejsca na swoje królestwo.

Wycieczkę na wyspę rozpoczęliśmy od kilkugodzinnej jazdy starą i baaaardzo powolną motorówką i było to dla mnie absolutnie nie zrozumiałe, dlaczego poruszaliśmy się w tak żółwim tempie, ale kapitan naszego stateczku był zupełnie nie wzruszony na narzekania, prośby czy poganianie ze strony zdezorientowanych turystów. Po prostu siedział sobie spokojnie paląc papierosa, a ster jedynego pracującego silnika (to z oszczędności) przytrzymywał nogą. Kiedy wreszcie dotoczyliśmy się do wyspy, na „plaży” przywitało nas stadko świń, słodko taplających się w błocie, a obok rozbite namioty zagranicznych yuppies, którzy postanowili pobyt w Boliwii przeżyć w sposób ekstremalny, sypiając gdzie popadnie, nawet razem z tutejszymi zwierzętami. Szok:) Rozdano nam bilety, w cenę których wchodziło zwiedzanie wyspy, ogladanie tamtejszych ruin inkaskich świątyń i zachowanych schodów Inków. Zapłaciliśmy i poszliśmy szlakiem, znów w górę i w dół, kilkanaście km z jednej przystani na jednym krańcu ogromnej wyspy do drugiej przystani na drugim końcu wyspy, gdzie po kilku godzinach marszu czekała na nas ta sama motorówka, by zabrać nas na wyspę Księżyca i stamtąd z powrotem do Copacabany.

Lajtowy kapitan

Wyspa Słońca jest piekna, kolorowa, chociaż prawie w całości skalista, pustynna, gdzieniegdzie widać spore obszary zieleni, a w pobliżu brzegu rosną wręcz wysokie lasy. Podziwialiśmy fantastyczne widoki, widzieliśmy niezliczoną ilość jaszczurek kolorowych, przemykających między kamieniami na szlaku. Nad nami fruwały duże ptaki, chyba jakieś drapieżne, bo co jakiś czas podchodziły do „lądowania” prawie pionowo, potem wznosiły się szybko z czymś w dziobach. Pewnie były to te kolorowe jaszczurki. Na wyspie mieszkają ludzie, mają swoje klany, zajmują się uprawą ziemi, hodowlą bydła i świn oraz żyją z turystyki, oferując przyjezdnym pamiątki, czapeczki, posiłki itp. Kilka razy na drodze stanął nam osioł, który rozłożył się beztrosko na szlaku i trzeba było go obchodzić. Ot, kolejna atrakcja wyspy. Taki to już urok i tego miejsca, i wielu innych w Ameryce Południowej: blisko przyrody, powoli, bez pośpiechu, zupełnie lajtowo.

Dotarliśmy zmęczeni do miejsca spotkania, po czym po szybkiej wizycie na innych wysepkach w boliwijskiej części wyspy, wróciliśmy do Copacabany i poszliśmy na świeżutką truczę. Na następne dni mieliśmy w planach jechać do stolicy Boliwii, La Paz.Tymczasem wróciliśmy do hoteliku, gdzie czekała na nas „nasza” lama, dla której przynieśliśmy oczywiście owoce.

cdn.