9. Muzeum Egipskie w Kairze. Cuda z grobowca Tutankamona.


Muzeum Egipskie w Kairze zwiedzaliśmy przez prawie cały dzień i wyszliśmy z niego wycieńczeni, nasyceni jak gąbki historią i sztuką starożytnego Egiptu, ale tak bardzo nam się podobało, że myśleliśmy wrócić tam jeszcze raz, by znów się „pomęczyć”. Oczywiście piętro z eksponatami z królewskiego grobowca Tutankamona jest główną atrakcją, bezkonkurencyjną i bezsprzecznie genialną. Tyle złota, szlachetnych i półszlachetnych kamieni, srebra, a przede wszystkim ludzkiej pracy tworzącej arcydzieła nigdy wcześniej nie widziałam, byłam oczarowana ilością skarbów Tutankamona i ich niesamowitym pięknem. Nie będę się w tym miejscu rozdrabniać, bo szczegóły każdy w przewodniku znajdzie, powiem tylko, że warto było czekać na spotkanie oko w oko z faraonem:-) W osobnym, zaciemnionym pokoju muzeum znajduje się słynna i chyba wszystkim znana ze zdjęć maska pośmiertna Tutankamona, ale kiedy stajesz przed nią naprawdę, i w tej zaciemnionej sali patrzy na ciebie swoimi oczami, masz wrażenie, że patrzysz na samego faraona , którego twarz ukryta jest pod maską i ciarki przechodzą po plecach. Widziałam tam ludzi jakby zahipnotyzowanych, którzy przez kilkanaście minut wpatrywali się w nią, może szukali jakiejś energii i na szczęście jest za szkłem, bo pewnie wszyscy chcieliby jej dotknąć, a ja pierwsza 😉

Na kolacje poszliśmy do eleganckiej i przytulnej restauracji głównie dla turystów, zjedliśmy pyszne dania lokalne i postanowiliśmy wznieść toast napojem z hibiskusa i mlekiem z cynamonem za powrót do magicznego Egiptu.

Znaleźliśmy też czas na odpoczynek w hotelu (wreszcie!), na kąpiel w basenie popijając drinki serwowane przez biednego kelnera pracującego w swoim barze zanurzonym w wodzie:-)

Tak, jeszcze tu kiedyś wrócimy. Insh’Allah!

DSC_1721

8. Trzy wielkie religie w Kairze. Cytadela, Khan-el-Khalili, Kair koptyjski.


Następnego dnia zobaczyliśmy Cytadelę, Dzielnicę Umarłych, Khan-el-Khalili oraz część koptyjską Kairu, czyli część chrześcijańską. Byłam ciekawa, dlaczego jedną z dzielnic nazywano Dzielnicą Umarłych, chociaż wiedziałam wcześniej, że to najbiedniejsza zona w mieście i wkrótce uswiadomilam sobie, że nazwa w pełni odpowiada rzeczywistości…Biedacy mieszkają tam w grobowcach i pałacykach cmentarnych, bo nie mają własnego domu i turyści nie powinni tam wchodzić, gdyż narażają się na rabunek a nawet na agresywne ataki uzbrojonych mieszkańców. My „zwiedziliśmy” tę dzielnicę przejeżdżając samochodem , powolutku i tylko po głównych uliczkach, by nie prowokować nikogo. Nie wyobrażam sobie zgubić się tam wieczorem…byłoby lepiej od razu strzelić sobie w głowę (podobnie niebezpiecznie jest w Limie wieczorami w niektórych miejscach).

Cytadela to kompleks budowli znajdujący się na wzniesieniu, z którego widać pięknie panoramę całego miasta, które dopiero w tym momencie można tak naprawdę zobaczyć prawie w całości. W obrębie cytadeli znajdują się meczety, w tym meczet Alabastrowy (meczet Mehmet Ali) i meczet Ibn Tulun, liczne tarasy widokowe, muzeum wojskowe i policji oraz inne malutkie meczety, których zresztą w całym Kairze jest ok. 1000. Panorama miasta przedstawia się jako skupisko szaroburych budynków, bloków, domów, setek minaretów a smaczku dodaje wszechobecny hałas ruchu ulicznego, klaksonów, śpiewu imamów i mgiełka smogu unosząca się nad miastem…

DSC_1590

Panorama miasta widziana z Cytadeli

W obrebie cytadeli poczuliśmy prawdziwy powiew i smak islamu, religii potężnej, pięknej i pełnej pokoju. Zobaczyłam modlących się w pełnym skupieniu ludzi, po modlitwie można było wejść do środka świątyni alabastrowej, która onieśmieliła nas swoim bogactwem, dekoracją i pięknem. Przed wejściem obmyliśmy ręce, twarz w wodzie z alabastrowej fontanny i w samych skarpetkach weszliśmy na czerwone dywany. Ja miałam niebieski szal z Aswanu na głowie, z szacunku dla tradycji islamskiej w miejscu świętym dla muzułmanów; chodziłam zresztą przez cały czas pobytu w Egipcie z szalem na głowie, by nie zwracać bardzo uwagi i dla poszanowania tradycji. Kilka razy pytano mnie, po co noszę zakryte włosy, skoro nie jestem muzułmanką, a ja odpowiadałam, że jestem w państwie, którego obyczaje staram się przestrzegać. Innym razem młody chłopak w Kairze powiedział mi, że bardzo podoba mu się, że noszę chustkę i że szanuję obyczaje w jego kraju. Wracając do meczetu w Cytadeli, nie wiem czemu, ale wzbudziłam sporą sensację wśród zwiedzających go muzułmańskich dziewcząt i wszystkie chciały zrobić sobie ze mną zdjęcie. Z początku myslałam, że po prostu śmieją się ze mnie, że noszę chustkę, ale to chyba nie było to, hehe, po prostu podobałam im się… a może nigdy nie widziały jasnej blondynki w niebieskim szalu z Aswanu na głowie:-) Muszę dodać, że niektóre kobiety, zwłaszcza w Kairze chodzą ubrane jak Europejki, nowocześnie i odważnie, ale większość wciąż tradycyjnie, z zakrytą głową, młode kobiety natomiast łączą styl zachodni z tradycyjnym nakryciem głowy.

DSC_1604

W innym meczecie otwartym dla turystów, najstarszym w Egipcie, meczecie Sulejmana Pachy znajduje się grobowiec rodziny królewskiej, cały w marmurze, pięknie ozdobiony inkrustacją z kolorowych kawałków półszlachetnych kamieni. Dowiedziałam sie też, że muzułmanie mają swój własny różaniec.

Po południu czekała na nas kolejna atrakcja tego niesamowitego miasta: dzielnica koptyjska. Znajduje się jakby w ogrodzie, poniżej poziomu miasta, jest bardzo stara i tajemnicza. Podobno jeden z kościółków został zbudowany na ruinach schroniska, gdzie chwilowo przebywała rodzina święta w czasie ucieczki przed Herodem. A obok zabytkowa synagoga… to piękne, że istnieją obok siebie , od wieków, 3 potężne religie i nie ma z tego powodu wojen, nieporozumień, ludzie do dzisiaj żyją spokojnie i we wzajemnym szacunku.

Wciąż przed nami największa dla wielu atrakcja Kairu: targowisko Khan-el Khalili. Ten kąsek zostawiliśmy sobie na koniec dnia wypełnionego zwiedzaniem i było warto, bo targ ożywa właśnie popołudniu i do późnych godzin nocnych jest otwarty. Kto nie widział Khan-el Khalili, ten nie widział Kairu i nie poznał jednej z bardzo ważnych części arabskiej kultury. To ogromne, prawdziwe zbiorowisko wszystkiego, gdzie można kupić wszystko i gdzie nie tylko można spotkać setki turystów, ale także mieszkańców Kairu robiących normalne zakupy. Można zjeść tradycyjne potrawy, przepyszne daktylowe i sezamowe słodycze, posłuchać muzyki, zapalić fajkę wodną (shisha), potargować się dla zabawy, usiąść na krzesełku z właścicielem sklepiku i posłuchać ciekawych historii. Wszyscy oferują wszystko, mozna nawet kupić „nic”, jak nam powiedział jeden ze sprzedawców, kiedy, zmęczeni już kilkugodzinnym chodzeniem między straganami, na kolejne : „przepraszam, czego szukacie?” odpowiedzieliśmy zdawkowo „niczego”, sprzedawca nie dawał za wygraną i powiedział: „nic? też mam, jaki rozmiar??” Wybuchnęliśmy śmiechem i skończyło się na tym, że kupiliśmy kolejny badziew. Nigdzie cynamon nie pachnie tak cudownie jak na targowisku w Kairze i nigdzie papryczka chili nie ma tak soczystego koloru jak właśnie w Khan-el Khalili. Wyszliśmy na wielki plac pełen kafejek, herbaciarni i restauracji i od razu znaleźliśmy słynną herbaciarnię Fishawi, najstarszą i najbardziej znaną w całym Egipcie. Zamówiliśmy herbatę z miętą, tradycyjny napój w Egipcie, obok zimnego naparu z hibiskusa nazywanego tu karkade. I dostaliśmy fantastyczny gorący napar z gałązkami świeżutkiej mięty w szklankach! Bajecznie pyszne:-)

DSC_1692

Targowisko Khan-el Khalili

DSC_1706

Na herbatce w Fishawi

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni ale nasyceni smakami , kolorami i zapachami metropolii egipskiej. Czekał nas kolejny dzień, tym razem pod postacią wyczerpującej lekcji historii i sztuki starożytnego Egiptu. Jutro- wizyta w Muzeum Egipskim w Kairze.

cdn.

7. Kair. Piramidy w Gizie. Menfis i Sakkara. Dashur.


Do Kairu przylecieliśmy późnym popołudniem i zatrzymaliśmy się w ślicznym hotelu Fairmont. Jedynym jego minusem było to, że znajduje się on daleko od centrum turystycznego, tzn. typowych miejsc odwiedzanych przez turystów. Kair jako miasto nie ma właściwie centrum ani starówki, ma za to sporo głównych ulic handlowych, z pięknymi sklepami, zadbane dzielnice mieszkalne dla bogaczy i dzienice biedoty. Moim pierwszym wrażeniem po przyjeździe było to, że miasto nie tyle jest ogromne, co bardzo chaotyczne i hałaśliwe. Wszędzie samochody, wszędzie piesi i wszyscy kierowcy bez przerwy naciskający klakson… Zapytaliśmy w końcu o co chodzi z tym klaksonem, dlaczego każdy kierowca co kilka sekund naciska klakson i powiedziano nam, że to dla ostrzeżenia. Hmmm, Ameryki nie odkryliśmy, ale jak się przyjrzeliśmy dokładnie, to zauważyliśmy, że klakson służy jako ostrzeżenie typu : „uwaga, wymijam cię! albo”, „cześć Ahmed, co słychać”.

W mieście nie zauważyliśmy przejść dla pieszych ani semaforów, gdzieniegdzie tylko policja drogowa zatrzymywała samochody, kiedy jakiś zdesperowany 20 minutowym czekaniem przechodzień zaczął krzyczeć, że musi przejść na drugą stronę. Kierowcy nie używają świateł w ciemności. Dlaczego? Bo przeszkadzają innym kierowcom…Zamiast świateł używają właśnie klaksonu.

DSC_1517

Piramida Kefrena (z czapeczką) i piramida Keopsa w tle, najwyższa.

Następnego dnia wyruszyliśmy na podbój Gizy, by zobaczyć na własne oczy to, co każdy od małego dziecka zna: piramidy. Znów trzeba było zakupić specjalny bilet, który oczywiście wykluczał (jak w przypadku Doliny Królów) największą atrakcję, czyli piramidę Cheopsa (Keopsa). Żeby wejść do tej największej piramidy, trzeba było kupić osobny bilecik, droższy niż wszystkie inne;) Ale skoro nie było rady, trzeba było zapłacić, bo na co komu turyści , którzy nie płacą? My weszliśmy do piramidy Kefrena, drugiej co do wielkości. Z zewnątrz te najbardziej charakterystyczne budowle starożytności robią niezapomniane wrażenie swoim ogromem i doskonałością geometryczną,  wewnątrz zaś czułam lekki niepokój, bo te gigantyczne bloki kamienne jakby drżały i słychać było dziwny pogłos, echo, buczenie… i miałam wrażenie, że cała ta konstrukcja, która wytrzymała 4 tys. lat zwali mi się na głowę właśnie teraz…:-) W środku nie ma malowideł ani płaskorzeźb, po prostu perfekcyjnie gładkie ściany, jakby ktoś gładź położył i do części głównej piramidy schodzi się lekko w dół dłuuuuugim tunelem, niskim i wąskim i naprawdę kto ma słabe nerwy, wychodzi stamtąd raczej szybko. W sali głównej, gdzie dawniej znajdowały się sarkofagi dzisiaj nie ma już nic, bo wszystkie znalezione mumie znajdują się pod opieką muzeum w Kairze lub innych specjalistów od konserwacji. Pozostają tylko niektóre kamienne sarkofagi. Tak jak w grobowcach królewskich w Luksorze było bardzo gorąco i duszno, tak tutaj, w piramidzie było chłodno i naprawdę przyjemnie. Jednym słowem-kolejne niezapomniane przeżycie. Obok piramid drugi emblematyczny symbol Egiptu- legendarny Sfinks. Jest bardzo duży i bardzo zniszczony, ale widzieliśmy robotników odnawiających stopy posągu, z daleka wyglądało to jakby kładli…kafelki.

DSC_1538

Kto zwiedza piramidy w Gizie znane całemu światu, powinien też obejrzeć piramidę schodkową w Sakkarze, jest to jedna z pierwszych i najstarszych na świecie piramid i jest zupełnie inna niż pozostałe, podobnie jak piramida romboidalna w Dashur, która jest raczej wynikiem pomyłki budowniczych niż zamierzonym celem. Sakkara i Menfis to dwa dawne ośrodki władzy faraonów, Menfis było stolicą imperium na 4 tys. lat wcześniej niż obecny Kair.

Aby dostać się do Menfis i Sakkary trzeba było wynająć taksówkę i oczywiście nie trzeba było nawet wysilać się by ją znaleźć, bo przy masie turystów kłębiła się cała masa kierowców, przewodników, sprzedawców oferujących swoje usługi. My skusiliśmy się na ofertę jednego starszego pana w białej półprzeźroczystej piżamce, który wydawał nam się bardzo sympatyczny i zabawny i przede wszystkim niegroźny więc wsiedliśmy do jego starej rakiety i popędziliśmy w stronę Sakkary i Menfis. Nasz kierowca okazał się człowiekiem tak wesołym, że prawie zapomnieliśmy o piramidzie schodkowej, bo tak byliśmy zajęci rozmową z Alim. Mówił trochę po angielsku, trochę po hiszpańsku, a większość po arabsku, więc mieliśmy niezłą papkę, z której usiłowaliśmy wyłowić jakiś sens. Opowiadał o życiu w Kairze, że wszystko jest „mucho caro, in here, in al-Cairo todo mucho caro. Many bad peoples in night, buy in here in center many good peoples , mucho good persons…” Potem puścił nam z magnetofonu w swoim samochodziku jakąś kasetę z piosenkami i przy swojej ulubionej zaczął śpiewać i klaskać…kierując samochodem. Ali był bardzo cierpliwy i profesjonalny, miał nawet swoją wizytówkę i był do naszej pełnej dyspozycji:-) Obejrzeliśmy piramidę schodkowką w Sakkarze i ruszyliśmy do Menfis zobaczyć małe otwarte muzeum z nielicznymi pozostałościami po dawnej stolicy starożytnego Egiptu i zobaczyć ogromny posąg Ramzesa II (kogóżby innego) do tej pory leżącego i czekającego na wykończenie. Wracając do Kairu spędziliśmy ponad 30 minut w korku by dojechać do hotelu i nawdychaliśmy się tyle spalin, że wystarczy na całe życie. Prawie zaczęłam wymiotować od dymu, jaki nagle zaczął wydobywać się ze środka samochodziku naszego kierowcy. Nie można było uciec, bo staliśmy w gigantycznym korku, gdzie każdy samochód smrodził i każdy kierowca używał klaksonu dla rozluźnienia się, nie można było przewietrzyć samochodu, bo na zewnątrz opary spalin z sąsiednich samochodów… Bajka.

DSC_1551

Sakkara. Ali w bialej pizamce:-)

DSC_1576

Kolos z Menfis. Ramzes II

Przed nami ostatnie dni w Kairze.

cdn.

6. Abu Simbel, egipski cud świata.


Wyruszyliśmy w drogę o 10.30 i popędziliśmy na miejsce wyjazdu konwoju. Tam czekało juz kilkanaście samochodów i autobusów z podróżnymi i wiele samochodów z policjantami i wojskowymi. Wszyscy mieli karabiny i pistolety, wyglądali nawet groźnie… Nasz kolega najadł się strachu, gdy stanął koło niego jeden z policjantów i z wycelowanym (tak od niechcenia) w jego stronę karabinem zaczął wypytywać go o ciekawostki z „zachodniego świata”… Kolega poprosił, by odsunął lufę w inną stronę, a policjant zaczął się śmiać nie wiadomo z czego, ukazując przy tym piękne bialutkie zęby…Egipskie poczucie humoru.

Wreszcie wyruszyliśmy w drogę. Czekała nas kilkugodzinna podróż w konwoju, a to znaczyło: żadnych przystanków, żadnego marudzenia w drodze że siku, że wymioty, itp. Ja wiedząc o tym, skorzystałam z ubikacji przed wyjazdem, ale piłam dużo wody w drodze, bo było strasznie gorąco. Nasz kierowca Monty zabawiał nas rozmową i usiłował wynegocjować dobrą cenę za kupienie…mnie:) Proponował Jose’mu chyba wszystko, łącznie z przysłowiowymi wielbłądami, ale zapomniał o jednej ważnej rzeczy: zapytać mnie o zdanie. Czas płynął, a ja odczuwałam coraz większą potrzebę skorzystania z WC… piłam i piłam tyle wody, że w końcu nie mogłam już wytrzymać. Do końca drogi pozostało jakieś 2 h, wiedziałam, ze niemożliwym będzie wytrzymać, więc zapytałam Montiego, czy możemy zatrzymać się na doslownie 2 minuty, zrobię siku przy drodze i zaraz wracam. NIE!!! Odpowiedź krótka i zwięzła wyjaśniła wszystko. Starałam się wytrzymać przez kolejne 20 minut, ale już byłam u kresu wytrzymałości… i znów zapytałam, czy może na 1 minutkę…NIE!!!!! Ok, wyszeptałam na ucho do Jose, że już naprawde nie mogę dłużej i czy możemy coś na szybko wymyśleć. W samochodzie było 3 facetów i ja, w tym jeden muzułmanin, który na widok półnagiej, zachodniej kobiety pewnie dostałby zawału serca za kierownicą, ale to nie przeszkodziło mi w realizowaniu desperackiego planu zrobienia czegoś szalonego…siku do plastikowej butelki po wodzie mineralnej w środku pędzącego samochodu… Nasz kolega powiedział, że jak nie ma innej rady, to zacznie przypalać butelkę zapalniczką, żeby zmiękła przed krojeniem, a Jose łapał się za głowę a mnie było już naprawdę wszystko jedno. Kiedy nasz kierowca zobaczył, co się dzieje, wpadł w panikę, zaraz zadzwonił do jednego z policjantów w konwoju i zaczął krzyczeć nie wiem co, ale skutek był taki, ze zatrzymaliśmy sie przy drodze na 1 minutę. Dogoniliśmy konwój w zawrotnym tempie i w końcu dojechaliśmy do celu. Przed nami Abu Simbel.

Trzeba było obejść wielką górę, sztuczną, zrekonstruowaną podobnie jak cała świątynia, by zobaczyć najwspanialszą budowlę południowego Egiptu. Kiedy zbudowano dużą zaporę na Nilu, świątyni groziło zalanie całkowite i trzeba było szybko i sprawnie przenieść ją w inne, bezpieczne miejsce. W internecie można zobaczyć fascynujący film o tym, jak międzynarodowa ekipa inżynierów, architektów, archeologów i historyków przygotowała całą operację. Pocięli świątynię i otaczającą ją skałę na kawałki i w kawałkach właśnie przeniesiono całość kawałek dalej, tak by woda nie zalała monumentu po otwarciu zapory.

Naszym oczom ukazał się imponujący widok, jeden z cudów świata starożytnej architektury i geniuszu budowniczych egipskich. Przepiękne, ogromne posągi Ramzesa II Wielkiego strzegące wejścia do świątyni, a u jego stóp śliczna Nefertari, żona władcy. Obok mauzoleum Ramzesa znajduje się mauzoleum poświęcone jego żonie.

W środku nie można robić zdjęć, więc staraliśmy się zapamiętać każdy szczegół, zobaczyć wszystko co możliwe, każdy zakamarek, każdy relief i hieroglif, każdą płaskorzeźbę, by nic nie stracić z tej magicznej wizyty. W samym środku świątyni znajdują się posągi czterech bóstw, z których 3 są oświetlone przez promienie słońca wpadające do środka 2 razy w roku, a ten jeden posąg jest zawsze w cieniu bo to bóstwo ze świata podziemnego. Malowidła i płaskorzeźby są tak intensywne, tak cudownie zachowane, że trudno uwierzyć, że od ich stworzenia minęło kilka tysięcy lat. Królowa Nefertari do tej pory nosi suknię z delikatnego, półprzezroczystego białego muślinu ze złotymi wstawkami i złote pantofle. Na jednej ze ścian widać scenę przedstawiającą faraona walczącego pod Kadesz. Niesamowita! Dumny Ramzes biczuje swoich wrogów błagających o litość. Jego żołnierze kroczą za zwycięskim wodzem. A on sam wznosi modły do bogów wojny.

DSC_1294

Wnętrze świątyni Abu Simbel. Zrobione z progu.

Nie mogłam oprzeć się pokusie i zrobiłam po kryjomu jedno jedyne zdjęcie tej właśnie sceny. Groziło mi za to skonfiskowanie aparatu, ale zaryzykowałam, bo nie było nikogo w pobliżu. Siedzieliśmy później na brzegu jeziora Nasser kontemplując piękno tego miejsca i powoli żegnaliśmy się z Abu Simbel. Czas było wracać i konwój już przygotowywał się do powrotu do Aswanu.

DSC_1292

Ramzes II walczący pod Kadesz.

Zaczynało się ściemniać w czasie drogi powrotnej, kiedy zauważyliśmy w trójkę, że Monty zaczyna coś kombinować. Nagle zwalniał przepuszczając inne samochody i zostając w tyle konwoju, nagle przyspieszał i doganiał policjantów, wymieniał sygnały świetlne z innymi samochodami osobowymi i zaczął zachowywać się bardzo nerwowo, co 2 minuty rozmawiając przez swoją komórke. Nie podobało nam się to wszystko. Nagle Monty przyspieszył, zaczął w bardzo szybkim tempie oddalać się od konwoju, zostawiając go całkowicie w tyle, podczas gdy my gnaliśmy w ciemności po jedynej asfaltowj drodze w kierunku Aswanu. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że zbliza sie do nas z tyłu drugi samochód osobowy, pusty, jechał w nim tylko kierowca , wyminął nas i zatrzymał się w pewnej odległości. Monty jechał w jego kierunku i miałam narastające w panice wrażenie, że coś złego się szykuje. Zaczęłam się martwić na głos, bo wyglądało to tak, jakby chcieli nas rozdzielić i porwać. Kiedy chłopaki zaczęli także się denerwować, ja wpadłam w panikę i zaczęłam krzyczeć na Montiego, żeby natychmiast zwolnił i zaczekał na konwój, bo ja się boję… Facet nic, pędził w stronę drugiego samochodu, obaj jechali bez świateł i zupełnie nie przejmowali się moim krzykiem i prośbami. Wreszcie zaczęłam panikować naprawdę, Jose też się zdenerwował, zaczęliśmy wszyscy w trójkę szaleć w samochodzie żeby zwolnił i chyba coś go ruszyło, bo facet zwolnił, dał sygnał świetlny drugiemu kierowcy, ten ruszył w stronę miasta zostawiając nas w tyle i po chwili zniknął w ciemności. Nie muszę chyba dodawać, że na tej drodze nie ma jednej latarni, żadnego znaku drogowego, po prostu jest … asfalt i tyle. Konwój zaczął przybliżać się i ja powoli uspokajałam się. Nie potrafimy wytłumaczyć tego , co się wtedy działo, dlaczego i jak to mogło się skończyć. Na szczęście dojechaliśmy do Aswanu cali i zdrowi, chociaż bardzo podenerwowani. Zapłaciliśmy Montiemu i wysłaliśmy go do wszystkich diabłów. Wykończeni dotarliśmy do hotelu.

DSC_1289

cdn.

5. Stateczkiem po Nilu. Świątynie egipskie. Asuan.


Przez kilka następnych dni płynęliśmy stateczkiem po Nilu na południe, w stronę Aswanu i Abu Simbel. Pewnej nocy zatrzymaliśmy sie ok. północy w małej miejscowości Esna, gdzie znajduje się śluza na rzece (chyba tak to się nazywa), która dzieli rzekę na 2 poziomy. Każdy przepływający obiekt musi taką śluzę pokonać, by móc kontynuować podróż. Trwało to ok. 2 godzin, bo przed nami w kolejce znajdowało się kilka innych statków. Płynęliśmy dalej i rano dobiliśmy do brzegu w małej wiosce Edfu, gdzie znajduje się świątynia Horusa, boga-Jastrzębia. Jest otoczona wysokim murem i sprawia wrażenie, jakby ona sama i ten mur mieli rozsypać się w ciągu pięciu minut, gdyż jest zbudowany nie tylko z kamienia, ale także z czerwonej gliny. Jest to jedyna w Egipcie prawie w całości zachowana świątynia, z dachem, ścianami i przepiękną, zrekonstruowaną barką w środku, w części do której nie mieli wstępu zwykli śmiertelnicy. W tej barce raz do roku prowadzano posągi boskie w świetej procesji, w tym przypadku posągi Horusa i jego żony Hathor (boginii Krowy). Duże wrażenie robi na zwiedzających rzeźba Horusa stojąca przy wejściu do kompleksu, przedstawiająca go jako jastrzębia w koronie Górnego Egiptu.

Po południu odwiedziliśmy także inne zabytki, świątynie boga-Krokodyla, Sobka w Kom-Ombo. Rzeczą godną uwagi w tym miejscu jest kalendarz egipski, który można zobaczyć w postaci płaskorzeźby tylko w tej jednej świątyni Sobka, jest interesujący, widać wyraźnie podział na dni, miesiące. Tutaj też znajdują się mumie krokodyli, które (jak wiele innych zwierząt) były święte dla Egipcjan, gdyż uosabiały Sobka, bóstwo odpowiedzialne za dobroczynne wylewy Nilu. W Kom-Ombo znów mogliśmy podziwiać złocisto-pomarańczowy zachód egipskiego słońca.

Kiedy wrócilismy na statek, w naszej kabinie czekała niespodzianka… Otwieramy drzwi, w kabinie ciemno, ja wchodzę pierwsza i ….nagle wrzask! Coś mnie dotknęło gdy stałam w miejscu, gdzie teoretycznie nie powinno być nic! Wyskoczyłam z pokoju na korytarz, Jose zapalił światło i zobaczyliśmy dużą małpę zrobioną z koca i ręczników zwisającą z sufitu tuż przy drzwiach wejściowych… było sporo śmiechu, myślę, że nie byliśmy jedynymi, którym zrobiono taki dowcip. Po kolacji kolejna atrakcja: tańce w strojach wieczorowych, czyli w strojach sindbadowych, w czilabach arabskich. Kto nie miał, to sobie kupił albo na statku (made in china) za niebotyczną cenę, inni zakupili wcześniej na targowisku koło świątyni w Kom-Ombo (gdzie my kupiliśmy kilka pięknych szali od niejakiego „szefa”). Nasze czilaby były najładniejsze, jak zwykle, bo to oryginalne stroje zakupione w Tunezji, dwu-częściowe z pasem, moja w kolorze ciepłego różu…są śliczne…

DSC_1231

W czasie ciepłych wieczorów wielu pasażerów spędzało długie godziny na tarasie. Pewnej nocy było słychać wyraźnie hałas dochodzący z brzegu i okazało się, że podpływają na małych łódkach mieszkańcy okolicznych wiosek ze swoimi towarami do sprzedania. Wyglądało to tak: krzyczeli z dołu, że mają to i tamto i rzucali na pokład np. chustki, koszule w plastikowych workach. Kto był zainteresowany to oglądał, mierzył i jeśli chciał kupić, to rzucał z powrotem pieniądze w worku na łódeczkę. Problem zaczynał się wtedy, jak pasażerowie pytali o ceny. Spryciarze z łódek najpierw pytali skąd jest kupujący i według odpowiedzi dyktowali cenę. Najdrożej płacili Amerykanie, Kanadyjczycy i Anglicy, potem Francuzi i Niemcy, potem Hiszpanie…Polska też była tania, więc specjalnie nie byli zainteresowani targowaniem się ze mną. Podawali takie ceny, że aż się śmiać chciało, tak wygórowane, za kawałek szmaty haftowanej, jakości zero, pewnie made in china, więc niewielu było kupujących. Jeśli tym biednym wieśniakom wydawało się, że są sprytnymi sprzedawcami i potrafią sprzedać coś, co jest warte 20 centów za kilkanaście euro, to jeszcze mało znają Hiszpanów… Hiszpanki, w większości starsze panie na emeryturze, jak się dorwały do oglądania, przebierania, targowania, to nie mogłam wyjść z podziwu, tak wrzeszczały, spuszczały cenę odstawiając przy tym istny cyrk, że nawet sprzedający dali za wygraną i Hiszpanki zapłaciły tyle, ile chciały i wydawało im się słuszne. Trzeba dodać przy tym, że wcale nie okradły tych biedaków, ale nie płaciły też tych idiotycznych cen, jakie dyktowali np. Amerykanom… Hiszpańska, gorąca krew, nie do zdarcia. Z własnego doświadczenia wiem, że nie można przekrzyczeć, przegadać zacietrzewionej, „nakręconej” hiszpańskiej baby. Po prostu nie można. A Amerykanie jacy są, każdy widzi, mają też wystarczająco dużo pieniędzy, by nie zawracać sobie głowy targowaniem się o „szczegóły”; płacą więc i za czas i za święty spokój. Może też w ten sposób czują się wybawicielami tych biedaków, płacąc im za jedną bluzkę tyle ile ci w ciągu miesiąca nie zarobią… Ach, ci Amerykanie! 😉 Kolejny problem zaczynał się, kiedy nie było już chętnych do zakupu ani oglądania tych badziewi, a plastikowe worki z towarem nadal lądowały na pokładzie, raz za czas uderzając kogoś w głowe, rozbijając szklankę z napojem na stoliku itp. Trzeba było baaaaardzo wyraźnie im powiedzieć, że już im dziękujemy.

DSC_1142

Następnego dnia dopłynęliśmy do malutkiej miejscowości, w której można zobaczyć gigantyczny niedokończony obelisk, wciąż jeszcze leżący na ziemi, i widać było, że tam go pozostawiono, bo pękł w połowie. Niedaleko znajduje się świątynia, o ktorej mówi sie, że jest najbardziej romantyczna ze wszystkich budowli egipskich. To świątynia Filae, poświęcona bogini Isis. Ma piękne, delikatne rzeźbione kolumny, imponujące płaskorzeźby ślicznej Isis i wiele naprawdę romantycznych zakątków dla zakochanych par. Jeśli dodam, że znajduje się na brzegu dużego jeziora Nasser, to wszystko będzie jasne. Na brzegu tego samego jeziora znajduje sie też słynne Abu-Simbel.

Po południu tego samego dnia byliśmy już w Aswanie, największym mieście położonym na południu Egiptu, niedaleko granicy z Sudanem. To naprawdę duże i ładne miasto. Przy głównej drodze ciagnącej się wzdłuż rzeki znajdują się restauracje, obok przycumowane statki, sklepiki i straganiki z pamiątkami. Tam też poszliśmy na duży i znany targ, gdzie można chyba kupić wszystko. Postanowiłam kupić kilka szali z delikatnej bawełny i wybrałam stoisko z kolorowymi szmatkami, które okazało sie być wlasnością sympatycznego Koptyjczyka (Egipcjanina-chrześcijanina). Ciężko było negocjować z nim, ale nie dawaliśmy za wygraną, bo ceny, które nam podał były wprost absurdalne…chyba jakieś 500 dolarów za 6 szali i jedną bluzkę z bawełny…well, jak robić interes, to na całego. Będąc w Aswanie mieliśmy jedyną i niepowtarzalną okazję by zobaczyć legendarne Abu Simbel, świątynię-mauzoleum Ramzesa II i jego żony Nefertari znajdujacą sie 300km na południe od miasta Aswan. Jedyną możliwością dotarcia do tego miejsca była kilkugodzinna podróż samochodem lub autobusem jedyną istniejącą drogą asfaltową i obowiązkowo w eskorcie policyjno-wojskowej. Trzeba było zorganizować na szybko taką wycieczkę, by następnego dnia rankiem móc wykorzystać cały dzień wolny, jaki mieliśmy w planie wycieczki. Takie eskapady do Abu Simbel z Aswanu organizują miejscowe biura podróży, niektóre hotele dla swoich klientów lub po prostu grupa chętnych wynajmuje taksówkarza i jedzie na własną ręke, byle razem z eskortą. Taka eskorta jest obowiązkowa dla wszystkich turystów jadących do Abu Simbel ze względu na wcześniejsze porwania i ataki na turystów ze strony miejscowych terrorystów. Eskorta ta wyjeżdża z miasta Aswan 2 razy w ciągu 24h, wcześnie rano ok. 3.00 i następna o 11.00. To samo w drugą stronę. My wynajęliśmy w jednym z hoteli znajomego taksówkarza, którego polecił nam recepcjonista. Z nami chciały wybrać się 3 inne osoby, tak więc ostatecznie wynajęliśmy 2 taksówki, płacąc dużo mniej, niż życzą sobie agencje. Nasz kierowca Montaser (Monty) miał przyjechać po nas następnego dnia przed 11.00. Szczęśliwi poszliśmy spać.

Spaliśmy w luksusowym hotelu Oberoi Aswan znajdującym się na wyspie Elefantina, niestety tylko jedną noc, więc nie mogliśmy się nacieszyć pięknem tego miejsca, ale mieliśmy przynajmniej niesamowity widok na miasto nocą z okien naszego pokoju.

Barka w swiatyni Horusa w Edfu

Barka w świątyni Horusa w Edfu.

cdn.

4. Wycieczka rowerowa do Doliny Królów w Luksorze.


DSC_1349

Ciągle przed nami był najważniejszy moment pobytu w Luksorze: Dolina Królów, gdzie znajdują się grobowce wladców Egiptu. Dolina Królów znajduje się po drugiej stronie rzeki, wsród piaszczystych skał i terenów pustynnych. Postanowiliśmy dojechać tam rowerami. Wypożyczyliśmy 2 gruchoty w centrum, zapłaciliśmy 15€ za cały dzień użytkowania i popędziliśmy na brzeg do przystani, skąd odpływały miejskie stateczki motorowe na drugi brzeg. Tam załadowaliśmy się ze wszystkimi, ludzie patrzyli na nas ciekawie, ja w swoim czerwonym kapeluszu i z odkrytymi palcami u stóp! Dalej pojechaliśmy drogą krajową, asfaltowaną i bez jednej dziury i w miarę jak oddalaliśmy się od brzegu, zmieniał się krajobraz. W Egipcie krajobraz soczyście zielony można zobaczyć w pobliżu rzeki, w odległości kilkunastu km od zbiornika wodnego występuje już tylko piach i pustynia i nie ma nic…Przez taki właśnie krajobraz pustynny gnaliśmy na naszych rzężacych rowerzyskach, w prawie 35 stopniach upału, powietrze suche jak pieprz i wokół tylko piach. Jedynym dowodem na istnienie w tym miejscu czegoś żywego jest ta asfaltowa droga, którą jadą do pracy robotnicy pracujący przy restaurowaniu grobów królewskich. Nie mogliśmy się doczekać, by zobaczyć cel naszej podróży, bo wiedzieliśmy że czeka nas prawdziwa gratka. Po drodze minęliśmy 2 ogromne kolosy Memnona, kiedyś strzegące wejścia do świątyni Tutmosisa IV, dziś podniszczone, jeden z nich bez twarzy. W miarę pokonywania kolejnych km gorąc dawał nam się we znaki, ja pedałowałam coraz wolniej, Jose dzielnie mnie pchał lub ciągnął za sobą i jakoś posuwaliśmy się naprzód. Po drodze minęliśmy dom-muzeum Howarda Cartera, odkrywcy grobowca Tutankamona.

Mijały nas autobusy pełne turystów, mijały samochody wypełnione robotnikami, a my tak pedałowaliśmy sobie szczęśliwi w stronę Doliny Królów. Spotkaliśmy na naszej drodze grupę Francuzów, też na rowerach i razem dotarliśmy do celu. Jeden bilet pozwala na obejrzenie tylko 3 wybranych grobowców z kilkudziesięciu, a na niektóre z nich należy zakupić bilet extra, np. grobowiec Tutankamona i Ramzesa VI. Wybraliśmy grobowce: Tutmosisa III, Siptaha i Ramzesa I. Ten pierwszy znajduje się jakby na piętrze, trzeba wejść po schodach do góry i potem stromo w dół, jest w nim bardzo duszno,w sezonie letnim nie wyobrażam sobie przebywać w nim dłużej niż 2 minuty. Wnętrze jest obszerne i pokryte drobnymi, delikatnymi rysunkami i hieroglifami. Niebieski sufit jest pokryty tysiącem żółtych gwiazd, symbolizujących gwiaździste niebo. Tutmosis III był największym obok Ramzesa II wodzem, wojownikiem i władcą egipskim. Prowadził wojny, podbijał kolejne księstwa, powiększał systematycznie granice Egiptu. Nie przegrał żadnej z bitew.  Krypta Siptaha nie zrobiła na nas jakiegoś szczególnego wrażenia, nawet nie zawierała malowideł w środku, tylko przy wejściu. Został nam grobowiec Ramzesa I według biletu, ale przedtem postanowiliśmy wejść do słynnego grobu Ramzesa VI i zapłaciliśmy napiwek strażnikom, żeby nas wpuścili bez biletów.

Są takie chwile w życiu każdego człowieka, kiedy nie wiadomo dlaczego, zaczynają się trząść kolana i łzy napływają do oczu i porywa nas wzruszenie i nie można nad nim zapanować. Taki moment właśnie nadszedł, bo oto znajdowaliśmy się w grobowcu Ramzesa VI. To, co tam zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, nasza gratka zamieniła się w cudowny moment wzrokowej ekstazy. Malowidła na ścianach i suficie w pełni zachowane, w żywych kolorach, pełna harmonia i perfekcja, boska perfekcja. Oto staliśmy w grobowcu króla sprzed kilku tysięcy lat, ale do dziś można podziwiać w nim nietknięte przez czas cuda sztuki egipskiej. Postacie faraona, bóstw, prześlicznej królowej i jej slużek namalowane ludzką ręką ale z wyraźną pomocą boską. I to całym panteonem bóstw egipskich! A nad nami i nad całym światem swe ramiona rozpościerała Nut, spoglądając z gwiaździstego sufitu. To prawdziwy zaszczyt nawet dla władcy być pochowanym w takim miejscu, z którego do tej pory bije majestat. Ktoś obok tłumaczył po cichu znaki na ścianach, ktoś po kryjomu robił zdjęcia, a my tak staliśmy z otwartymi gębami i dziękowaliśmy wszystkim bóstwom za to, że dane nam było to zobaczyć. Grobowiec Ramzesa I był równie piękny, chociaż mniejszy, w tonacji biało-niebieskiej, z przepięknymi dużymi malowidlami faraona i Ozyrysa.

Nasza wycieczka była fantastyczna, odurzeni pięknem tego świętego miejsca, wracaliśmy do przystani, ale po drodze jeszcze zobaczyliśmy Rameseum i świątynię-mauzoleum Hatszepsut, jedynej kobiety-faraona. Wracając odwiedziliśmy małą wioskę, gdzie widzieliśmy malutki sklepik obwoźny, faceta w pidżamce na rowerze, wielkiego bawoła smacznie śpiącego w słońcu i gromadkę dzieci, którym udało się namówić nas na przejażdżkę rowerami. My pedałowaliśmy, a one poprosily nas o …bakszysz

Późnym popołudniem znów spacerowaliśmy po mieście szukając czegoś do jedzenia, co nie wywołałoby u nas biegunki czy nie przyspożyłoby nam pasożytów. Postanowiliśmy spróbować prawdziwej herbaty ze świeżą miętą parzoną po arabsku. W jednej z herbaciarni zamówiliśmy fajkę wodną z tytoniem o smaku bananowym i czekaliśmy na herbatę. Sympatyczny kelner przyniósł napój w szklankach, które nie wiem, kiedy ostatni raz były myte, ale my dzielnie nie chcieliśmy tego zauważyć. Do cukierniczki nawet nie chciałam zaglądać. Oczywiście nasza herbata ze świeżą miętą to była po prostu herbata Lipton o smaku miętowym.Takie rozczarowanie na zakończenie tak fantastycznego dnia! O łazience w tej herbaciarni nie będę opowiadać ze szczegółami, dla dobra wszystkich. Skończyło się na paleniu fajki z sympatycznym kelnerem i zapłaceniu za nietkniętą herbatę.

Zachód egipskiego słońca obejrzeliśmy w ogrodzie hotelu. Soczyste kolory czerwieni i pomarańczu pięknie zgrały się z żółto-kawowym kolorem piaskowych skał, za które chowało się słońce. Ra poszedł spać, jutro wróci i znów otoczy nas swoją opieką.

Kolację zjedliśmy w czystej, zadbanej restauracji, z przepysznym jedzeniem w ogromnym porcjach. Najbardziej podobało mi się w niej to, że niezjedzone dania zapakowano nam w prześliczne pudełeczko z czerwoną wstążką. Taki szczegół, a tak cieszy! Kończył się dzień i kończył się nasz pobyt w Luksorze. Przed nami kolejne dni rejsu stateczkiem po Nilu.

cdn.

DSC_1357 DSC_1400

3. Luksor (Luxor).


Tego samego dnia popędziliśmy do Luksoru, małej mieściny ale za to jakiej! Przepiękna światynia, a raczej jej szczątki, ale w miarę dobrze zachowane znajdują się tuż przy głównej drodze. Trochę to dziwne, wokół wszędzie samochody, rowery, dorożki i osły, a ty stoisz przed obiektem sprzed kilku tysięcy lat. Zobaczymy tu oczywiście obeliski, oczywiście posągi Ramzesa II i jego żony, mnóstwo symboliki, wszechobecny ankh, a jak dobrze poszukać to i golutkiego Min`a się znajdzie, a raczej ogromnego penisa w erekcji z doklejonym wlaścicielem:)) W świątyni w Luksorze można zobaczyć jeden z nielicznych (bodajże tylko 2 ) wizerunek Aleksandra Wielkiego. W środkowej części, kiedyś zamkniętej dla plebsu, znajdują się resztki świętego ołtarza, pozostałości po chrześcijańskich malowidłach z czasów najazdów chrześcijan. Przy wejściu znajdują się przepiękne rzeźby Tutankamona i jego młodziutkiej żony oraz ogromny posąg Ramzesa. Mnie osobiście najbardziej zaciekawiła płaskorzeźba przy wejściu do środkowego patio świątyni przedstawiająca symbolicznie zjednoczenie górnego i dolnego Egiptu w postaci splatających się kwiatów papirusu i lotosu. Śliczne. Na ruinach świątyni zbudowano kilka tysięcy lat później malutki meczet, który do tej pory pełni funkcje religijną, ale dla wielu historyków i wielbicieli architektury egipskiej to jak barbarzyństwo.

Będąc w Egipcie miałam bardzo dziwne uczucie, ze coś tu nie gra, tzn. nie mogłam się przyzwyczaić do faktu, że odwiedzając Egipt tak naprawdę odwiedza się 2 różne światy, starożytny świat faraonów i piramid i obecny, muzułmański, z meczetami i śpiewem z minaretów , który nijak się ma do tej części starożytnej. Dwa światy zupełnie różne, niczym nie związane ze sobą, a między nimi albo w nich ludzie, którzy nazywają siebie Egipcjanami i jak spróbujesz nazywać ich arabami, to sie obrażą-i mają rację, bo niby dlaczego odbierać im ich tożsamość??

Zwiedzaliśmy Luksor przez kilka dni i muszę przyznać, że chociaż jest trochę zaniedbane i śmierdzi łajnem, to jednak ma w sobie mnóstwo uroku. Przede wszystkim ludzie-są bardzo uprzejmi, gościnni, trochę nachalni w stosunku do turystów, ale to zupełnie zrozumiałe, jeśli zobaczy się biedę, w jakiej żyje większość mieszkanców tego miasteczka. W turyscie widzą dolara albo euro i robią wszystko, by tego pieniążka wyciągnąć. Oferuje się tu przyjezdnym wszelkie usługi, począwszy od przejazdu dorożką na szukaniu nawet najbardziej wyszukanej rzeczy skończywszy. My na przykład chcieliśmy kupić arabską wersję „Małego Księcia” A. Saint Exupery´ego i zapytaliśmy pewnego przechodnia, gdzie możemy znaleźć jakąś księgarnię czy jakiś antykwariat z książkami. Gość oczywiście niewiele rozumiał po angielsku, ale zapewnił nas, że wie o co chodzi. Chodziliśmy z nim od jednej księgarni do drugiej pytając o „Małego Księcia” i w każdej z nich pokazywano nam inną książkę, raz o Jezusie (bo to przecież też jakby książę i na dodatek pytają o tę książkę biali chrześcijanie, więc musi to być ta właśnie), wyciągali nam skrypty i jakieś zeszyty do nauki Koranu, Biblię i nie pamiętam co jeszcze, ale nie miało to nic wspólnego z książką, której szukaliśmy. Po prawie 2 godzinach szukania i pytania z oglądaniem zasobów luksorskich księgarni, daliśmy za wygraną, my tak, ale nie nasz przewodnik , który zapewniał, że tym razem to już na pewno w tej następnej księgarni znajdziemy naszą książkę. Kolejna biblia, książki z obrazkami o dzieciach …Nie da się. Zdenerwowani mówimy chłopakowi, że już nie mamy siły i że idziemy spać. On na to, że powinniśmy mu zapłacić za fatygę i wyciąga rękę szepcząc: bakszysz… my na to: Za co?? chodzimy z tobą od 2 godzin, bo nam nawijasz że na pewno w tej następnej księgarni znajdziemy „Małego Księcia„, po czym okazuje się nie tylko że nie znajdujemy, ale  że tak naprawdę nie masz zielonego pojęcia, o jakiej książce mówimy…

Upierdliwi sprzedawcy i dorożkarze to normalka w każdym egipskim mieście, im mniejsze, tym bardziej upierdliwi. Muszę jednak przyznać, że mnie to specjalnie nie przeszkadzało, tym bardziej że byli natrętni w miły sposób, jeśli można to tak nazwać, tzn. uprzejmie pytali skąd jesteś, czy chcesz coś zwiedzić, czy masz ochotę na przejażdżkę dorożką, czy może chcesz kupić kapelusz w promocyjnej cenie?? Słysząc ¨España¨ wołali: hola pepsi-cola, a na Polskę mówili ¨Bolanda¨ (nie umieją wymawiać litery P; nie wiem z czego to wynika, być może po prostu nie mają jej w alfabecie). Niektórzy faktycznie śledzili nas, wołali za nami , że chcą nas przewieźć, że mają tanie pamiątki itp. Bardzo mile wspominam jednego dorożkarza, Mustafę, który woził nas po Luksorze swoją dorożką pokazując nam ciekawe zakamarki miasteczka. Wjechaliśmy nawet na teren targowiska wypełnionego po brzegi ludźmi, zwierzętami, towarami, materiałami…i ciężko było wyjechać z niego dorożką, która w pewnym momencie utknęła gdzieś przy straganie z paprykami i trzeba było ją pchać.

Kiedy poszliśmy do banku wymienić walutę, egipskie kobiety nie mogły się nadziwić,  jak kobieta może chodzić ubrana tak jak ja, tzn. w sandałach z odkrytymi palcami, w hip-hopowych spodniach, w koszulce na ramiączkach i z odkrytymi włosami…Czułam się nieswojo, bo naprawdę patrzyły na mnie z niesmakiem i zgorszeniem, ale starałam się nie myśleć o tym. Dla mnie ich pidżamy i zakryte twarze to coś dużo gorszego niż moje spodnie i ramiączka.

W mieście odwiedziliśmy także interesujące muzeum sztuki egipskiej i muzeum mumufikacji. Szukaliśmy też czegoś dobrego do jedzenia, tutejszego, tradycyjnego i chcieliśmy naprawdę bardzo spróbować czegoś ze stoiska ulicznego, co jedzą przechodnie, ale było to niemożliwe, widząc brak higieny, brudne naczynia i ręce. Uważaliśmy na każdym kroku, żeby nie pić wody nieprzegotowanej, żeby nie jeść sałatek ze świeżych warzyw, żeby obierać owoce ze skórki, żeby myć zęby wodą mineralną albo przegotowaną, nie jedliśmy lodów, sosów, majonezów, nie piliśmy coli z lodem itp…i tak ciężko było nie zastanawiać się, czy złapiemy jakiegoś bakcyla widząc szklanki z odbitymi ustami i łyżeczki z brązowym osadem, kiedy podano nam herbatę… ale nic się nie stało, przeżyliśmy i muszę przyznać, że arabska kuchnia jest wyśmienita. Byłoby niesprawiedliwe pominąć fakt, że najlepsze desery i podwieczorki jakie jedliśmy w życiu podawano nam na statku, właśnie w Egipcie. Ciasta daktylowe, sezamowe, budynie, czekoladki domowe z nadzieniami były fantastyczne! W hotelach także serwowano świetne posiłki, ale nie mogły się równać z tymi na statku. W Luksorze mieszkaliśmy w hotelu Sofitel Karnak, kilka km z dala od centrum, dojeżdżaliśmy do niego miejscowym busem wypełnionym po brzegi. Bilet kosztował chyba 1,5funta egipskiego, co na nasze to chyba jakieś 20 groszy…

Kiedyś spacerowaliśmy po mieście i jeden ze sprzedawców ulicznych zachwalał swoje kapelusze p/słoneczne. Chciał za nie naprawdę dużo porównując ceny takich kapeluszy w Egipcie i w Europie. Stwierdziłam, że za taką cenę to sobie kapelusz w Walencji kupię i facet się obraził…my poszliśmy dalej i za chwilę słyszymy, jak ktoś wrzeszczy za nami, jadąc na przeraźliwie głośnym starym motocyklu: Ok, za połowę ceny, niech stracę! Obrażony sprzedawca widząc, że jednak nie damy się nabrać, pędził za nami zgadzając się łaskawie na zaproponowaną przeze mnie cenę. Targowanie się to stara tradycja w muzułmańskim świecie, wręcz należy się targować, bo to w dobrym tonie i należy pamiętać, że sprzedawca dotąd się targuje, dokąd mu się to opłaca.  My się o tym przekonaliśmy niestety późno, tak więc na pewno przepłaciliśmy sporo większość zakupionych pamiatek, ale specjalnie nie raziło nas to, bo obie strony po zakończonym procesie negocjacji były szczęśliwe:)

cdn.

DSC_1096

DSC_1087

Luksor.Ramzes II.