93. W poszukiwaniu Rafflesii.


W poszukiwanie kwitnących Rafflesii wybraliśmy się w towarzystwie przewodnika, bo samemu po pierwsze nie wolno chodzić po dżungli i szukać tego kwiatu, którego i tak samemu się nie znajdzie jesli nie wiadomo gdzie szukać, a po drugie roślina ta jest chronionym przez prawo skarbem narodowym i nawet nie można za bardzo jej dotykać. Rafflesia kwitnie tylko przez 5 dni, potem gnije i wydziela okropny zapach zgniłego mięsa. Jest ona najwiekszą rośliną-pasożytem dziko rosnącą na świecie. Jej naturalnym środowiskiem  jest azjatycki południowy wschód (Malezja i Indonezja z Borneo, Filipiny, Sumatra ). Istnieje jedna jeszcze większa roślina, kwiat Amorphophallus titanum, ale jest on sztucznie hodowanym okazem w ogrodach botanicznych w Niemczech, Holandii etc, stąd jakby się „nie liczy” 🙂

Mieliśmy szczęście zobaczyć Rafflesię (nazwaną tak na cześć sir Thomasa Stamforda Raffles’ a, brytyjskiego gubernadora południowoazjatyckich kolonii i „założyciela” brytyjskiej kolonii w Singapurze) na 3 dni przed wylotem z kraju, już właściwie byliśmy zrezygnowani i przekonani, że się nie uda, ale okazało się, że kwitnie ona także w regionie Cameron Highlands, w selwie i tam właśnie zabrał nas przewodnik. To tyle, zdjęcia powiedzą więcej:-)

Oto ona, RAFFLESIA!

Z Cameron Highlands wróciliśmy do KL i dwa dni później lecieliśmy liniami Emirates do domu…Wszystko co dobre szybko się kończy. Oby do następnych wakacji!

92. Tea-time w Cameron Highlands.


Górzysty region Cameron Higlands pozwolił nam odpocząć od upału i duchoty reszty kraju, zwłaszcza na Borneo. Tutaj klimat jest chłodniejszy, mniej wilgotny, a wieczorami nawet trzeba ubrać coś grubszego. Dotarliśmy do miasteczka Cameron Highlands autobusem z Ipoh, podróż trwała ok. 3h. Zameldowaliśmy się w hoteliku Hill View Inn zarezerwowanym dzień wcześniej w Ipoh. To hotel prowadzony przez hinduską, mało sympatyczną rodzinkę. Pokoje są ładne i czyste, ale jest w nich zimno, zwłaszcza w łazience, bo w ramach wentylacji ma w ścianie „ozdobne”,  niczym nie zakryte dziury. W nocy musiałam prosić w recepcji o dodatkowy koc do spania. Miasteczko jest niewielkie. Na każdym rogu znajdują się małe agencje turystyczne organizujące wycieczki po okolicy. Największą atrakcją regionu są duże i przepiękne plantacje herbaty, której pije się bardzo dużo w Malezji. Całe górki i doliny pokryte są soczyście zielonym gęstym dywanem krzaczków herbacianych. Można podpatrzyć jak zbiera się ręcznie liście herbaty specjalnymi nożycami z torebką, którą, jak się zapełni, „zbieracz” opróżnia do kosza niesionego na plecach. Odwiedziliśmy najbardziej znaną plantację, Boh, producenta znanej w Malezji herbaty. Mają tutaj też swoją fabrykę, kawiarnię-herbaciarnię i sklep ze swoimi produktami.

Innym razem łazikowaliśmy sami po selwie, spędziliśmy tam prawie cały dzień a na koniec wyszliśmy z niej do jakiejś nieznanej nam wioski, skąd nie było autobusu do miasta. Spotkaliśmy jakiegoś rolnika i ten, bardzo zdziwiony naszą obecnością, zabrał nas na pakę swojej ciężarówki i podwiózł do najbliższego przystanku. Okazało się, że autobusu już nie było, więc złapaliśmy stopa i dotarliśmy już całkiem póxno do hotelu. W Cameron polecam odwiedzić farmę owadów egzotycznych i zobaczyć a nawet dotknąć różne modliszki, rogacze, wielkie kolorowe motyle i inne zwierzątka. Nie polecam odwiedzin w wiosce podobno póldzikiego plemienia, którego imienia nawet nie pamiętam, bo to tylko kilka murowanych domków, wybudowanych dla nich przez rząd a w nich całe gromady usmarkanych dzieci. Zostawiłam im cały worek zabawek, długopisów, branzoletek, zeszycików etc. i tyle, nic specjalnego. Wieczorami można zjeść różne lokalne potrawy w niezliczonych knajpkach i ulicznych barach. Polecam zwłaszcza satay z kurczaka lub wołowiny i nasi lemak, dwa właściwie narodowe dania Malezji. Po kolacji można nawet pośpiewać przy piwie w popularnych lokalach karaoke 😉

modliszka na moim ramieniu

modliszka-liść

modliszka-orchidea

W następnym wpisie wycieczka do dżungli w poszukiwaniu Rafflesii…

91. Pulau Pangkor.


Zmęczeni gorącem Borneo polecieliśmy  z powrotem do Kuala Lumpur i stamtąd tego samego dnia pojechaliśmy autobusem na północ od stolicy, do miasta Ipoh. W autobusie było straszliwie zimno a kierowca pomimo naszych próśb i gróźb nie chciał przykręcić ani trochę klimatyzacji. Jechaliśmy więc wszyscy w swetrach i przykryci zasłonami w oknach…Kiedy po raz kolejny poprosiliśmy go o podniesienie temperatury, zaczął na nas krzyczeć, żebyśmy dali mu święty spokój. I ja narzekam na stresującą pracę!

Ipoh jest wielkim i brzydkim miastem, udaliśmy się tam tylko dlatego, że to dobry punkt wyjściowy do kontynuowania podróży po kraju ze względu na położenie i połączenia z resztą Malazji. Postanowiliśmy jechać do Lumut na wybrzeżu i stamtąd płynąć na maleńką wysepkę Pulau (Island) Pangkor. W Lumut trzeba dostać się do portu (jetty), gdzie cumują motorówki i małe stateczki. Podróż na wyspę Pangkor trwa ok. 40 minut.

na tarasie naszego domku

drugi z prawej domek to „nasz”

Wyspa (Pulau) Pangkor jest malutka, można w godzinę objechać ją całą wypożyczonym motorem lub autkiem. Porządne i nieliczne hotele są drogie i bez wcześniejszej rezerwy ciężko jest coś złapać w ostatniej chwili. My jak zwykle nie rezerwowaliśmy hotelu na zapas, bo chcieliśmy swobodnie podróżować z jednego miejsca do drugiego, bez przymusu bycia tam i tam, tego i tego dnia. Dlatego trafił się nam hotel w postaci domków na plaży, który tylko z zewnątrz świetnie się prezentował, w środku trochę badziewny. Miał jedną ogromną zaletę: znajdował się na samiutkiej plaży z białym piaskiem i mieliśmy cały domek dla nas. Byliśmy o jakieś 10 minut specerkiem od tzw. centrum rozrywkowego, czyli głównej ulicy ze straganami, sklepikami, stoiskami z jedzeniem etc. Generalnie na wyspie warto obejrzeć plaże, wynająć kajak, motorówkę, sprzęt do nurkowania i podziwiać przyrodę. Bogacze mogą rezerwować luksusowe domy nad wodą za cenę od kilku tysięcy euro w górę/noc ze wszystkimi luksusami na znajdującej się obok wysepce Pangkor Laut, którą widać z Pangkor. Na tej wysepce właśnie spędzał swoje wakacje Luciano Pavarotti. Odkryliśmy małą plażę wśród skał, gdzie nie było tłumów, tylko kilku tubylców i dlatego mogliśmy w spokoju się nią cieszyć. Woda miała tam kolor szmaragdowy, można było posnorkować do woli. Za naszymi plecami rozciągała się dżungla. Nie dałam się przekonać na spróbowanie lokalnych potraw z ulicznych barów, gdyż wyglądały mi na brudne i jedzenie w nich serwowane nie dodawało mi apetytu. Byłam w stanie zjeść jedynie obiady w jednej restauracji, gdzie podawano jedzenie europejskie i gdzie starałam się nie zaglądać do kuchni ani nie patrzeć na ręce kelnerom… Uderzyło nas, że ludzie nie byli zbyt mili dla turystów, jakby byli nimi zmęczeni. W drodze powrotnej do Lumut i później do Ipoh zastała nas silna burza i wiatr, ale na szczęście nie przeszkodziło nam to w powrocie stateczkiem na ląd. I znów znaleźliśmy się w brzydkim Ipoh, znów tylko po to, by przespać noc, a następnego dnia mieliśmy jechać do ostatniego przystanku naszej wycieczki po Malezji, Cameron Highlands.

„nasz” szmaragdowy zakątek

snorking 🙂

rybacy

Luksus z Pangkor Laut

cdn.

90. Selamat Datang! Witamy wśród łowców głów.


Z drewnianego dachu chaty zwisa osmolona, prawdziwa ludzka czaszka. Nie chcę wiedzieć, co stało się z resztą nieszczęśnika. Pod nią pali się ogromne ognisko a kłęby dymu oczyszczają dom ze złych duchów i uciekają przez okrągły otwór w dachu. Przy wejściu wita nas starszy pan z przepaską na biodrach i zaprasza do obejrzenia przytulnego mieszkanka. Jesteśmy w Sarawak Cultural Village, czyli tradycyjnej wiosce-muzeum, w której mieszkają przedstawiciele różnych plemion z regionu Sarawak na Borneo. Można tu zobaczyć w jednym miejscu domy i tradycyjne życie oraz kulturę 7 najważniejszych plemion. Mają tu swoje domy, warsztaty, jest też teatr z dużą sceną, na której odbywają się pokazy tradycyjnego tańca. W restauracji można zjeść lokalne potrawy, jest tam czysto i smacznie. Polecam wszelkiego rodzaju noodles czyli zupy jarzynowe z makaronem.

czaszki ludzkie

Bidayuh

Jedno z plemion w tej wiosce to Bidayuh, czyli łowcy głów. Mieszkają w ogromnych drewniano-słomianych chatach, wszyscy razem. Dzisiaj sprzedają też pamiątki i swoje wyroby.W głębokiej dżungli na Borneo żyją przedstawiciele tego plemienia, ale podobno już nie trudnią się zabijaniem ludzi dla głów.

Plemię Iban jest znane z długich rodzinnych domów budowanych z drewna, zwanych „longhouse” . Ciekawostką jest, że prawie 1/3 populacji Sarawak pochodzi właśnie z plemienia Iban i jej wiekszość wciąż mieszka z rodzinami poza wioską Cultural Village właśnie w tych długich, wspólnych domach. Taki dom jest zbudowany z wielu indywidualnych „pokoi”-mieszkań, które wychodzą na wspólny ganek. Tutaj spotykają się wszyscy mieszkańcy i prowadzą wspólne plemienne życie, np. oglądają telewizję, hehe.

Iban

Plemię Penan to nomadzi, wędrownicy, my mieliśmy przyjemność poznać tylko jednego z nich, bo… reszty nie było :-), pewnie gdzieś sobie powędrowali. Pan miał pięknie przystrzyżone włosy od garnuszka, poczęstował nas fajką, oprowadził po swoim obejściu i sobie…poszedł.

Penan

Pozostałe plemiona z wioski to Orang Ulu, trudniący się między innymi wytwarzaniem świetnej jakości „szabli” i noży, Melanau mieszkający w dużych domach postawionych na wysokich drewnianych słupach. Odrębną grupą etniczną Borneo są Malajowie, w sporej wiekszości muzułmanie mieszkający w bogato zdobionych domach z obowiązkowym przedsionkiem, w którym gość musi odczekać chwilę, by po zdjęciu butów zaproszono go do środka. W Wiosce mieli też swoich „przedstawicieli” Chińczycy, potomkowie przybyszów z Chin na początku XX wieku. Budują oni swoje domy bezpośrednio na ziemi, ściany są malowane, domy mają normalne pokoje, kuchnie i warsztat. W każdym z nich znajduje się także mały ołtarzyk dla bóstw, które ochraniają dom i jego mieszkańców.

Melanau

Melayu (Malajowie)

Wioska jest tak skonstruowana, by każdy z domów miał bezpośredni dostęp do sztucznego jeziora, co symbolizuje nierozerwalną więź mieszkańców Borneo z wodą. Po spacerze udaliśmy się do wioskowego teatru na pokaz przepięknych tradycyjnych tańców i pokazów broni. Przedstawiciele każdego z plemion w strojach ludowych zapraszali także oglądających przedstawienie do wspólnego tańca i zabawy. Było bardzo miło i smacznie 🙂

88. Nocna wycieczka po parku w Bako.


Spacerując z przewodnikiem po dżungli nocą zobaczyliśmy całkiem sporo różnych zwierzątek, których nocny tryb życia nie pozwala nam spotkać ich w ciągu dnia. Niektóre rośliny otwierają kielichy swoich kwiatów właśnie w nocy. Zwierzęta zaczynają polowanie. Niestety gorąc i wysoka wilgotność towarzyszyły nam w takim samym stopniu jak w ciągu dnia, więc znowu wróciliśmy do obozu zupełnie mokrzy i zmęczeni. Oto kilka zdjęć okazów leśnych 🙂

patyczak:))

cdn.

87. Śmieszne małpy z długim nosem i inni mieszkańcy Bako. Borneo.


Przepiękny rezerwat Bako na Borneo oferuje zwiedzającym takie atrakcje jak pogrążona w półmroku głęboka selwa, dzikie małe plaże, egzotyczne gatunki zwierząt i roślin. Na wyspie żyje endemiczny gatunek małp, nosacze (małpy długonose, Proboscis) tym bardziej warty zobaczenia, że obecnie zagrożony wyginięciem. Małpy te żyją w lasach deszczowych, namorzynowych, pobliżu rzek i zbiorników wodnych. Mają charakterystyczne długie nochale, u starszych samców osiągające rozmiary 10 cm, zwisające i śmiesznie kołyszące się w czasie jedzenia. Małpki te udało nam się zobaczyć zaraz po wyjściu z obozu, który znajdował się tuż przy plaży, a tam, wśród drzew, mieszkają nosacze.  Unikają ludzi, nie zbliżają się do oglądających. Polecam zabrać ze sobą lornetkę lub aparat z dużym zoomem, by móc je wygodnie oglądać. Skakały nam wysoko nad głowami, z jednego drzewa na drugie, a jeden samiec nawet zaczął na nas sikać :O hahaha.

rodzinka Proboscis: tata to ten z długim nochalem.

koło obozu w Bako

Wyruszyliśmy jednym z dłuższych szlaków, w kierunku dzikiej plaży zagubionej wśród czarnych skał. Trasa prowadziła najpierw przez dżunglę w wersji light, tzn. otwartą, słoneczną i kolorową. Po kilku kilometrach roślinność zaczęła się zagęszczać, robiło się coraz bardziej ciemno i głośno, aż w końcu znaleźliśmy się sami samiutcy w środku hałasującego lasu. Ten hałas powodowały wszelakie owady, zwłaszcza wielkie brązowe cykady a ja miałam wrażenie być na planie jakiegoś horroru 🙂 Jak się ruszaliśmy, to owady wokół nas cichły, jak się zatrzymywaliśmy w bezruchu, odzywały się na nowo. Dźwięk ich „śpiewu” był naprawdę nieprzyjemny, jakby odgłos piły elektrycznej i drapania widelcem po talerzu naraz… Potem znów wyszliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie po podłożu pełzały małe cienkie wężyki z czerwoną główką. Było straszliwie gorąco. Maszerowaliśmy w bardzo lekkich ubraniach z długimi rękawami i z zakrytymi nogami chroniąc się przed komarami. Pociliśmy się niemiłosiernie, ja byłam po prostu cała mokra, od stóp do głowy, ubrania mogłam później wykręcać. To było bardzo uciążliwe i wróciliśmy do obozu naprawdę zmęczeni. Najgorsze było to, że kiedy nosiliśmy koszulki z krótkimi rękawami i szorty a ciało psikaliśmy repelentami, pociliśmy się dokładnie tak samo…to jedyny minus tej wycieczki. Wilgotność i upał nie do zniesienia.

Mnie szczególnie podobały się liczne rośliny owadożerne rosnące na całej trasie, głównie dzbaneczniki. Nie włożyłam palca do środka, żeby zobaczyć czy raczej poczuć co się stanie, hehe. Pewnie nic, bo nie jestem owadem. Widzieliśmy sznur mrówek, które przenosiły „towary” z jednego mrowiska oddalonego o kilkadziesiąt metrów do drugiego. Niedaleko obozu spotkaliśmy nawet wielkiego gada jaszczura, chyba warana.

Wychodząc wcześnie rano zostawiliśmy obóz „na sucho” a po powrocie prawie cały jego teren był zalany wodą (przypływ) :/ Pod drewnianymi platformami-ścieżkami pojawiły się całe stada krabików i owadów. Na werandzie naszego bungalowa czekały na nas znudzone makaki.

cdn.

86. Witamy w dżungli. Park Narodowy Bako i złodzieje bananów. Borneo.


Kolejne spotkanie z dżunglą, tym razem malajską, na wyspie Borneo. Do Bako można wybrać się  z lokalnym biurem podróży lub samodzielnie, autobusem i póżniej łodzią motorową na wyspę. Pytaliśmy wcześniej w biurze informacji turystycznej w Kuching jak dostać się do Parku Narodowego Bako (Taman Negara Bako), kiedy odjeżdżają autobusy, łodzie etc. Wcześniej (przynajmniej kilka dni) trzeba też w tym samym biurze informacji zarezerwować sobie nocleg, gdyż w Bako ilość miejsc do spania jest ograniczona. Do wyboru mamy domki drewniane o różnym standardzie (lodge, hostel, chalet) ale tak naprawdę to są to po prostu zwykłe kampingi-bungalowy, bardzo proste, skromne, bez żadnych wygód. Dla nas zarezerwowano taki mały 3-osobowy domek, na 3 dni, z łazienką i ubikacją na zewnątrz, z moskitierami w oknach, na szczęście! Gratisem były stada małp makaków, bardzo upierdliwych, które kradną z kampingów co popadnie.

Autobus publiczny nr 1 do Bako odjeżdża ze stacji głównej autobusowej koło meczetu Głównego (straszliwa różowa, wielka budowla w centrum miasta Kuching) i chociaż istnieje oficjalny rozkład jazdy, polecam dzień wcześniej lub tego samego dnia rano podejść i zapytać o której godzinie odjadą najbliższe autobusy do Bako, bo jeżdżą kiedy chcą albo kiedy zapełni się autobus. Podróż trwa ok. 1h, zależy czy autobus to rzęch czy bardzo rzęch. Można też wynająć taksówkę lub minivana i wtedy przejażdżka trwa o połowę krócej.  Autobus dojeżdża do Bako Market, gdzie trzeba kontynuować podróż łodzią motorową do samego parku. Przejażdżka łodzią trwa około 30 minut, łódka zabiera max. 5 osób na pokład, każdy z pasażerów zakłada obowiązkowo kamizelkę ratunkową. Warto zaczekać na innych pasażerów, by skompletować „załogę”, w przeciwnym razie przewoźnik zażąda większej sumy od obecnych np. dwóch osób, by zapłacili za całość, czyli za 5 osób. Innymi słowy płaci się za łódkę, więc im więcej osób (max.5) tym taniej. Przed wypłynięciem należy uiścić opłatę wstępu do Parku Narodowego Bako  (10 RM, ringits, listopad 2011) i zapłacić za nocleg. Wyżywienie teoretycznie pozostaje we własnym zakresie, w Bako oczywiście nie ma sklepów ani barów, ale jest jedna kantyna, gdzie pracownicy parku gotują śniadania, obiady i kolację, wszystko to za osobną opłatą już na miejscu. Stołówka sprzedaje też słodycze, owoce, wodę mineralną etc. ale wszystko to jest drogie. Niestety bez ogromnych ilości wody mineralnej dziennie nie można się obejść, bo temperatura i wilgotność na Borneo są tak wysokie, że człowiek poci się dosłownie cały dzień i noc…

Nasza drewniana chatka stała trochę w głębi lasu, na uboczu, stąd obecność makaków była właściwie całodobowa. Jak nie złaziły na werandę, to siedziały na drzewach wokół domku i obserwowały czy czegoś przypadkiem nie zostawiamy bez opieki na poręczy lub przed wejściem. Chodzą grupami, zawsze z przewodnikiem na czele, który „czyści” teren, co w praktyce znaczy, że pokrzykuje i turyści schodzą na bok, by stadko mogło swobodnie przejść. Makaki są przyzwyczajone do ludzi a miejscowi do nich, nie są groźne, ale kiedy pojawiają się matki z małymi, trzeba uważać i nie zapominać, że to dzikie zwierzaki. Nie należy ich karmić, rzucać jedzenia, bo wtedy pojawiają się wielkimi stadami i naprawdę przeszkadzają, a w dużej grupie mogą być agresywne. Codziennie rano słyszeliśmy ciężkie stąpanie po metalowym dachu naszego domku, skoki, hałas, to stadko schodziło z drzew na zwiady. Raz chcieliśmy wyjść do kantyny na śniadanie i po otwarciu drzwi struchleliśmy, bo na werandzie spokojnie siedziało sobie i machało ogonami chyba z 15 osobników 🙂 Wtedy użyliśmy grubego drewnianego kija pozostawionego przez poprzedników i zaczęliśmy uderzać w ściany i w drzwi, aż sobie poszły. Innym razem ukradły nam banany, które na parę sekund zostawiłam na małym stoliczku przed wejściem. W ten sposób zostaliśmy bez podwieczorku, haha. Złodziej nawet nie pofatygował się, by uciekać ze zdobyczą, tylko siedział sobie spokojnie na poręczy przed wejściem i wcinał banana. Po obozie chodzą też swobodnie wielkie dzikie świnie, często z małymi w stadku, więc też trzeba pozwolić im spokojnie przejść obok i wtedy są niegroźne.

W Bako nie ma wielu komarów, co jest prawdziwym błogosławieństwem, bo w ten sposób pobyt nie jest uciążliwy, maleje ryzyko malarii i jakoś lżej znieść piekielny skwar i całodobowe pocenie się. Nie narzekaliśmy pamietając dobrze naszą wycieczkę do dżungli amazońskiej w Peru i całe chmary komarów widliszków przenoszących malarię, 40 stopni w nocy, ponad 30 bąbli na pupie etc… Ubrania płukaliśmy w zimnej wodzie co parę godzin, by je odświeżyć, ale rezultat był taki, że nie wysychały, hehe, więc tak czy siak byliśmy mokrzy.

W Bako warto zatrzymać się na kilka dni, bo jest co zwiedzać, niesamowita roślinność, rzadkie gatunki zwierząt. Jest tutaj też kilka przepięknych szlaków turystycznych do łazikowania, wodospady, maleńkie plaże. Można po parku poruszać się samodzielnie albo z przewodnikiem (za opłatą oczywiście); w tym pierwszym przypadku tylko i wyłącznie po wyznaczonych szlakach i wcześniej należy wpisać się do książki w recepcji, czas wyjścia na szlak, ile osób, jaki szlak etc. Po powrocie też trzeba się zameldować. Wspomniano nam o zagubionych turystach parę lat temu, którzy poszli sobie bez zameldowania się w recepcji, zgubili się w dżungli na kilka dni, zanim ktoś się zorientował, że wyszli też upłynęło trochę czasu, odnaleźli ich wycieńczonych, bez kropli wody i straszliwie pogryzionych przez insekty… Głupota ludzka nie zna granic. To dżungla, nie park rozrywki.

W następnym poście będzie o śmiesznych małpach długonosych, owadożernych roślinach dzwonkach i dzikich plażach…