32. Pyszne Peru, czyli najlepsze potrawy i napoje z kraju Inków.


Zachwycając się urokami przyrody  i krajobrazami tego regionu Ameryki Południowej nie chcę zapomnieć o smacznej kuchni serwowanej w kraju Inków. Warto wspomnieć o jej różnorodności, oryginalnych składnikach i wyjątkowym smaku. La cocina andina czyli dzisiejsza kuchnia andyjska oferuje oryginalne połączenie tradycyjnych smaków z nowinkami kulinarnymi z zakątków tak odległych, jak np. państwa azjatyckie, czego przykładem są dania łączące tradycyjne gulasze i sosy z bakaliami ze Wschodu. Peruwiańskie wybrzeże o długości 3000km oferuje bogatą gamę ryb i owoców morza.  Dzisiaj, eleganckie restauracje w światowych stolicach serwują dania takie jak ceviche i napoje jak pisco sour, nieodłączne w każdym prawdziwym peruwiańskim menu. Podstawowym składnikiem kuchni Inków kiedyś i dzisiaj był i jest ziemniak, a teraz także biały ryż, podawany do prawie każdego dania jako przystawka. W Peru, miejscu pochodzenia ziemniaka, znajdziemy ponad 100 odmian tego warzywa, co znowu zwiększa możliwości kulinarne:)

Ceviche

Ziemniaki podaje się na wiele sposobów, najbardziej znane i typowe dla regionu dania to ocopa, czyli ziemniak gotowany podawany na zimno  ze słodko- pikantnym sosem z orzeszków ziemnych. Danie to serwuje się  głównie w regionie Arequipy, gdzie nazywa się ocopa arequipeña. Kolejnym przykładem pysznego dania ze zwykłych ziemniaków jest papa a la huancaína, czyli ziemniaki w kremowym sosie serowym lub causa, ziemniaki w pikantnym sosie pomidorowym lub w sosie z owocami morza…mmmmm! W każdej restauracji czy barze w zapyziałej wiosce na końcu świata dostaniemy la papa rellena, czyli pure ziemniaczane z mielonym mięsem, dobrze solone i smażone na oleju. Dla wielbicieli ziemniaka (np. dla mnie) mam jeszcze jedną propozycję nie do odrzucenia: gulasz rybny z ziemniakami czyli chupe.

Ocopa arequipeña

Podczas gdy ziemniak stanowi podstawę wyżywienia, owoce morza  w postaci ceviche są jego stałym, bardziej ekskluzywnym składnikiem. Ceviche to danie  z surowych ryb lub owoców morza marynowanych w sosie z cytryny z cebulą i pikantnymi papryczkami chile. Daniu przypisuje się właściwości afrodyzjakowe. Wersja francuska dania, el tiradito, podawana jest bez cebuli. Należy pamiętać, że to dania z surowych ryb lub owoców morza (lub mieszane) i należy je spożywać tylko w dobrych restauracjach, po upewnieniu się, że składniki są świeże i trzeba unikać przydrożnych barów serwujących ceviche, bo skutki mogą być bardzo nieprzyjemne…

Ryby podawane są na wiele sposobów, najbardziej popularne dania to ryby gotowane w sosie z białego wina z cebulą, pomidorami i czosnkiem (chorrillana) albo pescado al ajillo czyli ryba w czosnku, smażona na grillu. W podobny sposób można zamówić kraba, ostrygi czy małże, także w postaci zup, z dodatkiem ziemniaczanych placków czy a lo macho, co znaczy z sosem z owoców morza. Moim pierwszym posiłkiem w Limie było tacu tacu, które wybrałam z karty zainspirowana zabawną nazwą i okazało się, że to danie złożone z ryżu, smażonej fasolki, kawałka mięsa z grilla, lub sadzonego jajka i krewetek. Wymienione wyżej dania są bardzo popularne na wybrzeżu, a w Limie znajdziesz najlepsze restauracje wyspecjalizowane w daniach z krewetek, krabów i innych owoców morza.

W regionach górskich, gdzie klimat jest bardziej suchy i chłodny niż na płaskowyżu, znajdziemy w karcie dań rozmaite zupy i gulasze, sosy i gorące zapiekanki. Ulubionym daniem gorącym w górach jest chupe de camarones, czyli pikantna, gęsta i pożywna zupa z krewetek a także  sopa a la criolla, czyli pyszna kremowa zupa z wołowiną, drobnym makaronem i warzywami.

Sopa a la criolla

Najbardziej znanymi daniami „drugimi” są np. lomo saltado, czyli kotlet z wołowiny, lamy lub wieprzowiny na grillu z dodatkiem ryżu, warzyw i baaaaardzo pikantnego sosu ají. Mnie bardzo smakował także kurczak w pikantnym sosie z orzechami (ají de gallina) i el picante de pollo, czyli kurczak w pikantnym sosie z kurkumą. Do każdego z tych dań podaje się zwykle biały ryż i sałatkę warzywną. Ważnym w tradycji inkaskiej i peruwiańskiej daniem jest pachamanca, czyli jakby nasze polskie pieczone ziemniaki, przygotowane z mięsem i warzywami, pieczone w kamiennych piekarnikach koło domów lub po prostu w dołach ziemnych, przykrytych darnią. To typowe danie w Cusco i jego regionie, przygotowywane w lecie, w czasie tradycyjnych obchodów święta Inti Raymi (święto Słońca). Niestety nie mogłam go spróbować, bo byłam w Peru  w zimie, ale jeszcze wszystko przede mną:-)  Odważnym polecam spróbować pieczonej świnki morskiej, znanej jako cuy. Mnie nie smakowała, ale znam takich, którzy zamówili to danie więcej razy, hehe.

Pachamanca

W Iquitos można zjeść dania typowe dla regionu Amazonii, np. zupę z małpy, filety z jaszczurki czy bardzo delikatną zupę-żel z żółwia, oraz smażone piranie. Polecam juane czyli danie z ryżu z rybą lub kurczakiem zawiniętym w liście bananowca, proste i smaczne.

Do typowych przekąsek należą przepyszne tamales, małe paczuszki z mielonego mięsa i kukurydzy lub mielonego banana z mięsem i fasolką owinięte w liście z kukurydzy lub bananowca i podawane na zimno lub na gorąco. Są znakomitą zakąską na szybko, dostępną wszędzie. Pysznym rozwiązaniem dla wegetarian jest choclo czyli gotowana solona kukurydza (z ogromnymi ziarnami, boska!!!!) , yuca frita (yuka smażona) lub palta (avocado, aguacate), podawana na surowo, zasmażana lub nadziewana mięsem. Pychota!

Tamales

Dla wielbicieli fastfoodów też się znajdzie coś dobrego, bo w całym kraju, w miastach, na wsiach spotkać można wszędobylskie Mc Donald’sy i lokalne marki barów szybkiej obsługi, gdzie zje się gigantyczne porcje frytek i pieczonych udek z sałatkami i napojami gazowanymi. W razie desperacji, zawsze są pod reką…

Podwieczorki i desery raczej skromne i baaaardzo słodkie, polecam pyszny el suspiro limeño, delikatny słodki krem-bydyń mleczny pokryty cienką warstwą bezy lub bitej śmietany oraz la crema volteada (jakby hiszp. flan). Dla amatorów deserów owocowych jest w ofercie la mazmorrada morada, budyń z gotowanej kukurydzy czerwonej z owocami.

Suspiro limeño

Na koniec dodam, że porcje są ogromne, można śmiało zamówić jedno danie na obiad, a 2 niejadki mogą zamówić jedno danie na pół, hehe.

Oferta napojów jest według mnie mniejsza niż potraw, ale generalnie można dostać wszystko, co znamy z Europy, czyli napoje gazowane zachodnie, napoje gazowane lokalnych marek  jak Inka-cola,  Andin Crystal lub chicha morada, gazowany napój ze sfermentowanej czerwonej kukurydzy. Można kupić soki owocowe i napoje, ale są raczej marnej jakości, ciężko kupić świeży sok nie pochodzący z koncentratu, ponadto dodają do soków konserwanty, koloryzanty, jakieś substancje aromatyzujące i ja osobiście po przeczytaniu składu kilku soków straciłam zupełnie ochotę na ich skonsumowanie, tak więc można zamienić te sztuczne soki na wodę mineralną lub sok wyciskany ze świeżych owoców, byle nie dodano do nich wody z kranu, bo ta nie jest zdatna do picia w żadnym z miast peruwiańskich ani boliwijskich. Trzeba pamiętać, by za każdym razem przypomnieć personelowi w barze, by nie dodawał kranówy do soku, co dla nich jest rzeczą normalną, bo ich woda z kranu im nie szkodzi podobno, a w naszym przypadku skończy się straszliwą biegunką:-)

W górach na porządku dziennym są napary z liści koki, dobre na trawienie, na chorobe górską i poprawiające samopoczucie. Napoje w Boliwii są niestety jeszcze gorszej jakości, prawie nie mogliśmy znaleźć naturalnych soków, wszędzie sprzedaje się taniutkie napoje, w których nie ma ani grama owocu, wszystko sztucznie barwione i aromatyzowane. Tak więc w Boliwii piliśmy głównie wodę mineralną i mate, orzeźwiający napar znany w całej Ameryce. Polecam skosztować piwo Cusqueña (jasne i ciemne do wyboru) w oryginalnych butelkach z inkaskimi motywami. Niezłe są też marki: Cristal, Pilsen Callao, Arequipeña. Wina są kiepskiej jakości, stąd raczej się ich nie pije.

Najbardziej chyba znanym drinkiem jest Pisco Sour, do kupienia w całym kraju a charakterystyczny dla wybrzeża i regionu Pisco, Ica i Nasca. Mogę śmiało napisać, że pisco to narodowy drink Peruwiańczyków. W ostatnich latach zaostrzył się konflikt, bo mieszkańcy Chile też mówią, że pisco to ich napój narodowy i sobie przypisują jego wynalezienie. Pisco to wódka-likier z winogron o delikatnym smaku i zapachu. Drink Pisco Sour jest mieszanką pisco, świeżego soku z cytryny, innego likieru, raczej gorzkiego (według gustu), cukru do smaku i białka z jajka w postaci pianki do dekorowania. Taki drink jest o niebo lepszy i bardziej orzeźwiający od innych znanych napojów. Dla miłośników drinkowania, recepta na prawdziwe Pisco Sour poniżej (od mieszkańca Chiclayo).

Na koniec wspomnę o tradycyjnym i prastarym napoju, którego nie odważyłam sie spróbować- chicha domowa, czyli piwo z kukurydzy, produkowana domowymi sposobami przez przeżuwanie ziaren kukurydzy i następnie wypluwanie takiej masy do zbiornika, w którym następuje fermentacja przez kilka tygodni.

PRZEPIS NA PISCO SOUR:

1 miarka świeżego soku z cytryny

3 miarki likoru pisco

kostki lodu

cukier do smaku

białko ubite na pianę

odrobina gorzkiego likieru według gustu

Zmieszać sok z pisco i dodać cukru według upodobań. Dodać kostki lodu i zmieszać. Udekorować pianą z białka i pokropić likierem gorzkim. Podawać zaraz po przygotowaniu. Na zdrowie!

31. Amazonia, miejsce w którym spotkasz Boga. Część II.


Innym razem wybraliśmy się na wycieczkę po rzece, po bagnach, po obszernych rozlewiskach, po których w porze letniej można przejść suchą stopą, a teraz były zalane wodą, kiedy to podnosi się znacznie poziom Amazonki i jej licznych odnóg. Nasze małe czółna kolebotały się na lewo i prawo, ja trzymałam się kurczowo, by nie wypaść do wody, zwłaszcza kiedy przypominałam sobie raz po raz o bestiach większych i mniejszych pływających pod nami, koło nas, jak  kajmany i węże, których tu było sporo. W jednym z zalewów w zakrętach rzeki widzieliśmy różowe delfiny, charakterystyczne dla tego regionu, które skakały w górę, jakby w przedstawieniu na życzenie. Fantastyczne.

Innym razem pływaliśmy czółnami w poszukiwaniu ogromnych lilli wodnych, Victoria Regia, po zobaczeniu których otwarliśmy gęby z wrażenia, bo rośliny te są ogromne, ich talerze osiągają średnice nawet 2m i miałam wrażenie, że można by po nich spacerować. Co jakiś czas napotykaliśmy nad naszymi głowami leniwce przyczepione do gałęzi, schowane między liśćmi, ale nie na tyle dobrze ukryte, by umknąć wprawnemu oku indiańskiego przewodnika. Kilka razy udało się znaleźć krzyczące małpy capuchinos, które odważnie zwisały z gałęzi nie przejmując się nami, intruzami. Posuwaliśmy się naprzód powoli, wiosłując rytmicznie, uważnie, by nie zahaczyć o gałęzie czy pnie pod wodą, a ja przy okazji zbierałam przeróżne nasiona unoszone na powierzchni rozlewiska. I przez cały czas słuchaliśmy odgłosów selwy, nieznanych, ciekawych, zabawnych, jak np. ptaków budujących gniazda zwisające z gałęzi jak worki, które wydawały z siebie przedziwne dźwięki jakby futurystyczne, jakby dźwięki jakichś maszyn… Kiedy nadchodził wieczór a potem noc, zmieniały się dźwięki, ale nie ustawały, jedne istoty szły spać, inne się budziły, ruszały na poszukiwanie pokarmu, przeczesując bezszelestnie otaczający nas całkowity i bezlitosny mrok. Marzeniem każdego gringo odwiedzającego te tereny jest zobaczyć jaguara, ale nawet niektórym przewodnikom mieszkającym tu od lat nigdy nie udało się zobaczyć jaguara na wolności. Jako płochliwe zwierzę nie zapuszcza się w rejony naznaczone ludzką stopą i zapachem, a w głębszych warstwach lasu jest po prostu niewidoczny wśród zielonego gąszczu, w dzień zazwyczaj odpoczywa gdzieś w konarach drzew, poluje w nocy, porusza się nie wydając żadnego dźwięku i tak naprawdę jeśli ktoś mówi, że po kilku dniach pobytu w dżungli widział jaguara na wolności, to po prostu kłamie, albo mu się tylko zdawało, bo jest to niezwykle trudne.

W czasie pobytu mieliśmy okazję poznać jedno z „dzikich”plemion, które miało swoje obozowisko niedaleko naszego, nad brzegiem rzeki. Nie do końca ufam, że żyją tak, jak chcieli, żeby to wyglądało, bo mieszkają zbyt blisko Iquitos, dokąd na pewno co jakiś czas się wybierają (tak sądzę). Nie mniej jednak widzieliśmy ich chaty w lesie, ich samych, półnagich, biegających z przepaskami na biodrach, z równo przyciętymi włosami i opaskami na głowie, z ozdobami w nosach, uszach, z pomalowanymi twarzami i długie rurki do wypluwania z zawrotną prędkością strzałek z kurarą. Przewodnik rozmawiał z nimi w ich języku, oni chcieli od nas jakieś zachodnie „gadżety”, więc oddaliśmy im kilka naszych drobiazgów w zamian za ich wyroby typu branzoletki, naszyjniki. Jedna z golusieńkich kobiet chciała moją bluzkę, ale nie dałam się skusić, co ją bardzo zdziwiło, bo przecież ona nie wstydziła się pokazać cycków…Oddałam za to moją kurtkę nieprzemakalną, za co ona podarowała mi torebkę z jakiegoś olbrzymiego nasiona, chyba kokosu. Piękna, ozdobna, z koralikami i wyrzeźbionymi rysunkami. Dobry interes!

W tej wiosce mieli kilka oswojonych małpek capuchinos które dawały się karmić, dotknąć, potrafiły nawet kilka prostych sztuczek. Jedna z tych małpek, Luigi, podczas mojej zabawy z nią wspięła mi się na głowę, owinęła swój ogon wokół mojej szyi, zaczęła palcować moją twarz i kiedy właściciele zorientowali się, zaczęli wołać na Luigiego, by mnie zostawił w spokoju, ale ten nie reagował. Przykleił te swoje małe ciepłe łapki do mojej twarzy i nawet szarpanie nie pomogło, nie dało się go ściągnąć. Ja nie wiedziałam co robić z małpą na głowie, bo przecież trudno przewidzieć co takie zwierzę zrobi, więc stałam nieruchomo, ale bardzo chciało mi się śmiać i w końcu nie wytrzymałam, wybuchnęłam śmiechem, na co zdezorientowany Luigi zareagował gwałtownymi ruchami. Po wielu próbach udało się go wreszcie zwabić na ziemię za pomocą świeżutkiego banana. Ja zaś wycierałam twarz po jego ciepłych i ubłoconych łapkach. Ach, ci mężczyźni…

Wracając do Iquitos wstąpiliśmy po drodze do małego prywatnego zoo, gdzie mogliśmy zobaczyć, dotknąć zwierzęta, których nie da się tak łatwo zobaczyć na wolności. Były tam kapibary, węże, leniwce, małpy, żółwie i był tam też mały jaguar. Mnie osobiście najbardziej spodobały się 2 leniwce, zakochana parka Juan i Maria, tak powolne, że ciężko było zauważyć u nich jakieś oznaki życia. Były oswojone i dlatego nie bałam się wziąć Marii na ręce. Jej sierść była dziwna, gęsta, trochę jakby igły, trochę jakby włosy, długa i koloru szarego. Miała śliczne brązowe oczka.

Samiczka leniwca, Maria

Maria i Juan

Pobyt w lesie amazońskim jest drugim obok wizyty w Machu Pichu i królewskim Cusco najważniejszym elementem mojej wyprawy do Peru i Boliwii. Jest to moment niezapomniany, niezwykły, zupełnie nowy i ciekawy. Tutaj piękne i nowe jest wszystko co widać, co nas otacza, ciekawe wszystko, co wydaje dźwięki i zapachy. Całe jestestwo tętni życiem, życie jest wszędzie, w powietrzu, w wodzie, w ziemi i na jej powierzchni, w roślinach i na roślinach, pod naszymi stopami i na naszej skórze. Wszędzie życie, tysiące znanych i nieznanych gatunków w zasięgu ręki, wzroku, lornetki, aparatu fotograficznego. W Amazonii nie trzeba szukać obiektu, nie trzeba iść szlakiem, wspinać się, czy przeczesywać teren w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Wystarczy usiąść na chwilę, znieruchomieć, obserwować i oddać kontrolę naszym zmysłom, by rozkoszować się różnorodnością tej boskiej przyrody. Nie ma nigdzie indziej takiej zieleni, takiego brązu i intensywnej czerwieni kwiatów, takiego gęstego powietrza jak w lesie deszczowym, takiego miejsca, gdzie budzi cię i kołysze do snu szelest liści, śpiew futurystycznych ptaków, skrzeczenie małp w nocy i w tym samym czasie ogarnia doskonała czerń nocy. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takich intensywnych uczuć; pobyt w Machu Picchu to przede wszystkim ogromna radość, spełnienie wieloletnich marzeń, to inne intensywne i cudowne uczucia, a tutaj, w sercu selwy te uczucia zmieniły się na wewnętrze wyciszenie, uspokojenie, respekt przed wszystkim co wokół, bo gdzie jak nie tutaj właśnie jest raj?? Amazonia to dla mnie miejsce, skąd najbliżej do Boga. Minęło już trochę czasu od powrotu z Peru a ja niezmiennie mam wrażenie, jakbym jeszcze wczoraj przeczesywała dżunglę w poszukiwaniu nasion z farbą czy tarantuli. Nagrane dźwięki futurystycznych ptaków przypominają mi, że gdzieś tam, daleko, na drugiej półkuli znajduje się ten mój raj, ta dżungla, która mnie wzywa i nie pozwala o sobie zapomnieć. Nasionko zasiało się, już rośnie i będzie rosło i rosło…

Z dżungli wróciliśmy łódką do Iquitos, a stamtąd samolotem do Limy i następnego dnia lecieliśmy już do domu. Tym razem podróż trwała krótko, bo prawie cały czas spaliśmy, odpoczywaliśmy, wspominaliśmy cudownie przeżyte momenty, ale także przeżywaliśmy jeszcze raz te trudniejsze, wyczerpujące i smutne. Po drodze zatrzymaliśmy się w Bogocie na kilka godzin w ramach przesiadki, nieoczekiwanej zresztą. W ciągu 2h na lotnisku sprawdzono nam 6 razy cały podręczny bagaż, policyjne psy obwąchały nas wzdłuż i wszerz, co kilkanaście metrów sprawdzano paszporty…szok. Po tym wszystkim dalej nie rozumiem, jak niektórzy są w stanie wywozić kilogramy kokainy z Kolumbii.

Po 45 dniach podróży po Peru i Boliwii wracaliśmy do Hiszpanii, zostawiając za nami magiczne krajobrazy, niezwykłą przyrodę i nowo poznanych ludzi i wracając z kieszeniami pełnymi przygód i pamiątek. Został mi jeszcze kawał świata do obejrzenia, ale jedno wiem na pewno: do Ameryki Południowej pojadę jeszcze nieraz, w czym pomoże mi ta andrzejkowa wróżba 2009: czy coś Wam przypomina?? 🙂

30. Amazonia, miejsce w którym spotkasz Boga. Część I.


Do peruwiańskiej części selwy amazońskiej można dotrzeć np. przez dostanie się najpierw do jednego z 3 głównych miast, znajdujących się na terenie lasu deszczowego. Na południu kraju to Puerto Maldonado, do którego można dotrzeć drogą lądową i słynie z tego, że oferuje turystom najbardziej dziewicze miejsca peruwiańskiej selwy  oraz znakomite warunki hotelowe. W okolicy można zwiedzić fantastyczny park narodowy-rezerwat Manu (niedaleko także od Cusco) i rezerwat Tambopata. Drugim miastem, położonym w centralnej części selwy peruwiańskiej jest Pucallpa, stolica departamentu Ucayali, do której można dojechać normalną drogą asfaltowaną. Jest to jedyne miasto w regionie Amazonii połączone z Limą drogą asfaltową. Trzecim miastem jest oczywiście Iquitos, w północnym regionie Amazonii.

Następnego dnia rano wyruszyliśmy w drogę, odpływając motorówką z małego portu w mieście. W skład naszej grupki wchodziło 6 osób, w tym 3 zabawne Rosjanki mieszkające w Dubaju…O dziwo jakoś się dogadywałyśmy, rozmawiając każda w swoim własnym języku. Po około godzinie czasu dopłynęliśmy do miejsca, w którym zmienia się kolor rzeki, z jasno brązowego na zielonkawo-niebieski, tzn. z Amazonki wpłynęliśmy w jej odgałęzienie, które na początku było rzeką, coraz węższą i spokojniejszą i szybko zamieniło się w stojącą rzeczkę pokrytą całkowicie roślinnością w postaci kwiatów, nenufarów, maleńkich krzaczków mimozy. Po powierzchni tego zielonego dywanu chodziły swobodnie ptaki, wydziobując owady. Co jakiś czas można było zobaczyć także małe żabki, węże prześlizgujące się między kwiatami, kolorowe owady jak barwne motyle, duże czarne żuki, zielone pasikoniki z czerwono-żółtą główką oraz maleńkie kajmany, które wcale nie bały się podpływać w pobliże czółen a inne spały lub po prostu tkwiły nieruchomo między trzcinami. Duże kajmany nie podpływają tam, gdzie znajdują się ludzie, polują zazwyczaj wieczorem, w nocy, a w dzień chowają się w gąszczu roślinności. Nasi przewodnicy kilka razy łapali małe kajmany, wyciągali je z wody własnymi rękami. Na szczęście żadna z krokodylich mam nie zdenerwowała się, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z rozwścieczoną bestią o długości kilku metrów… Miejscowi mają swoje sposoby ujarzmiania i współżycia z dziką przyrodą dżungli, np. te malutkie kajmany potrafią wyciągnąć szybko i sprawnie, najłatwiej w nocy, kiedy wyszukują ich za pomocą latarek, którymi oślepiają zwierzę, przec co przez moment traci ono orientację i jest łatwym łupem. Podczas jednej z wypraw czółnem wgłąb lasu, miałam w ręce takiego zwierzaczka, i chociaż mały, robi wrażenie:-)

Zmiana koloru wody.

Rzeka prowadząca do obozu.

Kajman w zaroślach.

Nasze obozowisko znajdowało się na brzegu tej zarośniętej rzeki, obok zacumowane indiańskie czółna a wokoło najprawdziwsza dzika dżungla. Pierwsze co zauważyłam to ciągły hałas z każdej strony, odgłosy ptaków, owadów, śpiewanie, brzęczenie, bzyczenie, pluskanie, wszędzie wokół, nad nami, za nami… Ulokowano nas w chatach, które zbudowano na drewnianych platformach, by nie podmakały. Były one połączone drewnianym mostem, także chodząc od jednej do drugiej nie dotykaliśmy ziemi.  Taki prosty system połączeń miał za zadanie ochrony przed wężami i żmijami oraz niektórymi jadowitymi owadami, które kąsały zdrowo, jak się je niechcący nadepnęło. Zamiast okien moskitiery, rozwieszone także pod sufitem, który był tylko kupą suchej trzciny i pod nią, nad naszymi głowami, latały ptaki, owady a po powierzchni moskitiery biegały pająki, ćmy, gigantyczne mrówki i przeciskały się, na szczęście bez skutku, wszelkiej maści komary i gryzące bąki. Komary przenoszące zarodźce malarii to widliszki i miejscowi rozpoznają je po jasnożółtych odwłokach i nóżkach. W chacie mieliśmy zasłonięty kąt, który służył za łazienkę i ubikację. Można było się „wykąpać”, korzystając ze skromnego zapasu wody zgromadzonej w zawieszonym na znacznej wysokości (by wytworzyć spadek wody) blaszanym zbiorniku z wodą pobieraną z rzeki, która miała kolor jasnobrązowy. Kuchnia obozowa bardzo smaczna, gotowali sami przewodnicy, był tam jakiś „szef kuchni”, który pewnie tylko sprawdzał, czy pozostali umyli ręce. Jedzenie serwowane to przede wszystkich dania z ryżu, świeże warzywa, sałatki, smażona yuka i smażone banany, czasem jakieś udka z kurczaka i domowej roboty lemoniady. Na deser soczyste owoce, najczęściej arbuzy i melony. W obozie mieszkały udomowione zwierzęta jak kolorowe papugi, ocelot Pedro Bello czyli Piotr Piękny i jakiś trudno uchwytny jaszczur.

Mały ocelotek

Nasz rozkład zajęć obfitował w dzienne i nocne wycieczki z przewodnikiem wgłąb lasu, wycieczki piesze i rzeką, wycieczki botaniczne i w poszukiwaniu dzikich zwierząt. W pierwszą noc wybraliśmy się na poszukiwanie tarantuli, które żyją na pniach palmy, chowają się między uschnięte podstawy liści i ciężko je znaleźć, ale widzieliśmy 2 okazy po kilku godzinach łażenia. Są płochliwe, ogromne i włochate. Podeszłam z latarką na jakieś 1.5m i zastygłam w bezruchu, żeby nie uciekły. W nocy jest tak ciemno, że nie widać dosłownie nic, nawet własnej ręki nie można zobaczyć, panuje wokół absolutna ciemność. Często zderzały się z nami jakieś olbrzymie owady latające, jednego takiego robala–cykadę wielkości pokrowca na okulary zobaczyliśmy na pniu obok kuchni w obozie. Był po prostu ogromny, brązowy, jego pancerz połyskiwał w świetle latarki i wydobywał z siebie niskie dźwięki jak szelest, chyba pocierając odnóżami jak to robią pasikoniki. Odrażające dla mnie, bo nie znoszę robactwa. W obozie oczywiście nie ma światła elektrycznego, tylko lampy naftowe i nasze latarki oświetlały nam drogę do jadalni, między chatami i w chatce. W głębi lasu w ciągu dnia także jest ciemno ze względu na bardzo gęstą roślinność. Przez cały czas pobytu w lesie musieliśmy oganiać się od chmary komarów, która atakowała nas zawsze jak tylko wyszliśmy z chatki z moskitierą. Zużyliśmy prawie cały zapas silnego repelentu Relec extra do warunków ekstremalnych 😉 ale niewiele to skutkowało, bo na te komarzyska repelent specjalnie nie działał. Jeśli dodam, że przez cały czas byliśmy spoceni, pokryci warstwą repelentu, kremu i otoczeni mgłą 95% wilgotności, zakryci szczelnie od stóp do głów, to łatwo wyobrazić sobie jak wyglądaliśmy. Wysokie gumowce od organizatora wycieczki dodawały nam uroku i odparzeń, ale bez nich spacer po mokrym, błotnistym podłożu byłby męką.

Całkowicie zakryta, uciekam przed chmarą komarów…Nie udało się, miałam ok. 30 bąbli.

W ciągu kolejnych dni wybraliśmy się z przewodnikiem na poszukiwanie roślin leczniczych, których wynalazł on całą masę, ale większości nazw nawet nie umiem powtórzyć. Wymienię tylko znaną roślinę halucynogenną ayahuasca, wykorzystywaną przez szamanów w czasie magicznych obrzędów oraz bardzo długie i giętkie tykwy, liany, które przecięte maczetą zawierały czystą pitną wodę, którą spróbowałam z przyjemnością. Ciekawa roślina rosła tuż obok obozu, miała owoce już dojrzałe, mięsiste i włochate, wielkości orzecha włoskiego. Po otworzeniu łupiny ukazały się nasionka, miękkie, które po potarciu palcem wydzielały niesamowicie intensywny czerwony kolor o konsystencji farby. Super! Nasz przewodnik w pewnym momencie zerwał coś, otworzył jednym uderzeniem pięści i wyciągnął dużego białego robala, po czym zapytał, czy mamy ochotę na tutejszą zakąskę o smaku kokosowym…Odmówiłam bez wahania, ale moja połówka pomarańczy chyba zgłodniał, bo zaproponował przewodnikowi, że jeśli przewodnik zje, to on też, no i zjadł chłopak jednego, po czym stwierdził, że naprawdę ma smak kokosowego ciastka…

Pyszny robak.

Na wycieczce botanicznej.

cdn.

29. Miasto w sercu dżungli. Iquitos.


Ostatnim etapem mojej podróży po Peru i Boliwii była wycieczka do dżungli amazońskiej. Do Iquitos dolecieliśmy samolotem z Limy tych samych linii lotniczych, których samolot rozbił się 2 tygodnie wcześniej w czasie lotu nad lasem deszczowym z powodu silnych turbulencji. Wszyscy pasażerowie zginęli. Naszym samolotem też rzucało w górę i w dół, ale to podobno normalne w tej strefie klimatycznej. Nie obyło się jednak bez krzyków niektórych przestraszonych pasażerów, co jeszcze wzmagało żarliwość moich modłów:-) Podróż samolotem to właściwie jedyna rozsądna możliwość dostania się do Iquitos, które jest kilkusettysięcznym miastem (430.000) położonym w sercu selwy amazońskiej, co widać zresztą świetnie na mapie Peru. Drugim sposobem na dotarcie do Iquitos jest rejs z miejscowymi handlarzami  rzeką, co trwa od kilku dni do 2 tyg.czasu i jest to raczej skomplikowane, gdyż nie ma jednej trajektorii i czas podróży rzeką zależy od jej poziomu w danym okresie. Już w czasie lotu widać było piękny zielony dywan drzew poprzecinany wijącą się w dole Amazonką. To był niezwykły widok, nasze pierwsze niesamowite wrażenie, że oto pod nami królowa rzek a my za chwilę wylądujemy w miejscu z którego już tylko rzut kamieniem do serca dżungli.

Miasto Iquitos jest duże, hałaśliwe, ciekawe. Jest największym miastem na świecie, do którego nie można dotrzeć drogą lądową. Nie ma żadnej drogi łączącej Iquitos z resztą kraju. Miasto zostało założone przez jezuickich misjonarzy ok. 1750, którzy wybrali się w tamte regiony by nawracać „dzikich”, co jednak na szczęście się nie udawało i teraz możemy poznać ostatnie już plemiona, w większości tylko półdzikie. Pod koniec XIX-go wieku mała mieścina w sercu dżungli zamieniła się w rozwijającą się pełną parą metropolię za sprawą gwałtownego boomu kauczukowego i szybko europejscy magnaci zbili milionowe fortuny na handlu tym cennym surowcem. Muszę tu wspomnieć, że wiele z tych ogromnych fortun wyrosło z krwi i niewolniczej pracy rdzennych mieszkańców, wykorzystywanych jako niewolnicy. Na szczęście niedługo po tym boomie okazało się, że drzewa kauczukowe można z powodzeniem hodować  na plantacjach i jest to dużo wydajniejsze niż szukanie w selwie pojedynczych osobników, tak więc szybko biali najeźdźcy opuścili tereny dzisiejszego Iquitos pozostawiając po sobie kolonialne zabudowania, piękne wille, hotele i jedną z największych atrakcji miasta- Żelazny Dom (Casa de Hierro) zaprojektowany przez Eiffla, skonstruowany w Paryżu i w częściach przewieziony do Iquitos. Wraz z końcem gorączki kauczukowej miasto opustoszało, jednak odżyło już w latach 60-tych XX-go wieku za sprawą boomu „ropnego” i do dzisiaj jest dobrze prosperującą metropolią.

Mieszkańcy mają wyraźnie inny wygląd niż reszta Peruwiańczyków, ich rysy twarzy są mniej indiańskie i skóra trochę jaśniejsza niż w przypadku np. mieszkańców Cusco. Kto oglądał filmy przyrodnicze np. państwa Halików o mieszkańcach dzikich zakątków Ameryki Południowej, o dzikich plemionach amazońskich, ten przypomni sobie widziane w nich twarze patrząc właśnie na mieszkanców tego regionu. Głównym środkiem transportu w mieście są motory i motowózki (mototaxi), nie wiem jak nazwać dokładnie taki pojazd, zudowany z motoru i doczepioną budą w miejscu tylnego koła, do przewożenia 1-2 osób. Takie motowózki służą jako taksówki i są bardzo tanie, szybkie, ale strasznie hałasują. Po ulicach przez cały czas gnają tam i z powrotem tubylcy przewożący innych tubylców i turystów. W lutym w Iquitos jest pora deszczowa, tamtejsza zima (temp. średnia w lutym 21-30 stopniC) , więc nie ma tych najgorszych upałów jak w lecie, ale jest baaaardzo duszno, parno i wilgotność powietrza sięga 90%. Zlało nas kilkakrotnie i ubrania pomimo ciepła właściwie nie suszyły się, tak więc przez te kilka dni chodziliśmy w wilgotnych i lepkich ciuchach. Według zaleceń lekarza na 1 dzień przed przylotem do Iquitos zaczęliśmy zażywać tabletki p/malarii, które spożywaliśmy codziennie w czasie pobytu w selwie i jeszcze tydzień czasu po wyjeździe, na wszelki wypadek, gdybyśmy złapali bakcyla. W mieście nie ma komarów, ludzie oczywiście znają malarię, wielu z mieszkańców chorowało na nią, ale nie przejmują się nią zbytnio, a środki ostrożności w postaci repelentów i peleryn zakrywających ciało używają dopiero gdy przemieszczają się w miejsca mniej cywilizowane. Turyści mogą przebierać wśród licznych hoteli wszystkich kategorii, restauracji serwujących dania od wszędobylskich w Peru fastfoodów i chickenfoodów po egzotyczne dania kuchni miejscowej, licznych sklepów i marketów, banków, cyberkafejek. W jednej z miejscowych jadłodajni mieliśmy okazję spróbować zupę z żółwia błotnego i fileciki z jaszczurki (niestety nazwy gatunku nie pamiętam:) Wieczorami można spokojnie spacerować po centrum, jest bezpiecznie, miasto raczej szybko pustoszeje i nie stresowaliśmy się (jak w Limie) podczas nocnego zwiedzania miejskiej promenady, kolorowych zaułków czy wąskich uliczek między zabudowaniami. Iquitos to jedno z najbezpieczniejszych i najsympatyczniejszych miast w Peru, jego mieszkańcy żyją z turystyki i dlatego sami dbają o to, by przyjezdni czuli się w mieście bezpiecznie.

W centrum miasta znajduje się znana restauracja Yellow Rose of Texas (Putumayo 180), ozdobiona licznymi trofeami z dżungli ale także z „Dzikiego Zachodu”. Można w niej zjeść dobrze, chociaż drożej niż w innych barach. Kiedy szef dowiedział się, że jestem Polką, od razu zaczął się chwalić, że co roku jego restaurację odwiedza „znany i szalony polski podróżnik”, jak sie wyraził :-), który co roku przyjeżdża do Iquitos by badać selwę i jej tajemnicę, po mieście chodzi boso, a nazywa sie Wojtek Cejrowski.

W Yellow Rose of Texas.

W mieście można przebierać w licznych ofertach wycieczek długich i krótkich do obozów w głębi selwy i my też wykupiliśmy taką kilkudniową podróż do dżungli. Zew przygody pruł nasze tętnice 😉  Następnego dnia rano wypłynęliśmy na spotkanie oko w oko z dziką przyrodą Amazonii.

cdn.

26. Puno i jezioro Titicaca.


Podróż nocnym autobusem do Puno, największego peruwiańskiego miasta na południu kraju, nie obeszła się bez przygód, jak na komunikację peruwiańską przystało. Wykupiliśmy miejsca leżące na dolnym pokładzie autobusu szybkich linii w nadziei, że obejdzie się bez przygód typu: autobus zatrzymuje się w szczerym polu w środku nocy i wchodzą jacyś nowi pasażerowie. Niestety weszli jacyś nowi i spokojnie siedli sobie między górnym i dolnym pokładem, nie płacąc pewnie za bilet. Widzieliśmy w TV dosyć sporo wiadomości o napadach na autobusy, o kradzieżach bagaży itp. i stąd zawsze wybieraliśmy linie autobusowe znane z obsługi turystów, oferujące standardy europejskie, ceny niestety też europejskie, zupełnie niemożliwe do zapłacenia dla przeciętnego Peruwiańczyka. Przed wejściem do autobusu takich linii sprawdzano nam dokładnie dokumenty, spisując dane osobowe, robiono zdjęcie twarzy i opisywano dokładnie bagaż, zupełnie jak w jakimś filmie akcji. Niestety czasami zdarzało się, że w czasie takiej 6-8 godzinnej podróży autobus zatrzymywał się gdzieś i zabierał jakieś osoby z tobołami.

Dojechaliśmy szczęśliwie do Puno o świcie i znaleźliśmy na szybko jakiś hotel. Miasto dosyć duże, z kolorowym i ładnym ryneczkiem (Plaza de Armas, jak zwykle) i mnóstwem sklepów, targowiskiem, restauracjami itp. Typowo turystyczna miejscowość. Świeciło pięknie słońce, było dosyć ciepło. Zaczęliśmy szukać ofert wycieczek na wyspy jeziora Titicaca, jedyną właściwie atrakcję turystyczną w tej części kraju. Jedyną, ale jaką!! Nie ma chyba nikogo, kto będąc przy zdrowych zmysłach i zwiedzając Peru podarowałby sobie wizytę w Puno leżącym nad magicznym jeziorem Titicaca. Tak więc wykupiliśmy weekendową wycieczkę po wyspach: Uros, Amantani i Taquile.

Wyspy Uros są tak dziwne i niesamowite, że aż trudno je sobie wyobrazić nie widząc zdjęcia. Są to sztuczne wyspy, tzn. utworzone przez człowieka, tylko i wyłącznie z lokalnej trzciny (totora), rosnacej przy brzegach jeziora. Mieszkańcy od wieków zaplatają „wyspę”, mniej więcej co roku zmieniając lub dodając nowe „pokłady”, warstwy trzciny totora. Taka wyspa jest ruchoma, można ją przeciągnąć na drugi brzeg jeziora w razie potrzeby. Na wyspach plemię Uros wyplata swoje domy, łodzie. Żywią się tym, co wyhodują na wyspie (widziałam grządki z ziemią przywiezioną z lądu), rybami i samą trzciną. Totora jest jadalna i bardzo słodka i soczysta. Dostaliśmy na powitanie świeże łodygi do żucia i żuliśmy razem z Uros. Mieszkańcy kontaktują się regularnie z miastem Puno, innymi wyspami na Titicaca za pomocą łodzi, również wyplatanych z trzciny. Niektóre z tych łodzi to prawdziwe dzieła sztuki.

SDC10388

SDC10389

Kobiety Uros wykonują na wyspie, oprócz typowych domowych prac, pracę rękodzielniczą, wytwarzając pamiątki dla turystów. Mówią swoim własnym dialektem, mieszanką keczua i aymara. Legenda o Uros głosi, że nie byli i do dzisiaj nie są szczególnie lubiani wśród innych plemion lokalnych ze względu na swoje lenistwo i niechęć do utrzymywania higieny osobistej, stąd też mieszkańcy lądu cieszyli się, że Uros żyli odosobnieni na wyspie, bo przynajmniej pcheł nie roznosili. Nas na szczęście nic nie pogryzło, za to pływaliśmy po jeziorze jedną z tych pięknych łodzi i po południu popłynęliśmy na kolejną wyspę: Amantani.

Amantani to naturalna, duża wyspa na jeziorze Titicaca. Ma niewielkie górki, bujną zieloną roślinność, oryginalnych mieszkanców i fantastyczne widoki. Tutaj nocowaliśmy, w domu jednej z rodzin, które przyjmują turystów. Jest to dla odwiedzających tę wyspę niesamowita atrakcja, bo czekają na nich ciekawe rzeczy:) Mieszkańcy Amantani podzieleni są na klany, które ubierają się według swoich własnych zwyczajów, ale jedno mają wspólne: ogólny wygląd stroju dla kobiet i mężczyzn jest taki sam, zmieniają się tylko kolory strojów. Cechą wspólną tych ludzi jest też ich ciemniejsza od innych mieszkańców Peru skóra, bardzo niski wzrost, zwłaszcza kobiet, charakterystyczne rysy twarzy. Są oni wszyscy do siebie bardzo podobni. Kobiety noszą szerokie spódnice do kolan, składające się z wielu warstw cienkiej, kolorowej wełny, białe haftowane koszule i czarne chustki na głowach.

SDC10401

Jedna z tych „mam” była naszą przyszłą gospodynią i gościła nas w swoim malutkim domku. Gotowała nam i opowiadała ze swoim mężem o zwyczajach mieszkańców wyspy. Nazywała się Isabel. Isabel i jej rodzina mieszkają w małym domku ulepionym z glinianych bloków z ogródkiem, działką, gankiem i górnym piętrem dla gości. Ubikacja jest na dworze przed domem. Wody bierzącej nie ma, myliśmy ręce i zęby przed domem używając wody mienralnej. Trochę hardkorowo, ale za to czuliśmy się naprawdę na łonie natury;)

Kuchnia w domu Isabel to centrum życia rodzinnego. Stół i krzesła zarezerwowane dla gości, rodzina jadła albo na podłodze, albo gdzieś po kątach. Mąż Isabel jadł pierwszy, potem ona.  Dzieci jedzą w kolejności, tzn. z tego samego plastikowego wiadereczka najpierw je najstarsze dziecko, a potem te młodsze, a mama dolewa, by nikomu nie zabrakło. Nam „podawano do stołu” w normalnych (dzięki Bogu) talerzach i mieliśmy nawet sztućce. Jedzenie typowe dla regionu, typowym tutaj daniem jest pożywna i smaczna zupa z quinoa (rodzaj kaszy) i gorący napar z pobudzających ziół.

SDC10413

Nasz pokoik był tak malutki, że jak się wyprostowałam, to prawie dotykałam głową sufitu, ale dla Isabel i jej sympatycznej rodzinki to był duży dom. Tego samego wieczoru czekała na nas niespodzianka w postaci  imprezy zorganizowanej dla gości. Ale obowiązkowym warunkiem uczestniczenia w tej zabawie było przebranie się w stroje miejscowych, tzn. ja miałam założyć strój świąteczny Isabel a mój towarzysz  musiał ubrać ponczo jej męża. Nikogo nie zdziwię pisząc, że te stroje były na nas za małe, ale ubraliśmy je z wielką chęcią. Było tego wieczoru bardzo zimno, więc ja pod strojem Isabel nosiłam 2 pary spodni,  szalik, czapkę i rękawiczki.

SDC10414

Isabel ubiera mnie w swoje rzeczy.

Zabawa składała się z wieczorku zapoznawczego ;))) i prawdziwej indiańskiej potańcówy. Przygrywała nam kapela indiańska i muszę przyznać, że po prawie miesiącu pobytu w Peru, dopiero na Amantani usłyszałam moją ukochaną muzykę Indian peruwiańskich, ognistą, wesołą, pełną radości i wigoru. Tańczyliśmy z mieszkańcami Amantani, ja wirowałam w tańcu z gospodarzem, a mój narzeczony onieśmielał biedną Isabel, która sięgała mu do pasa…

SDC10416

SDC10417

Z Isabel

SDC10420

Z mężem Isabel.

Nastepnego dnia zwiedziliśmy wyspę, ciesząc oczy pieknymi widokami przyrody i popłynęliśmy na kolejną, ostatnią zaplanowaną w wycieczce wyspę, Taquile. To była krótka wizyta, ale zdążyliśmy obejrzeć miejscowe muzeum, poznać wyroby rękodzielnicze mieszkańców i zjeść pyszną truczę, czyli świeżutką rybkę, podobną do pstrąga, z jeziora Titicaca.

SDC10425

Taquile i jej fantastyczne widoki na jezioro Titicaca.

Pod koniec dnia znów byliśmy w Puno, szykując się do podróży do innego świata…Za miedzą czekała na nas Boliwia.

cdn.

25. Wracamy do Cusco. El Valle Sagrado-Świeta Dolina Inków i jej zabytki.


Po powrocie z Machu Picchu do Cusco wykupiliśmy turystyczne bilety na zwiedzanie zabytków w mieście i jego okolicach (Boleto turistico), a dokładnie w Świętej Dolinie Inków, El Valle Sagrado. Jest do malownicza dolina, gdzie można obejrzeć ruiny inkaskich budowli mieszkalnych, świątyń, laboratoriów , fortecę i mury obronne przebiegające kiedyś wokół Cusco. I tak zaczęliśmy zwiedzanie od monumentu Pachacuteca, najważniejszego władcy inkaskiego, który rozbudował i wzmocnił swoje królestwo, które za jego czasów stało się prawdziwą potęgą na kontynencie i obejmowało swoim zasięgiem rejony dzisiejszego Ekwadoru, Kolumbii, Chile i Brazylii. Pachacutec zbudował tysiące km dróg górskich, schodów, szlaków którymi przekazywali sobie informacje indiańscy posłańcy, chaskis, którzy biegnąc od jednego posterunku do drugiego zostawiali kolejnemu posłańcowi wiadomości mówione i zapisane w postaci węzełków kipu. Inkowie nie znali pisma, nie używali zapraw murarskich ani koła, prochu. Dziś pomnik króla znajduje się w samym centrum miasta i połyskuje na złoto. W ciągu dnia zobaczyłam potężną fortecę w Dolinie Inków, Saqsayhuaman, zbudowaną z olbrzymich bloków skalnych, ułożonych jeden przy drugim jak puzzle. Do dzisiaj zachowały się całe fragmenty murów tej fortecy.

SDC10318

Saqsahuaman

SDC10331

choclo w Pisac

Niedaleko znajduje się Pikillacta i Q’enqo, dawne posterunki straży oraz Puka Pukara, wartownia. Na szczególną uwagę zasługuje forteca-świątynia w małym miasteczku, Ollantaytambo, o którym już wspomniałam przy okazji szlaków Inków. Inkowie opracowali doskonałe wzmocnienia konstrukcji kamiennej, która miała na celu przeciwdziałać wstrząsom sejsmicznym bardzo częstym w tym regionie i które można zobaczyć właśnie w tym miejscu. Utrzymywały one te wielkie bloki kamienne w ryzach, przez co w razie wstrząsów inkaskie budowle wytrzymywały trzęsienia ziemi. Widać ich efekt w czasach dzisiejszych, kiedy to walą się współczesne budowle przy byle tąpnięciu a te inkaskie stoją niewzruszone już od kilkuset lat. Polecam gorąco wizytę w Tipon i Tambomachay by obejrzeć fontanny skalne i inkaskie wodociągi, oraz Moray, tajemnicze miejsce z wielkimi kamiennymi okręgami, które najprawdopodobniej służyły kiedyś jako tarasy hodowli eksperymentalnych. Mówi się, że to tutaj Inkowie udomawiali dzikie rośliny. Kolejnego dnia pojechaliśmy do Pisac , gdzie znajdują się ruiny innej świątyni-twierdzy w górach oraz na dole, w miasteczku, ogromne targowisko z różnościami rękodzielniczymi i kulinarnymi. Tam spróbowaliśmy gotowaną kukurydzę czyli choclo (pyszność) i pieczonego cuya, czyli amerykańską świnkę morską (zwaną też królikiem indyjskim); przyznam że był straszny…

SDC10347

Pieczony cuy

SDC10553

Moray

Po południu zawitaliśmy jeszcze do Chinchero, małej wioski z pięknym, starym kolonialnym kościołem i tam uczestniczyliśmy w pokazie wyrobu naturalnych barwników i barwienia tkanin. W Chinchero ludzie umieszczają na dachach swoich domów terakotowe kolorowe krówki, które mają zapewnić im pomyślność i bezpieczeństwo.

SDC10366

Po powrocie do Cusco, gdzie dzięki naszym „wejściówkom” jeszcze szybko obejrzeliśmy spektakl w teatrze i pokaz tańców i strojów z różnych regionów Peru, muzeum historyczne miasta Cusco, po czym spakowaliśmy bagaże i nocnym autobusem pojechaliśmy na południe kraju, do Puno. Tam czekało na nas kolejne niezwykłe miejsce w dawnym inkaskim imperium: jezioro Titicaca.

cdn.

24. Machu Picchu. Spełnione marzenie.


Obudzono nas wcześnie, o czwartej nad ranem, zjedliśmy w pośpiechu śniadanie, zwinęliśmy obozowisko i podekscytowani ruszyliśmy w drogę. Zostało nam do pokonania tylko kilka km trochę pod górę, ale nikt nie narzekał, bo oto dziś kończył się nasz szlak dotarciem do sanktuarium Inków. Obudził nas lekki deszcz i mgła, tak więc byliśmy trochę zdesperowani, zawiedzeni i po prostu smutni. Przewodnicy pocieszali nas, że jeszcze nie wszystko stracone, gdyż bardzo często w górach zdarza się, że rano jest mgła i jest dżdżysto, ale później pogoda poprawia się i świeci słońce. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w to, widząc jaka pogoda przywitała nas czwartego dnia.  Ruszyliśmy szybkim krokiem, by dotrzeć do Machu Picchu jeszcze przed całą chmarą turystów i by móc cieszyć się tym świętym miejscem w ciszy. Kolejny dzień schodami inkaskimi w górę, schodami w dół, mijając jeziorka, podziwiając w dole koryto rzeki Urubamba. Co jakiś czas przelatywały nam nad głowami kolibry i bez strachu ucztowały w ogromnych kielichach miejscowych kwiatów. Czuło się napięcie wśród ludzi, szli skupieni i chyba wszyscy tego dnia mocno trzymali kciuki za lepszą pogodę. Kiedy pojawiła się pierwsza brama wejściowa do sanktuarium, serce zaczęło mi bić szybciej. Weszliśmy na teren sanktuarium przez Intipunku, czyli przez Bramę Słońca.

inti

Była godzina przed dziesiątą rano, kiedy oficjalnie stanęliśmy na terenie świątynnym i co zobaczyliśmy??? Nic…!!! Mgła poranna jak była, tak  była i nie chciała sobie pójść. W dole, przed nami, za mgłą, rozciągał się krajobraz, który od lat podziwiałam w albumach, a który teraz był dla nas niedostępny. Całą grupą siedliśmy na stopniach tarasów i czekaliśmy około godziny, dmuchając i odprawiając czary, by rozgonić mgłę. Byłam zdruzgotana. Tyle lat marzeń, tygodnie przygotowań, 13 godzin lotu samolotem, przeżycie problemów z kradzieżą w Nazca i wszystkich związanych z tym utrudnień w podróży i teraz, kiedy wreszcie znalazłam się w Machu Picchu, nie mogę zobaczyć nic oprócz pojedynczych, rozmazanych konturów budowli. Nie chciało mi się nawet rozmawiać. Siedliśmy na schodach, podparci kijami i czekaliśmy. Kiedy przewodnicy powiedzieli, że musimy ruszyć dalej, tzn. wejść do środka, na właściwy teren sanktuarium (bo w tym momencie znajdowaliśmy się już na jego terenie, ale na górze, na tarasie widokowym, jednym z kilku) to pomyślałam, że chyba już nic z tego nie będzie i że może uda nam się zobaczyć „coś”, a całe Machu po prostu będę musiała obejrzeć po raz kolejny na zdjęciach.

mgla

mgla1

Gdy tak schodziliśmy w stronę kolejnych zabudowań, stał się cud:)) Mgła zaczęła rzednieć, gdzieniegdzie pojawiały się pierwsze promienie słońca. Wstrzymaliśmy oddech,  można było już dostrzec pierwsze zabudowania, słońce zaczęło świecić mocniej i w ciągu 20 minut przed nami  pojawił się imponujacy widok. Pachamama była dla nas łaskawa, pogoda tak się poprawiła, że niektórzy wydali z siebie gromkie radosne okrzyki, bo oto przed nami zobaczyliśmy święte miejsce Inków, sanktuarium boga Słońca, w całej swojej pełni, w całym swoim majestacie i swoim pięknie. Byłam tak wzruszona, że łzy napłynęły mi do oczu. Tyle razy widziałam to miejsce na zdjęciach, na filmach,  a teraz ja sama stałam w tym magicznym miejscu i wszystko wydało mi się jeszcze piękniejsze, zbocza górskie jeszcze bardziej niesamowite, lasy jeszcze bardziej zielone, ta soczysta zieleń mieniła się różnymi odcieniami w słońcu. Panowała przez moment absolutna cisza. Nikt nic nie mówił. Myślę,  że każdemu zaparło dech w piersiach. Machu Picchu jest znane chyba wszystkim na świecie, ze zdjęć, filmów, ale zapiera dech w piersiach każdemu, kto znajdzie się na jego terenie, przede wszystkim swoim  położeniem, imponującym miejscem otoczonym wysokimi górami z zamglonymi wierzchołkami,  soczystą zielenią, panujacą wokół ciszą.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie z naszym przewodnikiem, oglądaliśmy każdą budowle, ja robiłam zdjęcia każdemu kamieniowi, każda chatka, każda ściana inkaskiego muru wydała mi się po prostu fantastyczna, tak więc zrobiłam chyba 200 zdjęć tylko w Machu Picchu. Widziałam komnaty królewskie, ołtarze ofiarne, łaźnie, spichlerze, niesamowite tarasy górskie do uprawiania roślin i udamawiania dzikich gatunków. Sanktuarium podzielone jest na kilka części, w zależności od funkcji i pozycji społecznej jego mieszkańców. Mówi się, że mieszkało tam ok. 1500 osób, w większości to kapłani i dziewice słońca, ale także miał tam swoją rezydencje inkaski władca czyli Inka (król) i jego rodzina. W innej części, na dole znajdowały się domki rolników, małe naturalne kamieniołomy, z których wydobywano ogromne bloki skalne do budowy murów.  W jednej z małych świątyni złożyliśmy ofiarę dla Pachamamy w postaci resztek jedzenia, liści koki i drobnych pieniążków. Do dzisiaj miejscowi wieśniacy wędrują do ruin, by starym zwyczajem dziękować Matce Ziemi za dobre plony i proszą o jej błogosławieństwo na kolejne lata właśnie ofiarując jej jedzenie, cziczę, drobniaki i liście świętej inkaskiej rośliny czyli koki. Ja podziękowałam jej za ten moment, tak wzruszający dla mnie i tak ważny.

schody

Podziwialiśmy tak moje Machu chodząc po ruinach, spotkaliśmy śliczne lamy, małe lokalne zwierzątka jak szynszyle mieszkające w zakamarkach. Na licznych tarasach widokowych, zapatrzeni, podziwialiśmy całe sanktuarium, dostojne, tajemnicze, po prostu cudowne. A ja zdałam sobie sprawę, że oto spełniło się moje największe marzenie, odwiedziłam Machu Picchu, Cusco, moich Indian, złożyłam ofiarę Paczamamie. Poczułam się wspaniale.

marzenie

ja

Machu Picchu zdobyte, spełniło się moje marzenie. Szczęśliwi chłonęliśmy ostatnie momenty naszego pobytu w tym świętym miejscu. Poiłam oczy kolorami, formami i pięknem tego górskiego skarbu. Tak, jeszcze tu kiedyś wrócimy. Czas by schodzić na dół. Czekał na nas pociąg, wracaliśmy w kierunku Cusco, by kontynuować naszą podróż po tym ślicznym kraju.

Dziękuję ci Panie  Boże, Virakoczo, Paczamamo…

machu

Moje Machu Picchu.