83. Klejnoty kraju lwa i orchidei.


Centrum Singapuru jest pełne atrakcji, zarówno w dzien jak i w nocy bardzo polecam spacer po mieście, bo jest co oglądać. W poprzednim poście wspomniałam o Orchard Road, super nowoczesnej i oświetlonej alei sklepów i centrów handlowych. Tuż obok Orchard znajduje się prześliczna ulica Emerald Hill z domami w stylu kolonialnym. Jest to kolejna luksusowa dzielnica miasta, kamienice są odrestaurowane, bardzo zadbane, kolorowe a sama ulica pełna zieleni. Bardzo podobała nam się świątynia buddyjska w dzielnicy Chinatown, która jest ogromna i baaaardzo kolorowa. Tylu dekoracji, złota i czerwieni nie pamietam z żadnego innego miejsca! Po świątyni można spokojnie spacerować i robić zdjęcia, należy tylko uważać na modlących się, by im nie przeszkadzać. W kilku salach znajdują się figurki Buddy w kilku jego wcieleniach oraz figurki innych świętych i bożków. Modlący się składają ofiary w postaci kwiatów i zapalają maleńkie świeczki i kadzidełka. Symbolem Singapuru jest kwiat orchidei i stąd w parkach, alejach pełno jest drzew i krzewów z kwiatami podobnymi do orchidei. W czasie naszego pobytu w mieście miała miejsce wystawa rzeźb słoni, kolorowych, pozłacanych, biało czarnych, do wyboru, do koloru, wszędzie słonie w całym mieście;-)

Swiątynia buddyjska w Chinatown, Singapur

Najbardziej znanym i jednym z najdroższych hoteli jest Raffles Hotel, zbudowany w stylu kolonialnym i otwarty w 1887 roku. Został nazwany nazwiskiem oficjalnego odkrywcy Singapuru, Stamforda Rafflesa. Niestety nie było już wolnych pokoi dla nas, hehehehe:))) ale za to obejrzeliśmy z przyjemnością cały niesamowity kompleks hotelowy z restauracjami, barami, ogrodami, fontannami i ekskluzywnymi sklepami. Częsci hotelu z apartamentami mają wystrój w różnych stylach, np. indyjskim i kolonialnym. Hotel ten jest obowiązkowym punktem wycieczki po mieście-państwie. Na sam koniec dnia zostawiliśmy sobie wycieczkę po porcie, która po zmierzchu okazała się strzałem w dziesiątkę i dla mnie najpiękniejszym miejscem w mieście. Panorama miasta nocą jest imponująca!

wnętrze kompleksu hotelowego Raffles

część „indyjska” hotelu

wejście główne do hotelu

Panorama miasta z Zatoki Marina by night…

W kolejnym wpisie-Borneo!!

82. Nowoczesny i luksusowy Singapur.


Z Melaki pojechaliśmy na południe, do Johore Baru, dużego miasta graniczącego z Singapurem. Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy w internecie hotel 5* za niecałe 40  euro!!!!(polecam stronę http://www.agoda.com do rezerwacji noclegów). To była prawdziwa okazja, bo w Malezji takie hotele normalnie mają ceny od 100 euro w górę. Okazało się, że ten hotel, The Zon Regency By The Sea, to ogromny kompleks hotelowo-sklepowy, z restauracjami, basenem, luksusowymi sklepami. Sam hotel w środku wyglądał jak statek Star Trek, zbudowany na planie trójkąta, drzwi pokojów kilkunastu pięter wychodziły na wewnętrzne patio, na dole odbywały się koncerty, a wszystko to zakryte dachem…Ogólnie trochę dziwacznie, ale i tak bardzo nam się podobało. Samo miasto jest duże i nowoczesne, ale nieciekawe, taki moloch. Jest popularnym przystankiem dla odwiedzających bardzo drogi Singapur, dokąd można w niecałą godzinę dojechać autobusem i wieczorem wrócić na tańszy nocleg w Malezji. My zatrzymaliśmy się tam tylko na jedną noc. Granicę przekracza się autokarem wycieczkowym lub samochodem i wysiada już w centrum Singapuru albo, tak jak my, zwykłym miejskim autobusem i później pieszo, jak wszyscy tutejsi mieszkańcy, którzy codziennie przekraczają granicę w drodze do pracy i z powrotem. Byliśmy jedynymi „białymi” turystami w kolejce do autobusu i później w przeszklonych korytarzach budynku granicznego. Ale uparliśmy się, że zrobimy to tak, jak tutejsi, więc trochę to trwało. Za to urzędnicy, nieco zdziwieni widząc nas, byli bardzo uprzejmi. Do centrum „miasta-państwa” trzeba jechać ok. 40 minut i najlepiej wysiąść w pobliżu Orchard Street, jednej z najbardziej znanych ulic w centrum Singapuru.

Zon hotel

Kto sobie wyobraża Singapur jako nowoczesne państwo pełne techniki i kolorowych ekranów plazma na ulicach-ma rację, takie właśnie jest centrum. Ulice nocą są bardzo oświetlone, już w połowie listopada wszędzie widać ogromne ozdoby świąteczne i kolorowe choinki, którch dekoracje sponsorowane są przez różne znane marki jak Gucci, Nikon etc. Sklepy, restauracje i liczne centra handlowe są drogie,bardzo czyste, przeszklone, jasne, urządzone w dobrym guście. Są eleganckie i zachęcające. Podstawową rozrywką Singapurczyków jest bieganie po centrach handlowych i robienie zakupów oraz jedzenie. Jedzenie to tutaj cały rytuał, w gronie kolegów z pracy, rodziny czy przyjaciół. Je się dużo, a jedzenie jest pyszne i lekkostrawne.

Orchard Street

Poszliśmy do jednego z centrów handlowych przy Orchard Street, bardziej po to, by schować się przed deszczem niż na zakupy. Cechą wspólną wszystkich publicznych przestrzeni w Singapurze jest klimatyzacja pomieszczeń, chłodzenie do temperatury 10 stopni C i niższej…Na zewnarz panuje duchota, za to w środku można łatwo nabawić się kataru albo „wilka”. Było potwornie zimno także w tym kompleksie handlowym, który mimo zimna był po prostu przepiekny! Kiedy weszłam do pierwszej lepszej łazienki, oniemiałam, bo takiego luksusu nie widziałam nawet w tym 5* gwiazdkowym hotelu poprzedniego dnia! Wszystko w eleganckim czarnym marmurze, na około olbrzymie lustra, krany w nowoczesnym stylu, wszystko na fotokomórkę, przepięknie pachnące mydełko w pianie, mięciutkie papierowe ręczniki w kwiaty. Najlepszy był środek przestronnej toalety, gdzie znajdowały się stoły-blaty z ruchomymi dużymi lustrami,które służyły (chyba) do poprawiania makijażu i fryzury paniom, gdyż maksymalnie skupione stały tam, wyciągały swoje kosmetyczki i „poprawiały się” a te ruchome lustra ułatwiały im zadanie. Drzwi do ubikacji zamykały się same, kurcze, bałam się, że jak się ta technika ” zatnie” to nie wyjdę z tego zimnego luksusu:-) Woda spuszczała się sama, hehe, były także do dyspozycji papierowe nakładki na sedes i żel dezynfekujący. Jednym słowem, czysto, luksusowo i bardzo nowocześnie, i to w publicznej toalecie centrum handlowego. Oczywiście nikt nie czekał na wrzucenie pieniążka za używanie. W całym tym zimnym mrowisku sklepów i ludzi znaleźliśmy przytulną restaurację z rodzimą kuchnią, nazywała się Paradise Dynasty i serwowano w niej dania były przepyszne!! Zamówiliśmy różne zupy, ja z makaronem, pierożkami i mięsem, jakby rosołek (Tiamnjin dumplings), warzywa gotowane na parze, La mian, także coś w rodzaju klusek na parze z nadzieniem (bun), były sosy sojowe i inne, suróweczki i oczywiście patyczki:-) Mieliśmy do dyspozycji osobistą kelnerkę, która zajmowała się tylko nami, co chwilę dolewała gorącej zielonej herbaty. Wszystko nie kosztowało nas wcale dużo, ok 2o euro za 2 osoby, co na standarty singapurskie nie jest wygórowaną ceną, tyle kosztuje przeciętny obiad menu dla 2 osób w europejskim dużym mieście. Na deser zjedliśmy krem z migdałów z czerwoną wisienką, hihi. W restauracji było tak zimno, że musieliśmy poprosić o wyłączenie klimatyzacji, bo nie dało się wytrzymać, ale nie dało się, bo była to klima w całym centrum handlowym, tak więc siedzieliśmy w… pelerynach przeciwdeszczowych…

Ludzie są mili, dobrze mówią po angielsku a właściwie używają mieszanki angielskiego z tutejszym słownictwem, nazywają to Singlish, nawet szukaliśmy do naszej kolekcji wydania ” Małego Księcia” w tym dialekcie, ale jeszcze nie powstał. Kraj jest świecki, ale jako że większość mieszkańców stanowią potomkowie Chińczyków, najbardziej popularnymi religiami są taoizm, konfucjanizm i buddyzm. Kobiety, zwłaszcza te młodsze, są bardzo zadbane, odpacykowane, elegancko ubrane i uczesane. Spacerują z wielkimi torbami pełnymi zakupów:-) W ciągu paru kolejnych dni z przyjemnością spacerowaliśmy po różnych zakątkach Singapuru, o czym w następnym wpisie.

cdn.