Rok 2013 na moim blogu. Dziękuję serdecznie za wszystkie odwiedziny i komentarze!!


 

„The concert hall at the Sydney Opera House holds 2,700 people. This blog was viewed about 31,000 times in 2013. If it were a concert at Sydney Opera House, it would take about 11 sold-out performances for that many people to see it”.

„Koncert w operze w Sydney morze jednorazowo obejrzeć 2,700 osób. W 2013 roku ten blog był odwiedzany ok. 31.000 razy, to znaczy mniej więcej tyle, ile osób wzięłoby udział w 11-tu przedstawieniach  w tejże operze przy całkowicie zapełnionej sali”

Click here to see the complete report. Kliknij, by zobaczyć pełny raport (ang.)

Życie ludzkie i środowisko ceną za dobrobyt państw uprzemysłowionych. Ile naprawdę kosztuje baryłka ropy naftowej?


Ropa naftowa już jakiś czas temu stała się towarem deficytowym, wciąż jednak tak samo pożądanym, bo to własnie dzięki niej jest mozliwe utrzymanie standardu życia w krajach uprzemysłowionych na takim poziomie jak dotychczas. Dzięki ropie i jej pochodnym możemy jeść, ubrać się, przemieszczać, leczyć, bawić się i kupować, konsumować itd. Wszystko zawdzięczamy ropie naftowej, surowcowi, który tworzy się w ciągu milionów lat, a ludzkość była w stanie wykorzystać większość jej pokładów w ciągu zaledwie trochę ponad 150 lat! Z roku na rok jest jej coraz mniej, jest coraz droższa a ryzyko związane z jej pozyskaniem jest coraz większe, gdyż obecnie jej największe pokłady znajdują się na terenach najbardziej niestabilnych politycznie i gospodarczo jak środkowa Azja, Afryka, Zatoka Perska. Jej posiadanie będzie kosztować jeszcze więcej istnień ludzkich, jednym przyniesie ogromne pieniądze a drugim zniszczenie środowiska, głód, wojnę. Mnie zszokowały dwa przykłady chęci zdobycia tego surowca za wszelką cenę i nie licząc się z potrzebami środowiska, jego ochroną i zdaniem ludzi tam mieszkających. Pierwszym z takich miejsc jest Ekwador.

W 1964 roku w Ekwadorze potężny amerykański koncern Texaco rozpoczął odwierty na terenie dziewiczej dżungli amazońskiej w poszukiwaniu ropy naftowej. W przedziale czasu od 1964 roku do 1992 roku wydobyto tam ok. 4 miliardów litrów ropy naftowej. Texaco stało się idealnym przykładem giganta przemysłowego, który wkracza na teren kraju nie mającego pojęcia o tym, jak zachować się w obliczu takiego „najazdu”, jak pokierować robotami na obszarach tak delikatych ekosystemów jak selwa, jak ochronić zarówno jej rodowitych mieszkańców jak i miejscową faunę. Ekwadorski rząd nie zdołał wymusić na kierownictwie Texaco umowy o chronie środowiska. Amerykanie zaczęli masowy wyrąb lasu deszczowego, wybudowali kilometrowe ropociągi, platformy wiertnicze i najspokojniej w świecie zaczęli wydobywać ropę. Przed inwazją Texaco, nikt tam wcześniej nie wydobywał ropy naftowej. Gigant naftowy stał się pierwszą firmą, która zaczęła rozbudowywać infrastrukturę w kraju. Przywieźli ze sobą też dolary i pracę dla miejscowych. Texaco zdecydowało się na stary, niepraktykowany już w innych krajach sposób wydobycia czarnego złota. Był on tańszy , szybszy, nie trzeba było martwić się ani o koszty ani o miejsce utylizacji odpadów wtórnych. Chodzi o to, że podczas wydobycia z ziemi surowca powstają 2 „frakcje” : czysta, surowa ropa naftowa, która jest potem wykorzystywana w przemyśle i druga „frakcja”, czyli toksyczne wody, odpady, zawierające ok. 2% ropy. Tę część się odrzuca, utylizuje w taki sposób, by nie była ona szkodliwa dla środowiska i ludzi. W Ekwadorze te toksyczne odpady nie zostały zneutralizowane lecz wpuszczone bezpośrednio do amazońskich rzek. Odpady zawierają dziesiątki substancji trujących, w tym także najsilniejsze znane kancerogeny, czyli związki bezpośrednio powodujące różne nowotwory. Miejscowe rzeczki i jeziora zamieniły się w czarne, śmierdzące bagna pokryte smolistą masą. Nad lasem unosiły się opary z tych bagien i dym z palących się resztek ropy i gazu. Trucizna znalazła się w wodzie gruntowej wykorzystywanej przez plemiona indiańskie do picia, mycia się i uprawiania ziemi. Rakotwórcza trucizna znalazła się w wodach, w których bawią się dzieci i piorą ubrania ich matki. Dzieci wyławiały z nich martwe zwierzęta. Do amazońskich rzek Texaco wlało ponad 70 miliardów litrów toksycznej wody! Jest to największa katastrofa ekologiczna znana dotychczas, która miała miejsce przy wydobyciu ropy naftowej. Najbardziej skandaliczne jest to, że cały ten proces miał za zadanie zaoszczędzić ogromne sumy pieniędzy przeznaczone na ochronę środowiska i odpowiednią utylizację odpadów. Pieniądze zaoszczędzono kosztem środowiska naturalnego i ludzi zamieszkujących tamte tereny, tubylcze plemiona indiańskie. Narażono świadomie tysiące istnień ludzkich na przewlekłe, nieuleczalne choroby, cierpienie i powolną śmierć. Narażono świadomie ludzi biednych, nieznających swych praw i nie wiedzących jak się bronić. Wykorzystano bezradność, niewiedzę i skłonność do korupcji rządu w dopiero co rozwijającym się kraju. Bezradni Indianie Achuar zaczęli protestować i domagać się naprawy szkód. Organizowali się w grupy i z wielkimi transparentami z napisami „justicia” (sprawiedliwość) usiłowali bronić swoich praw. Jednak problem pozostawiono samym poszkodowanym, zatrute rzeki i czarne bagna, trujące opary i puste metalowe pojemniki na ropę. Szkody są nieodwracalne. Ludzie już chorują na raka i taka sytuacja będzie miała miejsce przez następne dziesiątki lat i pokoleń.

W Nigerii w latach 90-tych mamy do czynienia z wydobyciem ropy naftowej połączonej z przyzwoleniem na łamanie praw człowieka, korupcję na gigantyczną skalę i zubożenie już i tak jednego z najbiedniejszych narodów Afryki. Tutaj rząd jest częścią potężnej machiny do robienia pieniędzy a zwykli obywatele są tylko pionkami przestawianymi na szachownicy w grze prowadzonej przez holenderską Shell i reżim wojskowy będący u władzy w Nigerii. Wydobycie surowca na ogromną skalę przyczyniło się do zubożenia i prawie eksterminacji ludności z regionu delty Nigru poprzez masowe i niekontrolowane zanieczyszczenie środowiska i wywłaszczenie mieszkańców. Potentaci naftowi prowadzili swoje interesy za jawnym i sowicie opłacanym przyzwoleniem wojskowych. Autorka książki „Paradoks obfitości”, Terry Lynne Karl, twierdzi, że biedne regiony świata obfitujące w ropę zamiast rozwijać się i bogacić na jej wydobyciu i sprzedaży, jeszcze bardziej ubożeją przez korupcję, łamanie praw człowieka, bogacenie się wąskiej grupy elit rządzących, ciągłe konflikty interesów i niekończące się konflikty zbrojne. Twierdzi ona, że te kraje mają wyższy odsetek ludzi niedożywionych, żyjących w skrajnej nędzy, wyższy odsetek umierających noworodków niż kraje nieposiadające znacznych ilości jakiegoś surowca. Na tym polega właśnie zaobserwowany na świecie i omawiany przez nią paradoks. Takim krajem jest też Nigeria, która od lat 60-tych żyje z wydobycia ropy i zamiast się rozwijać, ubożeje i w której ogromny odsetek ludności żyje za mniej niż 1 dolara dziennie! W czasach największego wydobycia ropy w kraju ponad 70% ludności żyła i żyje do dziś w skrajnym ubóstwie! To 70 milionów obywateli! Wielkie korporacje przemysłowe wydobywające tu ropę zdewastowały okoliczne rzeki i jeziora, zamieniając je, podobnie jak w Ekwadorze, w cuchnące bagna. Nie ma ryb, nie ma zwierząt, wody gruntowe są zatrute a z nimi żywność, której coraz bardziej brakuje. Powietrze jest zanieczyszczone. Historia się powtarza. W odpowiedzi na tę bezkarną dewastację środowiska i łamanie praw człowieka miejscowy pisarz i poeta, Ken Saro-Wiwa pochodzący z plemienia Ogoni zamieszkującego zniszczone tereny delty rzeki Niger zorganizował masowe protesty tubylców i blokady robót przy odwiertach. Domagał się sprawiedliwości i odszkodowań za poniesione straty oraz zaprzestania działalności Shell. Mówił on: „Ogoni są plemieniem rolników i rybaków, od wieków żyli oni na żyznych terenachw delcie Nigru. Shell wykrył tam pokłady ropy w 1958 roku. Teraz te tereny się niszczy, truje ryby i zwierzęta, zanieczyszcza wodę. Umierają ludzie a środowisko naturalne ponosi nieodwracalne straty. Ten region ma największe zagęszczenie ludności w całej Afryce”. Ken przekonał ludność Ogoni do walki o swoje prawa, protesty stały się coraz głośniejsze i coraz bardziej przeszkadzały zagranicznym wydobywcom ropy. Ogoni byli na tyle skuteczni, że kierownictwo Shell’a zwróciło się do rządu nigeryjskiego o pomoc w złagodzeniu protestów i przywróceniu normalnego rytmu pracy przy odwiertach. Determinacja w walce o prawa ludności delty Nigru zwróciły uwagę całego świata na Kena Saro-Wiwę, który stał się symbolem oporu bezbronnej mniejszości wobec naporu bezdusznych gigantów przemysłu naftowego. Prowadził swoją walkę pokojowo, bez przelewu krwi. W roku 1994 sporządzono tajny dokument, na mocy którego rząd Nigerii miał wziąć sprawy protestów w swoje ręce i zobowiązał się do przywrócenia koncernowi Shell normalnych warunków pracy. Niedługo potem rozpoczęła się pacyfikacja wiosek Ogoni, rzeź protestujących, a sam Ken Saro-Wiwa został schwytany i skazany na śmierć. Mimo międzynarodowych protestów w obronie pisarza, wyrok wydany na niego w nielegalnym procesie został wykonany 10-go listopada 1995 roku. Przedstawiciele Shell pozostali niewzruszeni na prośby obrońców praw człowieka. Pieniądz po raz kolejny okazał się silniejszy od zwykłych ludzkich uczuć.

Rozpoznawany na całym świecie znaczek Shell: żółto-czerwona muszelka.

Ken Saro-Wiwa

Nasz dobrobyt zależy od ropy naftowej. Miejmy na uwadze skąd ona pochodzi i jaką cenę się płaci za jej wydobycie. Często tą ceną jest życie ludzkie.

———————Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku 2012!!!————-


Drodzy Czytelnicy, pragnę złożyć Wam i Waszym Rodzinom najserdeczniejsze świąteczne życzenia zdrowia, radości i miłości. Niech spełnią się Wasze marzenia i noworoczne życzenia. Wesołych Świąt!!

!

P.s. Już wkrótce nowe wpisy z podróży po Malezji i Borneo, Singapurze. Zapraszam!

——Polowanie na Friedmanów, czyli jak szanowany profesor z dnia na dzień stał się potworem———


Opowiadana przeze mnie historia wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych pod koniec lat 80-tych. Rodzina Friedmanów była jedną z wielu dobrze sytuowanych i szanowanych rodzin w miasteczku Great Neck, na półwyspie Long Island. Głowa rodziny, Arnold był muzykiem i nauczycielem informatyki. Cichy, ułożony i grzeczny starszy pan, bardzo szanowany w okolicy. Jego żona Elaine, matka 3 synów nigdy nie radziła sobie z nadmiarem testosteronu w swoim domu, była osamotniona, wręcz pogardzana przez synów, nieszczęśliwa. Kluczową rolę w tej historii odegrał najmłodszy syn Jesse wraz ojcem, a fakty w postaci wywiadów i domowych filmów video poznał świat dzięki między innymi współpracy najstarszego syna, Davida. Średni syn Seth nigdy nie chciał się wypowiadać na temat zdarzenia.

Rodzina Friedmanów

Jesse

Arnold

W roku 1988 miejscowa policja przechwyciła przesyłkę z Holandii adresowaną do Arnolda Friedmana. Według policyjnych informatorów przesyłka ta zawierała materiały z pornografią dziecięcą. Przebrany za dostawcę policjant dostarczył Arnoldowi przesyłkę poleconą, a kilka godzin później ten sam policjant z asystą zapukał do drzwi Friedmanów z nakazem przeszukania domu. Początkowo ojciec wszystkiemu zaprzeczył, udawał, że nie wiedział o jaką przesyłkę chodzi, ale wcześniej przebrany za kuriera policjant odświeżył mu pamięć. Rodzina była w szoku. Okazało się, że w domu Friedmanów znajdował się cały stos gazet pornograficznych o treści homoseksualnej i pedofilskiej, na dodatek ułożonych obok telewizora w salonie… Zaczęło się przesłuchiwanie Arnolda, podczas którego śledczy dowiedzieli się, że profesor daje prywatne lekcje informatyki w swoim gabinecie w piwnicach posiadłości Friedmanów. Na liście uczniów znajdowały się dziesiątki małoletnich chłopców. Prawdziwy dramat zaczął się, kiedy wodzeni przeczuciem policjanci zaczęli rozmawiać z uczniami Friedmana o tych lekcjach informatyki w jego domu. Okazało się, że w czasie zajęć dochodziło do aktów homoseksualnych między nauczycielem a uczniami, według relacji domniemanych ofiar te akty miały miejsce w czasie wszystkich lekcji, niektóre były bardzo brutalne, niektóre zabawne, z użyciem pornograficznych gierek na komputerze. Podobno chłopcy bawili się z profesorem w „przeskakiwanego”, tzn. rozbierali się do naga, klękali z rękami opartymi na podłodze i pupą wystawioną do góry a profesor i inni chłopcy przeskakiwali z jednego chłopca na drugiego, kopulując z każdym po kolei. Mówimy o 13-15 letnich uczniach. Dodatkowym horrorem okazał się fakt, że w „lekcjach” ojcu pomagał syn Jesse i że to on według ofiar wykazywał się szczególnym okrucieństwem w czasie aktów sodomistycznych. Jesse miał wtedy 18 lat. W miasteczku Great Neck zaczęły rozgrywać się dantejskie sceny. W czasie przesłuchań uczniów wyszło na jaw, że praktyki te trwały przez cały rok szkolny, na wszystkich lekcjach, mimo to uczniowie w komplecie zapisywali się na kolejny rok nauki u tego samego profesora. Wśród przesłuchiwanych znaleźli się też i tacy, którzy wszystkiemu zaprzeczyli i byli zupełnie zdziwieni zeznaniami kolegów.

W rodzinie Friedmanów zawrzało. Matka Elaine od samego początku zdystansowała się do sprawy, chociaż pytana po latach, mówiła, że podejrzewała męża o dziwne ciągoty, ale była zszokowana tym, że to naprawdę mogło mieć miejsce. Nigdy nie przyszło jej do głowy sprawdzić , co działo sie w gabinecie męża podczas lekcji, bo nie zauważyła niczego podejrzanego. Nigdy nie stanęła po żadnej ze stron, ani oskarżonych męża i syna, ani domniemanych poszkodowanych. Była za to znienawidzona przez synów, którzy obwiniali ją, że nie chciała wesprzeć swoich bliskich oskarżonych o tak makabryczne przestępstwo. David (najstarszy syn) od początku zaprzeczał wszystkiemu, bronił ojca i brata i obarczał matkę za rozpad rodziny i brak wsparcia. Społeczność Long Island wymierzyła symboliczny lincz całej rodzinie. Zaczął się dramatyczny proces ojca i syna. Dziesiątki aktów oskarżenia o molestowanie seksualne nieletnich ze szczególnym okrucieństwem, posiadanie pedofilskich materiałów. Na początku procesu Arnold i Jesse utrzymywali, że są niewinni. Śledczy opierali się tylko na zeznaniach uczniów. Nie było żadnych fizycznych dowodów molestowania, żadnych wyników obdukcji lekarskich poszkodowanych. Jeden z uczniów stwierdził, że udało mu się wykraść z lekcji jeden z twardych dysków z pornograficznymi grami, ale profesor zorientował się i kazał dysk zwrócić. Proces stał się skandalem w mediach i horrorem dla rodziny, która zaczęła się rozpadać. Od początku wydarzeń Friedmanowie kręcili domowe video, by móc relacjonować swoje spostrzeżenia na temat całej sprawy, by uwiecznić na niej ojca i brata, którym groziło wieloletnie więzienie. Na tych amatorskich filmach widać kompletną destrukcję i tak już wcześniej nadszarpniętej rodziny, która jeszcze rok wcześniej uchodziła za szanowaną, żydowską praktykującą jednostkę w Great Neck. Wstrząsające jest widzieć na tych filmach milczącego i zniszczonego psychicznie ojca, trzech synów udających, że nic się nie stało i broniących ojca oraz zdegradowaną do pozycji służącej i kucharki matkę, którą dzieci obwiniają za brak solidarności z rodziną.Słychać kłótnie i płacz matki.

Na początku procesu Arnold i Jesse utrzymywali, że są niewinni, ale groziło im poważnie do 30 lat więzienia. Po kilku miesiącach przesłuchań prawnicy obu zaproponowali układ, w którym Arnold miał przyznać się do winy, by uratować od wieloletniego więzienia syna. Jesse miał się też przyznać, że jako dziecko został zgwałcony przez ojca i był zmuszany do molestowania uczniów na lekcjach informatyki. Społeczństwo amerykańskie już wydało wyroki skazujące. Ale właściwie na jakiej podstawie?? Arnold był pedofilem i zbokiem, to na pewno, był w posiadaniu materiałów pedofilskich i pornograficznych, sam pod koniec śledztwa przyznał się do stosunków homoseksualnych z młodszym bratem kiedy byli dziećmi i do obcowania z dwoma chłopcami w wieku dorosłym. Brat Arnolda zaś wszystkiemu zaprzeczył i do końca wierzył w niewinność Arnolda. Ale czy to czyni go odpowiedzialnym za kilkaset brutalnych aktów przemocy wobec nieletnich uczniów w czasie zajęć w jego domu? Czy normalny molestowany (czyt. gwałcony i chyba cierpiący uczeń) zapisuje się na kolejne lata na lekcje u tego samego profesora? Czy jest możliwe, by rodzice poszkodowanych nigdy niczego nie zauważyli, kiedy te domniemane przestępstwa trwały przez tak długi czas? Czy jest możliwe, aby żaden z uczniów nigdy się nie poskarżył, że jest molestowany przez profesora? To pytania, które zadaję sobie sama czytając historię Friedmanów i zadawali sobie sceptycy w Ameryce. Coś to zwyczajnie nie gra. Proces zakończył się tym, że Arnold przyznał się do winy, obarczył siebie odpowiedzialnością, by odciążyć syna. Zdegradowany do roli potwora, odosobniony i całkowicie potępiony popełnił samobójstwo w 1995 roku w czasie odsiadki. Jesse wyszedł z więzienia po 13 latach i wrócił do mieszkania matki. Elaine ponownie wyszła za mąż a David do dzisiaj jest najlepszym w mieście pajacem urodzinowym:-)

Historia ta właściwie nie odpowiada na pytanie: byli winni czy nie. Jest faktem, że Arnold był odrażającym, ukrywającym się pedofilem i za to powinien być sądzony. Ale czy rzeczywiście on i jego syn Jesse byli winni molestowania swoich uczniów?? Jedno jest pewne, nikt nie wydaje surowszego wyroku jeszcze przed rozpoczęciem procesu niż społeczeństwo, media i ci, których uważałaeś za przyjaciół i sąsiadów. Arnold i jego syn byli martwi jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnego procesu. Po latach, kiedy nakręcono film dokumentalny o rodzinie Friedmanów, Jesse wyznał, że to właśnie ten dokument był jego jedynym wiarygodnym procesem. Ot, życie…

źródła: ” Capturing the Friedmans” Andrew Jarecki, wikipedia, el País.

68. Wielkanoc po polsku.


¨Było tak. Miesiąc przed świętami o ich bliskości obwieszczał na wsiach oraz w miasteczkach kwik zarzynanych świń. Aby przygotować naprawdę smaczne szynki, kiełbasy czy polędwiczki, potrzeba czasu. Dlatego masowe świniobicie zaczynano w środku Wielkiego Postu. Wymagało to sporego hartu ducha, żeby całymi dniami gotować, wędzić i marynować mięso, ale go nie kosztować. Najlepsze szynki uzyskiwano po kilku dniach wędzenia, stosując do tego różne gatunki drewna. Choć równie dobrym sposobem było zapiekanie w razowym cieście wewnątrz pieca używanego zwykle do wypiekania chleba. Wedle wspomnień Kazimierza Iwanowskiego zamieszczonych w książce Tomasza A. Pruszaka „O ziemiańskim świętowaniu” taka szynka „po paru godzinach jest gotowa i po lekkim ostygnięciu kruszy się jak chleb. Szynka jest soczysta i wonna, nic z niej nie uciekło”.

Po rozprawieniu się ze świniami przychodziła pora na sprzątanie w zagrodach i obejściach oraz bielenie fasad domów. „Gospodynie myją też dzieci, przygotowują dla wszystkich domowników odświętne ubrania” – odnotowała pod koniec XIX wieku Marianna Jasiecka podczas wizyty w wielkopolskiej wsi Polwica. Również w miastach wszyscy przystępowali do wiosennych porządków i musieli się spieszyć, bo od Niedzieli Palmowej zaczynał się pełen wyjątkowych atrakcji Wielki Tydzień. Wtedy na każdą rodzinę spadały rozliczne obowiązki. Dobry katolik winien był uczestniczyć codziennie w choć jednej mszy, przynajmniej raz się wyspowiadać, a każdego wieczoru przeczytać dłuższy fragment Nowego Testamentu.Szanująca się kobieta musiała upiec jeszcze kilka smacznych ciast.

Tuż po niedzieli gospodynie przystępowały do wypieków. „Natomiast każdy mąż sprytny i zrównoważony starał się wymknąć na ten czas od żony” – zauważał we wspomnieniach „Wielkanoc we dworze polskim na Litwie” Adam Habdank. I wiedział, o czym pisał, bo w pomieszczeniach kuchennych narastała wówczas atmosfera zbiorowej histerii. Anna Potocka, przygotowująca Wielkanoc w majątku Oleszyce pod Lubaczowem, zapisała w pamiętniku: „Pamiętam przerażenie Stasia [męża – przyp. aut.], jak wszedł pośpiesznie i hałaśliwie do kuchni, a ja przyskoczyłam do niego: »Cicho, cicho!«. Zatkałam mu usta ręką i na palcach wyprowadziłam z kuchni; a to baba rosła i bałam się, że się otrzęsie i opadnie!”.

Baba to najniezwyklejsze ze wszystkich ciast – do pieczenia oprócz drożdży, mąki i cukru potrzebna była co najmniej setka utartych żółtek kurzych jaj, wódka, szafran, mielone migdały i rodzynki – odznaczała się wyjątkową wrażliwością. Przed rozpoczęciem wypiekania gospodynie wypraszały z kuchni wszelkie niepowołane osoby. Potem uszczelniały szpary w oknach, aby się baba nie przeziębiła, a przed włożeniem do pieca – by rosła i nie opadła – nakrywano ją lnianym obrusem. Po upieczeniu zaś okrywano puchową pierzyną, by stygła jak najwolniej. Pisarz Jarosław Iwaszkiewicz wspominał, że w domu jego rodziców wielkanocną babę, gdy tylko wyjęto z pieca, kładziono na poduszkę, a następnie służąca kołysała nią jak dzieckiem tak długo, póki nie ostygła. Przy ciepłej jeszcze babie wolno było rozmawiać jedynie szeptem, a chodziło się na paluszkach. Wszystko dlatego, że jeśli baba wielkanocna się nie udała, oznaczało to hańbę dla pani domu. Po takiej przeprawie wypieczenie zwykłego mazurka czy placka z kruszonką stawało się niewartym uwagi drobiazgiem.

Kiedy dom przypominał pole bitwy, a zajęte walką z bałaganem i ciastami gospodynie pałały żądzą mordu, dla mężów najrozsądniejszym wyjściem było oddanie się obrzędom religijnym. Najlepiej takim, które dawały szansę na jakąś dodatkową rozrywkę. W Wielki Czwartek wedle opisu Jana S. Bystronia w „Dziejach obyczajów w dawnej Polsce” niezwykłym powodzeniem wśród gapiów cieszyło się publiczne obmycie nóg przez ważne osoby wytypowanym 12 starcom. Jak niegdyś Chrystus apostołom, tak w szlacheckiej Polsce król, magnaci i biskupi tego dnia symbolicznie szorowali nogi biedakom.

Jędrzej Kitowicz w „Opisie obyczajów i dziejów za panowania Augusta III” wspomina, że gdy monarcha kończył myć nogi starcom, „sadzano ich potem do stołu, a król i znakomitsze osoby im usługiwały”. Po uczcie zaś każdy otrzymywał nowe ubranie, łyżkę, nóż, a nawet „serwetę, w której dukaty były zawiązane”. Poeta Władysław Syrokomla twierdził, iż „za Stanisława Augusta raz się trafiło, że każdy z 12 starców miał sto lat, a jeden 125”, choć pewnie artystę w tym miejscu poniosła już fantazja. Tak czy inaczej po trudnym okresie Wielkiego Postu można było sobie wreszcie pozwolić na publiczne rozrywki.

Ranek w Wielki Piątek rozpoczynano od zabawy w pastwienie się nad postnym jedzeniem. Urządzano pogrzeb żuru, co wedle opisu Jana S. Bystronia polegało na tym, że jakiejś nieświadomej ofierze dla żartu żur ten wylewano na głowę. Z kolei śledzia symbolicznie wieszano na drzewach. „Karząc go niby za to, że przez sześć niedziel panował nad mięsem” – wspominał Kitowicz. Znęcano się nie tylko nad jedzeniem. „Rano budziły nas krzyki z pokoi starszego rodzeństwa, gdzie rózgą dostawali boże rany. Nic nie chroniło nas od tej tradycyjnej w skóry” – wspominała dzieciństwo w Rzeszynku w Wielkopolsce Izabela Drwęska. Co bardziej gustujący w dawnych tradycjach rodzice tego ranka sprawiali lanie dzieciom dla upamiętnienia męki Chrystusa. Następnie brano się do malowania lub dekorowania jaj, które w Wielkanoc dawano obitym wcześniej pociechom do zabawy lub w prezencie przyjaciołom.

Największą atrakcję stanowiły tego dnia wycieczki do kościołów, aby obejrzeć, jak udekorowano grób Chrystusa.Wedle wybitnego etnografa Zygmunta Glogera zwyczaj budowania w kościołach wystawnych grobów chrystusowych od czasów średniowiecznych upowszechnił się jedynie w Polsce i na jej pograniczu. Przybyszy z Zachodu zaskakiwało ich bogactwo i niezwykłe formy. „Wszystko to nader okazałe dla nieprzeliczonej liczby lamp i świec jarzących” – opisał w połowie XVII wieku obejrzane w warszawskich kościołach chrystusowe groby francuski historyk Jean de Laboureur. Najbardziej zaś zaskoczył go militarny grób Chrystusa w kościele Jezuitów, który „był cały złożony z pałaszów, szyszaków i broni prawdziwej”. Za czasów Jędrzeja Kitowicza można było ujrzeć przy grobach przeróżne niezwykłości. Spotykało się „lwy błyskające oczami szklanymi”, a także „morze bałwany swoje miotało”, zaś „Longin [legionista] siedzący na koniu zbliżał się do boku Chrystusowego z włócznią. Maryje stojące pod krzyżem ręce do oczów z chustkami podnosiły” – opisywał Kitowicz. Jednym słowem, prawdziwy teatr mający przyciągać uwagę gapiów, często nijak się mający do biblijnych relacji. Do tego jeszcze dla podkreślenia splendoru osoby Zbawiciela w miastach przy grobach warty pełnili prawdziwi żołnierze. Na wsiach za żołnierzy przebierano parobków.

Atrakcyjność takich dekoracji sprawiała, że w Wielki Piątek kościoły stawały się centrum życia towarzyskiego. „Towarzystwa umawiają się tam a tam spotkać, dowiedziawszy się wprzód, w których kościołach wystawa najwspanialsza” – opisywał pod koniec XVIII wieku zwiedzający Warszawę Fryderyk Szulc. Przybywszy do świątyń, ludzie klękali, ostentacyjnie modlili się przed chrystusowym grobem, po czym „zasiadają zaraz na krzesłach, wpatrując w przechodzące tłumy, zaczepiają znajomych, rozmawiają o wielu niepobożnych przedmiotach itp.” – relacjonował Szulc.

Z kolei wieczorem gapie mogli się ekscytować innym widowiskiem, a mianowicie procesją osób zwanych kapnikami ubranych w wielkie kaptury. Jej uczestnicy biczowali się przy każdej stacji drogi krzyżowej. Jeden zaś z nich udawał Chrystusa i „dźwigał wielki krzyż, przyklękając wciąż po drodze, bito go łańcuchem od krzyża, wołając »Postępuj, Jezu!«” – opisuje Bystroń. Jean de Laboureur ze zgrozą odnotował, że warszawscy „kapnicy” biczowali się po gołych plecach do krwi, przeraźliwie przy tym wrzeszcząc. Podobne procesje zapamiętał z dzieciństwa (połowa XVIII wieku) spędzonego w Brześciu Julian Ursyn Niemcewicz. Wedle jego relacji na dany znak „kapnicy” odkrywali plecy i siekli w nie pejczykami aż do krwi. Występ powtarzano pięciokrotnie dla upamiętnienia pięciu ran Chrystusowych. „W bractwie tym uczestniczyli pierwsi obywatele województwa” – wspominał Niemcewicz. W tym nawale rozrywek nie zapominano w Wielki Piątek o spowiedzi, zwłaszcza że o wiele łatwiej było uzyskać tego dnia rozgrzeszenie.

W Wielką Sobotę od samego ranka czekały znów nowe atrakcje. Należało bowiem przygotować do poświęcenia szykowane tygodniami jedzenie. Jako że nadal obowiązywał post ścisły i każdy szanujący się katolik spożywał minimalne ilości strawy, stawianie na stoły cudownie pachnących wędlin, ciast i kiełbas wystawiało domowników na trudne do zwalczenia pokusy. A wszystko za sprawą upowszechnionego ok. XVII wieku zwyczaju, który nakazywał, by proboszczowie przybyli do wiernych i w domach święcili potrawy. Po poświęceniu i modlitwie gospodarze zwykle w podzięce częstowali gościa nalewkami. Na koniec obchodu po domach wiernych duchowny bywał już więc zalany w trupa.Biskup płocki Andrzej Stanisław Załuski w piśmie do proboszczów w 1733 roku upominał: „Zamiast poświęcić ogień i wodę, słuchać spowiedzi itp., wszystko to opuściwszy, biegają po wsiach i domach, i często ledwie zdążają na jutrznię”. I ze zgrozą ganił, że wieczorem w Wielką Sobotę „niezdolni są nawet do odprawienia mszy świętej ze zgorszeniem ludu i zniewagą stanu duchownego”. Chcąc temu zapobiec, biskup nakazywał proboszczom: „Niech wyłożą wiernym, że nie jest koniecznością wszystkie pokarmy poświęcić, lecz dość niektóre z nich, choćby tylko sam chleb, a ten z łatwością może być przyniesiony do drzwi kościelnych”.

Nic nie wiadomo o tym, że biskup Załuski mógł się poszczycić jakimś wychowawczym sukcesem. Jednak niezależnie, w jakiej formie były osoby duchowne w sobotni wieczór, i tak wówczas lub najpóźniej o świcie w niedzielę odbywały się w kościołach msze rezurekcyjne, kończone uroczystą procesją. I znów wszystko miało formę wystawnego widowiska. Gdy czytano ewangelię, pilnujący chrystusowego grobu żołnierze musieli odgrywać sceny pantomimiczne z udawaniem strachu lub padaniem plackiem na posadzkę podczas czytania opisu zmartwychwstania. Potem odpalano petardy, strzelano z dział, bito w dzwony, a wierni czynili hałas na najprzeróżniejsze sposoby. Młody Juliusz Słowacki, będąc w Nieświeżu na rezurekcji u Radziwiłłów, wspominał, że w kulminacyjnym momencie mszy na polecenie księcia „dano ognia z dwunastu dział, a dzwonnicy na wieżach wystrzelili z dwóch moździerzy, a całe pospólstwo strzelało z kluczków, z dubeltówek, z krócic i był huk taki, że zawalił się pułap w domie pewnego mieszczanina”.

Po tak radosnym poranku wreszcie można było przystąpić do niczym nieskrępowanej i już zupełnie legalnej zabawy. Dobry wstęp stanowiło odpowiednio wystawne wielkanocne śniadanie. Wojewoda miński Mikołaj Sapieha ok. 1640 roku, kiedy zaprosił na takowe innych magnatów, zasłynął tym, że na świątecznym stole ustawił 12 pieczonych jeleni symbolizujących każdy z miesięcy. Naokoło nich stały 52 ciasta, każde inne, tak jak to bywa z tygodniami w roku. Obok nich 365 identycznych babek, na każdy dzień roku jedna. A oprócz tego oczywiście rozłożono masę innego jedzenia. Na środku zaś ogromnego stołu górował nad wszystkim wypieczony z ciasta ogromny baranek z chorągiewką otoczony przez cztery pieczone dziki.

Dwa stulecia później Andrzej Rostworowski, goszcząc pod Mińskiem u swego wuja Edwarda Horwatta w pałacu w Narowli, zapamiętał, że na wielkanocne śniadanie ustawiono w bibliotece stół o długości jakichś 12 metrów. „W środku zielona altana, w niej baranek. Z dwóch końców stołu głowy: świni pieczonej i dzika w skórze z jajkiem w pysku. Głuszec, cietrzew, dzika kaczka w piórach, a potem już szynki gotowane i pieczone, całe stosy kiełbas, pieczone prosię z kaszą, rolady, pieczone ptactwo, indyki nadziewane śliwkami albo kasztanami” – wyliczał Rostworowski. Mając do czynienia z taką masą potraw, i to po sześciu tygodniach postu, ludzie dosłownie się na nie rzucali, przypłacając to bardzo szybko różnymi dolegliwościami żołądkowymi. Przed tak bolesnymi kłopotami próbowano się zabezpieczać na różne sposoby. Wierzono, że zanim zacznie się obżarstwo, należy zjeść usmażoną na maśle pokrzywę lub poświęcony przez księdza chrzan. Jednak nawet jeśli to w czymś na początku pomagało, to przecież był jeszcze Poniedziałek Wielkanocny. Wedle świątecznej tradycji tego dnia chodzono w gości. A zjedzenia serwowanych wówczas poczęstunków nie wypadało odmówić.

Aby zrobić przerwę w konsumpcji, niekiedy w świąteczną niedzielę Polacy zdobywali się na jakąś aktywność ruchową, choć bez szaleństw. Wśród zabaw towarzyskich największą popularnością cieszyła się walatka. Dwaj gracze brali do rąk pisanki i uderzali jedną o drugą. Przegrywał ten, czyje jajko zostało stłuczone.

Po dniu marazmu nieuchronnie nadchodził lany poniedziałek. Wedle opisu Kitowicza „panowie i dworzanie, panie, panny, nie czekając dnia swego, lali jedni drugich”. Robiono to wiadrami na zewnątrz domu, a często także wewnątrz. „Stoły, stołki, kanapy, krzesła, łóżka, wszystko to było zmoczone, a podłogi jak stawy, wodą zalane” – relacjonował Kitowicz, dodając, że „największa była rozkosz przydybać jaką damę w łóżku, to już ta nieboga musiała pływać w wodzie między poduszkami i pierzynami, jak między bałwanami, przytrzymana albowiem od silnych mężczyzn, nie mogła się wyrwać z tego potopu”.

I w tak uroczy sposób dobiegały końca kolejne święta wielkanocne. Zupełnie jak i dziś nasi przodkowie dopiero wtedy mogli wreszcie odpocząć. ¨

Newsweek, ¨Swiateczny armagedon, czyli Wielkanoc po polsku¨

Andrzej Krajewski