31. Amazonia, miejsce w którym spotkasz Boga. Część II.


Innym razem wybraliśmy się na wycieczkę po rzece, po bagnach, po obszernych rozlewiskach, po których w porze letniej można przejść suchą stopą, a teraz były zalane wodą, kiedy to podnosi się znacznie poziom Amazonki i jej licznych odnóg. Nasze małe czółna kolebotały się na lewo i prawo, ja trzymałam się kurczowo, by nie wypaść do wody, zwłaszcza kiedy przypominałam sobie raz po raz o bestiach większych i mniejszych pływających pod nami, koło nas, jak  kajmany i węże, których tu było sporo. W jednym z zalewów w zakrętach rzeki widzieliśmy różowe delfiny, charakterystyczne dla tego regionu, które skakały w górę, jakby w przedstawieniu na życzenie. Fantastyczne.

Innym razem pływaliśmy czółnami w poszukiwaniu ogromnych lilli wodnych, Victoria Regia, po zobaczeniu których otwarliśmy gęby z wrażenia, bo rośliny te są ogromne, ich talerze osiągają średnice nawet 2m i miałam wrażenie, że można by po nich spacerować. Co jakiś czas napotykaliśmy nad naszymi głowami leniwce przyczepione do gałęzi, schowane między liśćmi, ale nie na tyle dobrze ukryte, by umknąć wprawnemu oku indiańskiego przewodnika. Kilka razy udało się znaleźć krzyczące małpy capuchinos, które odważnie zwisały z gałęzi nie przejmując się nami, intruzami. Posuwaliśmy się naprzód powoli, wiosłując rytmicznie, uważnie, by nie zahaczyć o gałęzie czy pnie pod wodą, a ja przy okazji zbierałam przeróżne nasiona unoszone na powierzchni rozlewiska. I przez cały czas słuchaliśmy odgłosów selwy, nieznanych, ciekawych, zabawnych, jak np. ptaków budujących gniazda zwisające z gałęzi jak worki, które wydawały z siebie przedziwne dźwięki jakby futurystyczne, jakby dźwięki jakichś maszyn… Kiedy nadchodził wieczór a potem noc, zmieniały się dźwięki, ale nie ustawały, jedne istoty szły spać, inne się budziły, ruszały na poszukiwanie pokarmu, przeczesując bezszelestnie otaczający nas całkowity i bezlitosny mrok. Marzeniem każdego gringo odwiedzającego te tereny jest zobaczyć jaguara, ale nawet niektórym przewodnikom mieszkającym tu od lat nigdy nie udało się zobaczyć jaguara na wolności. Jako płochliwe zwierzę nie zapuszcza się w rejony naznaczone ludzką stopą i zapachem, a w głębszych warstwach lasu jest po prostu niewidoczny wśród zielonego gąszczu, w dzień zazwyczaj odpoczywa gdzieś w konarach drzew, poluje w nocy, porusza się nie wydając żadnego dźwięku i tak naprawdę jeśli ktoś mówi, że po kilku dniach pobytu w dżungli widział jaguara na wolności, to po prostu kłamie, albo mu się tylko zdawało, bo jest to niezwykle trudne.

W czasie pobytu mieliśmy okazję poznać jedno z „dzikich”plemion, które miało swoje obozowisko niedaleko naszego, nad brzegiem rzeki. Nie do końca ufam, że żyją tak, jak chcieli, żeby to wyglądało, bo mieszkają zbyt blisko Iquitos, dokąd na pewno co jakiś czas się wybierają (tak sądzę). Nie mniej jednak widzieliśmy ich chaty w lesie, ich samych, półnagich, biegających z przepaskami na biodrach, z równo przyciętymi włosami i opaskami na głowie, z ozdobami w nosach, uszach, z pomalowanymi twarzami i długie rurki do wypluwania z zawrotną prędkością strzałek z kurarą. Przewodnik rozmawiał z nimi w ich języku, oni chcieli od nas jakieś zachodnie „gadżety”, więc oddaliśmy im kilka naszych drobiazgów w zamian za ich wyroby typu branzoletki, naszyjniki. Jedna z golusieńkich kobiet chciała moją bluzkę, ale nie dałam się skusić, co ją bardzo zdziwiło, bo przecież ona nie wstydziła się pokazać cycków…Oddałam za to moją kurtkę nieprzemakalną, za co ona podarowała mi torebkę z jakiegoś olbrzymiego nasiona, chyba kokosu. Piękna, ozdobna, z koralikami i wyrzeźbionymi rysunkami. Dobry interes!

W tej wiosce mieli kilka oswojonych małpek capuchinos które dawały się karmić, dotknąć, potrafiły nawet kilka prostych sztuczek. Jedna z tych małpek, Luigi, podczas mojej zabawy z nią wspięła mi się na głowę, owinęła swój ogon wokół mojej szyi, zaczęła palcować moją twarz i kiedy właściciele zorientowali się, zaczęli wołać na Luigiego, by mnie zostawił w spokoju, ale ten nie reagował. Przykleił te swoje małe ciepłe łapki do mojej twarzy i nawet szarpanie nie pomogło, nie dało się go ściągnąć. Ja nie wiedziałam co robić z małpą na głowie, bo przecież trudno przewidzieć co takie zwierzę zrobi, więc stałam nieruchomo, ale bardzo chciało mi się śmiać i w końcu nie wytrzymałam, wybuchnęłam śmiechem, na co zdezorientowany Luigi zareagował gwałtownymi ruchami. Po wielu próbach udało się go wreszcie zwabić na ziemię za pomocą świeżutkiego banana. Ja zaś wycierałam twarz po jego ciepłych i ubłoconych łapkach. Ach, ci mężczyźni…

Wracając do Iquitos wstąpiliśmy po drodze do małego prywatnego zoo, gdzie mogliśmy zobaczyć, dotknąć zwierzęta, których nie da się tak łatwo zobaczyć na wolności. Były tam kapibary, węże, leniwce, małpy, żółwie i był tam też mały jaguar. Mnie osobiście najbardziej spodobały się 2 leniwce, zakochana parka Juan i Maria, tak powolne, że ciężko było zauważyć u nich jakieś oznaki życia. Były oswojone i dlatego nie bałam się wziąć Marii na ręce. Jej sierść była dziwna, gęsta, trochę jakby igły, trochę jakby włosy, długa i koloru szarego. Miała śliczne brązowe oczka.

Samiczka leniwca, Maria

Maria i Juan

Pobyt w lesie amazońskim jest drugim obok wizyty w Machu Pichu i królewskim Cusco najważniejszym elementem mojej wyprawy do Peru i Boliwii. Jest to moment niezapomniany, niezwykły, zupełnie nowy i ciekawy. Tutaj piękne i nowe jest wszystko co widać, co nas otacza, ciekawe wszystko, co wydaje dźwięki i zapachy. Całe jestestwo tętni życiem, życie jest wszędzie, w powietrzu, w wodzie, w ziemi i na jej powierzchni, w roślinach i na roślinach, pod naszymi stopami i na naszej skórze. Wszędzie życie, tysiące znanych i nieznanych gatunków w zasięgu ręki, wzroku, lornetki, aparatu fotograficznego. W Amazonii nie trzeba szukać obiektu, nie trzeba iść szlakiem, wspinać się, czy przeczesywać teren w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Wystarczy usiąść na chwilę, znieruchomieć, obserwować i oddać kontrolę naszym zmysłom, by rozkoszować się różnorodnością tej boskiej przyrody. Nie ma nigdzie indziej takiej zieleni, takiego brązu i intensywnej czerwieni kwiatów, takiego gęstego powietrza jak w lesie deszczowym, takiego miejsca, gdzie budzi cię i kołysze do snu szelest liści, śpiew futurystycznych ptaków, skrzeczenie małp w nocy i w tym samym czasie ogarnia doskonała czerń nocy. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takich intensywnych uczuć; pobyt w Machu Picchu to przede wszystkim ogromna radość, spełnienie wieloletnich marzeń, to inne intensywne i cudowne uczucia, a tutaj, w sercu selwy te uczucia zmieniły się na wewnętrze wyciszenie, uspokojenie, respekt przed wszystkim co wokół, bo gdzie jak nie tutaj właśnie jest raj?? Amazonia to dla mnie miejsce, skąd najbliżej do Boga. Minęło już trochę czasu od powrotu z Peru a ja niezmiennie mam wrażenie, jakbym jeszcze wczoraj przeczesywała dżunglę w poszukiwaniu nasion z farbą czy tarantuli. Nagrane dźwięki futurystycznych ptaków przypominają mi, że gdzieś tam, daleko, na drugiej półkuli znajduje się ten mój raj, ta dżungla, która mnie wzywa i nie pozwala o sobie zapomnieć. Nasionko zasiało się, już rośnie i będzie rosło i rosło…

Z dżungli wróciliśmy łódką do Iquitos, a stamtąd samolotem do Limy i następnego dnia lecieliśmy już do domu. Tym razem podróż trwała krótko, bo prawie cały czas spaliśmy, odpoczywaliśmy, wspominaliśmy cudownie przeżyte momenty, ale także przeżywaliśmy jeszcze raz te trudniejsze, wyczerpujące i smutne. Po drodze zatrzymaliśmy się w Bogocie na kilka godzin w ramach przesiadki, nieoczekiwanej zresztą. W ciągu 2h na lotnisku sprawdzono nam 6 razy cały podręczny bagaż, policyjne psy obwąchały nas wzdłuż i wszerz, co kilkanaście metrów sprawdzano paszporty…szok. Po tym wszystkim dalej nie rozumiem, jak niektórzy są w stanie wywozić kilogramy kokainy z Kolumbii.

Po 45 dniach podróży po Peru i Boliwii wracaliśmy do Hiszpanii, zostawiając za nami magiczne krajobrazy, niezwykłą przyrodę i nowo poznanych ludzi i wracając z kieszeniami pełnymi przygód i pamiątek. Został mi jeszcze kawał świata do obejrzenia, ale jedno wiem na pewno: do Ameryki Południowej pojadę jeszcze nieraz, w czym pomoże mi ta andrzejkowa wróżba 2009: czy coś Wam przypomina?? 🙂

30. Amazonia, miejsce w którym spotkasz Boga. Część I.


Do peruwiańskiej części selwy amazońskiej można dotrzeć np. przez dostanie się najpierw do jednego z 3 głównych miast, znajdujących się na terenie lasu deszczowego. Na południu kraju to Puerto Maldonado, do którego można dotrzeć drogą lądową i słynie z tego, że oferuje turystom najbardziej dziewicze miejsca peruwiańskiej selwy  oraz znakomite warunki hotelowe. W okolicy można zwiedzić fantastyczny park narodowy-rezerwat Manu (niedaleko także od Cusco) i rezerwat Tambopata. Drugim miastem, położonym w centralnej części selwy peruwiańskiej jest Pucallpa, stolica departamentu Ucayali, do której można dojechać normalną drogą asfaltowaną. Jest to jedyne miasto w regionie Amazonii połączone z Limą drogą asfaltową. Trzecim miastem jest oczywiście Iquitos, w północnym regionie Amazonii.

Następnego dnia rano wyruszyliśmy w drogę, odpływając motorówką z małego portu w mieście. W skład naszej grupki wchodziło 6 osób, w tym 3 zabawne Rosjanki mieszkające w Dubaju…O dziwo jakoś się dogadywałyśmy, rozmawiając każda w swoim własnym języku. Po około godzinie czasu dopłynęliśmy do miejsca, w którym zmienia się kolor rzeki, z jasno brązowego na zielonkawo-niebieski, tzn. z Amazonki wpłynęliśmy w jej odgałęzienie, które na początku było rzeką, coraz węższą i spokojniejszą i szybko zamieniło się w stojącą rzeczkę pokrytą całkowicie roślinnością w postaci kwiatów, nenufarów, maleńkich krzaczków mimozy. Po powierzchni tego zielonego dywanu chodziły swobodnie ptaki, wydziobując owady. Co jakiś czas można było zobaczyć także małe żabki, węże prześlizgujące się między kwiatami, kolorowe owady jak barwne motyle, duże czarne żuki, zielone pasikoniki z czerwono-żółtą główką oraz maleńkie kajmany, które wcale nie bały się podpływać w pobliże czółen a inne spały lub po prostu tkwiły nieruchomo między trzcinami. Duże kajmany nie podpływają tam, gdzie znajdują się ludzie, polują zazwyczaj wieczorem, w nocy, a w dzień chowają się w gąszczu roślinności. Nasi przewodnicy kilka razy łapali małe kajmany, wyciągali je z wody własnymi rękami. Na szczęście żadna z krokodylich mam nie zdenerwowała się, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z rozwścieczoną bestią o długości kilku metrów… Miejscowi mają swoje sposoby ujarzmiania i współżycia z dziką przyrodą dżungli, np. te malutkie kajmany potrafią wyciągnąć szybko i sprawnie, najłatwiej w nocy, kiedy wyszukują ich za pomocą latarek, którymi oślepiają zwierzę, przec co przez moment traci ono orientację i jest łatwym łupem. Podczas jednej z wypraw czółnem wgłąb lasu, miałam w ręce takiego zwierzaczka, i chociaż mały, robi wrażenie:-)

Zmiana koloru wody.

Rzeka prowadząca do obozu.

Kajman w zaroślach.

Nasze obozowisko znajdowało się na brzegu tej zarośniętej rzeki, obok zacumowane indiańskie czółna a wokoło najprawdziwsza dzika dżungla. Pierwsze co zauważyłam to ciągły hałas z każdej strony, odgłosy ptaków, owadów, śpiewanie, brzęczenie, bzyczenie, pluskanie, wszędzie wokół, nad nami, za nami… Ulokowano nas w chatach, które zbudowano na drewnianych platformach, by nie podmakały. Były one połączone drewnianym mostem, także chodząc od jednej do drugiej nie dotykaliśmy ziemi.  Taki prosty system połączeń miał za zadanie ochrony przed wężami i żmijami oraz niektórymi jadowitymi owadami, które kąsały zdrowo, jak się je niechcący nadepnęło. Zamiast okien moskitiery, rozwieszone także pod sufitem, który był tylko kupą suchej trzciny i pod nią, nad naszymi głowami, latały ptaki, owady a po powierzchni moskitiery biegały pająki, ćmy, gigantyczne mrówki i przeciskały się, na szczęście bez skutku, wszelkiej maści komary i gryzące bąki. Komary przenoszące zarodźce malarii to widliszki i miejscowi rozpoznają je po jasnożółtych odwłokach i nóżkach. W chacie mieliśmy zasłonięty kąt, który służył za łazienkę i ubikację. Można było się „wykąpać”, korzystając ze skromnego zapasu wody zgromadzonej w zawieszonym na znacznej wysokości (by wytworzyć spadek wody) blaszanym zbiorniku z wodą pobieraną z rzeki, która miała kolor jasnobrązowy. Kuchnia obozowa bardzo smaczna, gotowali sami przewodnicy, był tam jakiś „szef kuchni”, który pewnie tylko sprawdzał, czy pozostali umyli ręce. Jedzenie serwowane to przede wszystkich dania z ryżu, świeże warzywa, sałatki, smażona yuka i smażone banany, czasem jakieś udka z kurczaka i domowej roboty lemoniady. Na deser soczyste owoce, najczęściej arbuzy i melony. W obozie mieszkały udomowione zwierzęta jak kolorowe papugi, ocelot Pedro Bello czyli Piotr Piękny i jakiś trudno uchwytny jaszczur.

Mały ocelotek

Nasz rozkład zajęć obfitował w dzienne i nocne wycieczki z przewodnikiem wgłąb lasu, wycieczki piesze i rzeką, wycieczki botaniczne i w poszukiwaniu dzikich zwierząt. W pierwszą noc wybraliśmy się na poszukiwanie tarantuli, które żyją na pniach palmy, chowają się między uschnięte podstawy liści i ciężko je znaleźć, ale widzieliśmy 2 okazy po kilku godzinach łażenia. Są płochliwe, ogromne i włochate. Podeszłam z latarką na jakieś 1.5m i zastygłam w bezruchu, żeby nie uciekły. W nocy jest tak ciemno, że nie widać dosłownie nic, nawet własnej ręki nie można zobaczyć, panuje wokół absolutna ciemność. Często zderzały się z nami jakieś olbrzymie owady latające, jednego takiego robala–cykadę wielkości pokrowca na okulary zobaczyliśmy na pniu obok kuchni w obozie. Był po prostu ogromny, brązowy, jego pancerz połyskiwał w świetle latarki i wydobywał z siebie niskie dźwięki jak szelest, chyba pocierając odnóżami jak to robią pasikoniki. Odrażające dla mnie, bo nie znoszę robactwa. W obozie oczywiście nie ma światła elektrycznego, tylko lampy naftowe i nasze latarki oświetlały nam drogę do jadalni, między chatami i w chatce. W głębi lasu w ciągu dnia także jest ciemno ze względu na bardzo gęstą roślinność. Przez cały czas pobytu w lesie musieliśmy oganiać się od chmary komarów, która atakowała nas zawsze jak tylko wyszliśmy z chatki z moskitierą. Zużyliśmy prawie cały zapas silnego repelentu Relec extra do warunków ekstremalnych 😉 ale niewiele to skutkowało, bo na te komarzyska repelent specjalnie nie działał. Jeśli dodam, że przez cały czas byliśmy spoceni, pokryci warstwą repelentu, kremu i otoczeni mgłą 95% wilgotności, zakryci szczelnie od stóp do głów, to łatwo wyobrazić sobie jak wyglądaliśmy. Wysokie gumowce od organizatora wycieczki dodawały nam uroku i odparzeń, ale bez nich spacer po mokrym, błotnistym podłożu byłby męką.

Całkowicie zakryta, uciekam przed chmarą komarów…Nie udało się, miałam ok. 30 bąbli.

W ciągu kolejnych dni wybraliśmy się z przewodnikiem na poszukiwanie roślin leczniczych, których wynalazł on całą masę, ale większości nazw nawet nie umiem powtórzyć. Wymienię tylko znaną roślinę halucynogenną ayahuasca, wykorzystywaną przez szamanów w czasie magicznych obrzędów oraz bardzo długie i giętkie tykwy, liany, które przecięte maczetą zawierały czystą pitną wodę, którą spróbowałam z przyjemnością. Ciekawa roślina rosła tuż obok obozu, miała owoce już dojrzałe, mięsiste i włochate, wielkości orzecha włoskiego. Po otworzeniu łupiny ukazały się nasionka, miękkie, które po potarciu palcem wydzielały niesamowicie intensywny czerwony kolor o konsystencji farby. Super! Nasz przewodnik w pewnym momencie zerwał coś, otworzył jednym uderzeniem pięści i wyciągnął dużego białego robala, po czym zapytał, czy mamy ochotę na tutejszą zakąskę o smaku kokosowym…Odmówiłam bez wahania, ale moja połówka pomarańczy chyba zgłodniał, bo zaproponował przewodnikowi, że jeśli przewodnik zje, to on też, no i zjadł chłopak jednego, po czym stwierdził, że naprawdę ma smak kokosowego ciastka…

Pyszny robak.

Na wycieczce botanicznej.

cdn.

29. Miasto w sercu dżungli. Iquitos.


Ostatnim etapem mojej podróży po Peru i Boliwii była wycieczka do dżungli amazońskiej. Do Iquitos dolecieliśmy samolotem z Limy tych samych linii lotniczych, których samolot rozbił się 2 tygodnie wcześniej w czasie lotu nad lasem deszczowym z powodu silnych turbulencji. Wszyscy pasażerowie zginęli. Naszym samolotem też rzucało w górę i w dół, ale to podobno normalne w tej strefie klimatycznej. Nie obyło się jednak bez krzyków niektórych przestraszonych pasażerów, co jeszcze wzmagało żarliwość moich modłów:-) Podróż samolotem to właściwie jedyna rozsądna możliwość dostania się do Iquitos, które jest kilkusettysięcznym miastem (430.000) położonym w sercu selwy amazońskiej, co widać zresztą świetnie na mapie Peru. Drugim sposobem na dotarcie do Iquitos jest rejs z miejscowymi handlarzami  rzeką, co trwa od kilku dni do 2 tyg.czasu i jest to raczej skomplikowane, gdyż nie ma jednej trajektorii i czas podróży rzeką zależy od jej poziomu w danym okresie. Już w czasie lotu widać było piękny zielony dywan drzew poprzecinany wijącą się w dole Amazonką. To był niezwykły widok, nasze pierwsze niesamowite wrażenie, że oto pod nami królowa rzek a my za chwilę wylądujemy w miejscu z którego już tylko rzut kamieniem do serca dżungli.

Miasto Iquitos jest duże, hałaśliwe, ciekawe. Jest największym miastem na świecie, do którego nie można dotrzeć drogą lądową. Nie ma żadnej drogi łączącej Iquitos z resztą kraju. Miasto zostało założone przez jezuickich misjonarzy ok. 1750, którzy wybrali się w tamte regiony by nawracać „dzikich”, co jednak na szczęście się nie udawało i teraz możemy poznać ostatnie już plemiona, w większości tylko półdzikie. Pod koniec XIX-go wieku mała mieścina w sercu dżungli zamieniła się w rozwijającą się pełną parą metropolię za sprawą gwałtownego boomu kauczukowego i szybko europejscy magnaci zbili milionowe fortuny na handlu tym cennym surowcem. Muszę tu wspomnieć, że wiele z tych ogromnych fortun wyrosło z krwi i niewolniczej pracy rdzennych mieszkańców, wykorzystywanych jako niewolnicy. Na szczęście niedługo po tym boomie okazało się, że drzewa kauczukowe można z powodzeniem hodować  na plantacjach i jest to dużo wydajniejsze niż szukanie w selwie pojedynczych osobników, tak więc szybko biali najeźdźcy opuścili tereny dzisiejszego Iquitos pozostawiając po sobie kolonialne zabudowania, piękne wille, hotele i jedną z największych atrakcji miasta- Żelazny Dom (Casa de Hierro) zaprojektowany przez Eiffla, skonstruowany w Paryżu i w częściach przewieziony do Iquitos. Wraz z końcem gorączki kauczukowej miasto opustoszało, jednak odżyło już w latach 60-tych XX-go wieku za sprawą boomu „ropnego” i do dzisiaj jest dobrze prosperującą metropolią.

Mieszkańcy mają wyraźnie inny wygląd niż reszta Peruwiańczyków, ich rysy twarzy są mniej indiańskie i skóra trochę jaśniejsza niż w przypadku np. mieszkańców Cusco. Kto oglądał filmy przyrodnicze np. państwa Halików o mieszkańcach dzikich zakątków Ameryki Południowej, o dzikich plemionach amazońskich, ten przypomni sobie widziane w nich twarze patrząc właśnie na mieszkanców tego regionu. Głównym środkiem transportu w mieście są motory i motowózki (mototaxi), nie wiem jak nazwać dokładnie taki pojazd, zudowany z motoru i doczepioną budą w miejscu tylnego koła, do przewożenia 1-2 osób. Takie motowózki służą jako taksówki i są bardzo tanie, szybkie, ale strasznie hałasują. Po ulicach przez cały czas gnają tam i z powrotem tubylcy przewożący innych tubylców i turystów. W lutym w Iquitos jest pora deszczowa, tamtejsza zima (temp. średnia w lutym 21-30 stopniC) , więc nie ma tych najgorszych upałów jak w lecie, ale jest baaaardzo duszno, parno i wilgotność powietrza sięga 90%. Zlało nas kilkakrotnie i ubrania pomimo ciepła właściwie nie suszyły się, tak więc przez te kilka dni chodziliśmy w wilgotnych i lepkich ciuchach. Według zaleceń lekarza na 1 dzień przed przylotem do Iquitos zaczęliśmy zażywać tabletki p/malarii, które spożywaliśmy codziennie w czasie pobytu w selwie i jeszcze tydzień czasu po wyjeździe, na wszelki wypadek, gdybyśmy złapali bakcyla. W mieście nie ma komarów, ludzie oczywiście znają malarię, wielu z mieszkańców chorowało na nią, ale nie przejmują się nią zbytnio, a środki ostrożności w postaci repelentów i peleryn zakrywających ciało używają dopiero gdy przemieszczają się w miejsca mniej cywilizowane. Turyści mogą przebierać wśród licznych hoteli wszystkich kategorii, restauracji serwujących dania od wszędobylskich w Peru fastfoodów i chickenfoodów po egzotyczne dania kuchni miejscowej, licznych sklepów i marketów, banków, cyberkafejek. W jednej z miejscowych jadłodajni mieliśmy okazję spróbować zupę z żółwia błotnego i fileciki z jaszczurki (niestety nazwy gatunku nie pamiętam:) Wieczorami można spokojnie spacerować po centrum, jest bezpiecznie, miasto raczej szybko pustoszeje i nie stresowaliśmy się (jak w Limie) podczas nocnego zwiedzania miejskiej promenady, kolorowych zaułków czy wąskich uliczek między zabudowaniami. Iquitos to jedno z najbezpieczniejszych i najsympatyczniejszych miast w Peru, jego mieszkańcy żyją z turystyki i dlatego sami dbają o to, by przyjezdni czuli się w mieście bezpiecznie.

W centrum miasta znajduje się znana restauracja Yellow Rose of Texas (Putumayo 180), ozdobiona licznymi trofeami z dżungli ale także z „Dzikiego Zachodu”. Można w niej zjeść dobrze, chociaż drożej niż w innych barach. Kiedy szef dowiedział się, że jestem Polką, od razu zaczął się chwalić, że co roku jego restaurację odwiedza „znany i szalony polski podróżnik”, jak sie wyraził :-), który co roku przyjeżdża do Iquitos by badać selwę i jej tajemnicę, po mieście chodzi boso, a nazywa sie Wojtek Cejrowski.

W Yellow Rose of Texas.

W mieście można przebierać w licznych ofertach wycieczek długich i krótkich do obozów w głębi selwy i my też wykupiliśmy taką kilkudniową podróż do dżungli. Zew przygody pruł nasze tętnice 😉  Następnego dnia rano wypłynęliśmy na spotkanie oko w oko z dziką przyrodą Amazonii.

cdn.