71. Noc z gwiazdami. Wadi Rum.


Po wycieczce do Petry pojechaliśmy dżipem do obozowiska beduinów, gdzie mieliśmy spędzić parę dni, w samym środeczku pustyni Wadi Rum. Pustynia ta wcale nie jest znaną z opowieści bezludną pustynią, bo mieszka w niej wiele beduińskich plemion, rozsianych w oazach i małych miasteczkach z murowanymi domkami i telefonami komórkowymi. Przed przyjazdem do obozu najpierw właśnie dotarliśmy do jednego z takich miasteczek, którego nazwy nawet nie pamiętam, pamiętam natomiast że bylo obskurne, brudne, zawalone śmieciami i gratami samochodów a po ulicach wałęsały się dzieciaki z kołtunami na głowie…Tam zaopatrzyliśmy się w wodę i jakieś batony.

Miasteczko beduinów, z zasięgiem komórkowym:-)

Wykupiliśmy pobyt w obozie beduinów u niejakiego Zidana, wysokiego, chudego i małomównego miejscowego „biznesmena” i jego zużytym samochodem terenowym pojechaliśmy wgłąb pustyni. Droga była tak wyboista, pełna kamieni, że rzucało nami na wszystkie strony a ja musiałam się położyć i trzymałam kciuki, żeby nie oderwało się żadne z kół. Jechaliśmy po ciemku, nie wiadomo było dokąd, nie było widać absolutnie nic, tylko nicość oświetloną przed nami światłami samochodu i wyjeżdżone ślady kół. Długo zastanawialiśmy się, jak Zidane odnajduje drogę w tej absolutnej ciemności, bo przecież nawet te ślady samochodów krzyżowały się, zmieniały się kierunki itp. O dziwo dojechaliśmy na miejsce szybko i bez problemów, raz tylko samochód zakopał się w piachu. Dojeżdżając widzieliśmy z daleka światło lamp naftowych w namiotach, oprócz tego nic, absolutnie nic. Trzeba było podejść całkiem blisko, żeby zobaczyć, już prawie dotknąć namiotu. W środku czekała na nas…niemiecka studentka antropologii, która mieszkała w tym obozie już ponad pół roku!!! bo przygotowywała pracę doktorską na temat zwyczajów i kultury ludzi pustyni…Niesłychane, a ja myślałam, że na pustyni nie ma nikogo, hehehe:-)

Obóz

Przygotowano dla nas pyszną obfitą kolację w postaci ryżu, duszonych warzyw i udek z kurczaka. Zidane, jak nakazuje miejscowy zwyczaj, poczęstował swoich gości słodką herbatą parzoną ze swieżą miętą, była boska. W obozie tym mieszka nawet kot. Do spania dostaliśmy składane polowe prycze z megaciężkimi wełnianymi kocami pełnymi piasku i różnorodnych zapachów. Nic to, postanowiłam nie upominać się o świeże prześcieradła:-))))) W namiocie z kolorowych wełnianych koców było więcej łóżek, ale wszystkie tak samo pościelone i zasypane piaskiem. Do namiotu w nocy wchodził kot kiedy chciał i kładł się na moje łóżko. Zidane po kolacji pojechał z powrotem do miasteczka robić interesy a nas zostawił w tym szczerym pustynnym polu pod opieką Niemki, którą nazwał jego zastępczynią na czas jego nieobecności. Niemka była fajna, bardzo jej się podobało takie życie, narzekała tylko na brak elektryczności w obozowisku, bo nie miala jak naładować swojej komórki… Nie pytajcie o zasięg, bo…BYŁ!!!!!  Daleko od namiotu stały ubikacje w postaci niskich murków z gliny z otworami w ziemi, była nawet jakaś mała umywalka z wodą spływającą z położonego nad naszymi głowami zbiornika. Skąd płynęła ta woda i czy była czysta-nie wiem, ale ręce się w niej myło.

W nocy, kiedy już poszliśmy spać, zapanowała tak absolutna cisza, że aż nasz oddech wydawał się hałasem. Nie było słychać po prostu nic…Po raz pierwszy „usłyszałam ciszę”. Taki stan pamiętam ze szlaku Inków w Andach peruwiańskich, kiedy to spaliśmy z Indianami w namiotach a wokół nas były tylko góry i nad nami gwiazdy, ale nawet tam było słychać co jakiś czas jakiegoś owada, jaiegoś ptaka, a tutaj, w Wadi Rum dosłownie nic. Kiedy wyszliśmy z namiotu w środku nocy, oczy wreszcie przyzwyczaiły się do ciemności, lampy już nie świeciły i okazało się, że jednak widać sporo rzeczy wokół nas. Widać było góry, kamienie na drodze, nagle widać było ubikacje, nasze namioty. Nad głowami świeciły miliony gwiazd, niebo było tak czyste a gwiazdy bardzo wyraziste, bo wokół nie bylo nic, co mogłoby te gwiazdy „zagłuszać”. Ta noc z gwiazdami była przepiękna, niesamowita.

Obóz nocą

Wstaliśmy wcześnie rano, by móc zobaczyć wschód słońca w Wadi Rum. Słońce wstawało powoli, długo, leniwie, a pustynia zmieniała w tym czasie swoje barwy i ich natężenie. W pewnym momencie na niebie było widać wschodzące słońce i schodzący księżyc. To było jak krajobraz księżycowy, cudowne. No i ta wszechobecna cisza…bajka!

W planie naszego pobytu w obozie beduinów była wycieczka po pustyni, by obejrzeć różne formacje skalne, piaskowe wydmy, pystynną roślinność i pozostałości po starożytnych mieszkańcach Wadi Rum. Ważnym historycznie punktem wycieczki była wielka skalna ściana, na której znajdują się stare malowidła Nabatejczyków, tych samych, którzy zbudowali Petrę. Mnie podobało się wszystko, oczarowała mnie ogromna wydma z pomarańczowo-czerwonego piasku i skalny most. Tyle moich komentarzy, niech zdjęcia same oddadzą piękno krajobrazu!

Rysunki nabatejskie

Na skalnym moście

69. Jordania. Aqaba i nurkowanie w Morzu Czerwonym.


Pobyt w Jordanii zaczęliśmy od Aqaby, miasta-bliźniaka izraelskiego Eilatu. Eilat jest najdalej na południe położonym dużym izraelskim miastem, nad Morzem Czerwonym. To typowe turystyczne miasto, pełne hoteli, centrów handlowych, jakichś tam plaż i szkół nurkowania. Jak na turystyczne i mało interesujące miasto przystało, jest baaaaardzo drogie, nie ma tam co robić, nie ma zabytków, za to dla chcących wypoczywać nad pięknym morzem miasto jest pełne atrakcji. Jeśli chcecie kupić czy wynająć w Eilacie np. sprzęt do nurkowania, deski surfingowe itp, radzę z tym poczekać i odwiedzić jordańską Aqabę oddaloną o ok. 12 km od Eilatu. Do przejścia granicznego można dojechać za grosze taksówką, tam najpierw trzeba wymeldować się w części izraelskiej, zapłacić opłaty graniczne i potem przejść kontrolę w części jordańskiej (wiza). W Jordanii na przejściu czekają dziesiątki taksówek odwożących turystów do Aqaby. Oczywiście pełno jest też oszustów, którzy naciagają turystów na wielkie pieniądze, stąd my pytaliśmy wcześniej, na przejściu, jakie taksówki i za ile należy wziąć, by faktycznie dojechać tanio i bezpiecznie.

Działeczki w mieście

Kobieta na plaży

W Jordanii czuliśmy się bezpiecznie, miło, ludzie są bardzo życzliwi, a mężczyźni…ach! baaardzo przystojni! 🙂 Jordania jest monarchią, a najbardziej znaną postacią królewskiej rodziny jest przepiękna Rania, żona panującego króla Abdullaha II. Jest ona Palestynką z pochodzenia, urodzoną w Kuwejcie. Zdjęcia rodziny królewskiej wywieszone są w każdym sklepie, hotelu, każdy z zapytanych o króla wydawał się trochę zmieszany i zakłopotany, ale odpowiadał tylko w samych superlatywach. Mieszkańcy Aqaby są przyzwyczajeni do sporej liczby odwiedzających, zwłaszcza przybywa tu cała masa sąsiadów Izraelczyków, jest to możliwe dopiero od niedawna, kiedy to ogłoszono zawieszenie broni w stosunkach Jordania -Izrael (1994rok). Na ulicach spotkaliśmy też wielu Amerykanów, wszechobecnych w Izraelu Rosjan i rosyjskojęzycznych, Europejczyków. Zdziwiło nas, że nie spotkaliśmy Hiszpanów, których spotkaliśmy w każdym miejscu, które odwiedziliśmy, włącznie z Cmentarzem Orląt Lwowskich!!! hehe

Aqaba jest bogatym i w miarę nowoczesnym miastem, do którego chętnie się przyjeżdża. Znajdziemy tu i drogie i tanie hotele,drogie i tanie restauracje, hammamy i kafejki. Generalnie jest taniej niż w Izraelu. Bardzo drogie natomiast jest wejście do Petry, bilet kosztuje 50 jordanów dla jednej osoby (55 euro)… My zatrzymaliśmy się w taniutkim hotelu Dweikh w centrum, za 20 euro noc pokój dwuosobowy, nawet jakoś przeżyliśmy a w recepcji pracownicy byli naprawdę mili i po twadych negocjacjach spuścili cenę za nocleg. W centrum warto rozejrzeć się za sklepami z przyprawami i kadzidłami, są tanie i mają tam dużą różnorodność towarów. Kupiłam przyprawę zatar, mieszaninę ziół, którą używa się z chlebem lub macą moczoną uprzednio w oliwie z oliwek. Pychota!

W Aqabie znaleźliśmy też kierowcę taksówki, wcześniej poleconego przez znajomego naszych towarzyszy podróży (syn z matką, z Izraela), z nim też się skontaktowaliśmy i zawiózł nas wcześnie rano do Petry, oddalonej od stolicy kraju, Ammamu o ok. 200km (3 godz. samochodem) a z Aqaby ok. 3-3,5h samochodem. W mieście postanowiliśmy ponurkować z butlami w Morzu Czerwonym, by zobaczyć słynne koralowce i faunę, ale prawda jest taka, że tam, gdzie pozwalają ci na nurkowanie opiekunowie i przewodnicy, nie zobaczy się wielu zwierzątek morskich, bo rafy koralowe są trochę podniszczone. Żeby zobaczyć zwierzęta jak z obrazków biur podróży, należy przemieścić się daleko w głąb morza, a na to raczej nie godzą się miejscowe biura obsługujące nurków i wypożyczające sprzęt. Zawsze nurkowi towarzyszy opiekun z biura, który nurkuje razem z nim i prowadzi w sprawdzone miejsca obserwacji życia morskiego. Można też za dodatkową opłatą wypożyczyć kamery podwodne i aparaty fotograficzne. W tych najdroższych biurach jako pamiątkę nurkowania dostaje się nagrany pod wodą film z twoim udziałem.

Przygotowania do nurkowania

Na plaży w Aqabie byłam trochę skrępowana, dużo samotnych mężczyzn włóczy się, by „podglądać” europejskie rozebrane kobiety i chyba jest to dla nich jedyna okazja, bo jordańskie (i wszystkie arabskie) kobiety kąpią się całe zakryte. Dużo jest też naciągaczy na różne produkty, na nurkowanie w takim a nie innym biurze, tzw. „naganiacze”, którzy mogą byc strasznie upierdliwi.

W następnym poście-Petra!