22. Szlakiem Inków do Machu Picchu. Camino Inka. Inka Trail.


Dzień I

Wędrówka rozpoczęła się o godz.6.30 rano, kiedy to organizatorzy przyjechali pod nasz hotelik Hotel del Sur w Cusco i zabrali nas małym busem na miejsce zgrupowania wszystkich uczestników wycieczki. Pojechaliśmy do małego miasteczka koło Cusco, Ollantaytambo, gdzie czekali już inni uczestnicy i gdzie kupiliśmy drewniane mocne kije do wspinaczki, niewielkie zapasy słodyczy i cukierków z ekstraktem z koki i liście koki do żucia. Wiedzieliśmy, że czeka nas 4-dniowa wspinaczka po wysokich górach, po inkaskich kamiennych schodach, pod górę i w dół i na wszelki wypadek zaopatrzyliśmy się w liście koki do żucia na wysokości. Z Ollantaytambo pojechaliśmy już wszyscy razem jeszcze kilkanaście kilometrów, do miejsca , gdzie skończyła się wyboista i błotnista droga i tym samym gdzie kończyła się cywilizacja. Tam podzielono nas wszystkich (ok. 50 osób) na kilka małych grup, każdej z nich przydzielono indiańskiego przewodnika, rozdzielono karimaty do spania w namiotach. Niektórzy z uczestników od początku wynajęli  indiańskich „noszaczy” bagaży i w ten sposób zaoszczędzili sobie dodatkowego trudu.

SDC10067

Podzieleni na grupy, wyruszamy wszyscy razem.

SDC10070

Należy tu wspomnieć o detalach organizacyjnych Camino Inka, takich jak przygotowywanie posiłków, bazy w górach.  Oprócz sporej grupy turystów jak my, w trasę wyruszyli z nami także „los portadores” czyli indiańscy wieśniacy z okolicznych wiosek, pracujący dla agencji turystycznych organizujacych wycieczki górskie w Peru i noszący bagaże, namioty, utensylia kuchenne, butle z gazem i wszystkie inne przedmioty niezbędne do szybkiego montażu baz i kuchni polowej. Ci sami Indianie przygotowywali nam codziennie posiłki, lekkostrawne zupki i naleśniki kukurydziane z miodem na śniadanie, zaparzali nam napary z roślin leczniczych, pobudzające i dające energię, usuwające zmęcznie i objawy choroby górskiej. Ci pomocnicy docierali jako pierwsi na miejsce noclegu każdego dnia, montowali obozowisko przed naszym dotarciem i gotowali posiłki, by wszystko było gotowe na nasze przybycie. Oni także wyruszali ostatni z obozowiska, rozmontowywali kuchnie, sprzątali i zmywali blaszane naczynia, składali i czyścili namioty, pakowali na swoje plecy ponad 20-kilowe bagaże i wyruszali w drogę, doganiając nas wszystkich, wprawiając nas w zdumienie jak można z takimi ciężkimi tobołami tak szybko i sprawnie pokonywać kilkanaście kilometrów dziennie na górskich szlakach. Zawsze jako pierwsi docierali do miejsca, gdzie montowali kolejne obozowisko.

Pierwszego dnia na szlaku przywitał nas deszcz i silny wiatr, na szczęście nie trwał długo i szybko się rozpogodziło. W czasie pory deszcowej, czyli tamtejszej zimy pogoda w górach zmienia się co godzinę i sprawdziliśmy to na własnej skórze, co chwilę zdejmując swetry, wełniane indiańskie czapeczki, spodnie przeciwdeszczowe i peleryny z powodu upału i piekącego słońca i chwilę potem ubierając się w pośpiechu przed nadciagającą burzą. Pierwszego dnia  wędrowaliśmy ok. 6 godzin z przerwami, napotykając na szlaku liczne ruiny inkaskie, jak Patallacta, Willkarakay, Pulpituyuc, Llactapata. Scieżki na początku wspinaczki były dobrze wydeptane, prawie płaskie, łatwe do pokonania i spotykaliśmy na nich co jakiś czas okolicznych mieszkańców małych wsi zagubionych gdzieś w górach. Pierwszy dzień obfitował z częste zmiany pogody, niesamowite widoki zalesionych zboczy górskich, wodospadów, małych drewnianych mostów na rzece Urubamba. Szlak łatwy do pokonania i chociaż szliśmy kilka godzin, nie był specjalnie męczący. Ogromne wrażenie zrobił na mnie  mały cmentarzyk położony między skałami na początku szlaku, miał jakieś 4 groby zbudowane z kamieni, ozdobione krzyżykami  i kwiatami. Gdzieś niedaleko znajdowała sie wioseczka, gdzie ludzie żyją jak 100 lat temu, bez prądu i bieżącej wody, uprawiając ziemię na tarasach górskich i jeżdżąc na mułach i osiołkach.

SDC10071

Mały górski cmentarzyk.

SDC10077

Inkaskie ruiny.

Do pierwszej bazy dotarliśmy późnym popołudniem, namioty już rozłożone czekały na nas, a z polowej kuchni dolatywał zapach gorącego posiłku. Jedzenie było skromne i niewyszukane, lekkostrawne, ale wystarczało w zupełności, bo nie wolno się objadać chodząc po górach. Po całym dniu łażenia zwykły, gorący kukurydziany naleśnik z miodem smakował jak kaczka pieczona z jabłkami z najlepszej restauracji…Byliśmy wszyscy zmęczni i po kolacji każdy poszedł spać, nie było już sił na rozmowy, woleliśmy odpocząć, tymbardziej, że musieliśmy wstać o 6.00 rano następnego dnia, by wuruszyć w trasę. Gdy zapadła ciemność, była to ciemność całkowita, nocy tak czarnej nie przeżyłam nigdy w życiu. My, ludzie z miasta, jesteśmy przyzwyczajeni  do ciemności nocnej niezupełnej, tzn. z latarniami,  lampami,  z przejeżdżającymi samochodami, semaforami. Tam w górach, podobnie jak na dnie kanionu Colca, ciemność jest absolutna, nie widać nic, nawet własnych rąk.  Dlatego tak ważne jest mieć przy sobie latarkę, by móc samemu wrócić do namiotu (swojego, hehe) i by móc wykonać najprostsze czynności . Ja obudziłam się w środku nocy z powodu…otaczającej nas ciszy, ciszy, która była tak dziwna i nieznana, że wprawiała mnie w zdumienie. Nikt nie hałasował obok w namiotach, nie było słychać najmniejszego szeptu, żadnego ruchu, nawet oddechów, tylko gdzieś kilka metrów dalej szumiał mały górski strumyk. Ja i Jose wyszliśmy na moment przed nasz namiot, nie oddalaliśmy się, bo nie chcieliśmy się zgubić. Zobaczyliśmy czyściusieńkie niebo, czarne jak sadza, pokryte milionami gwiazd…Boże, jakie to było piękne! Żyjąc  w wielkich miastach tracimy kontakt z naturą, nie patrzymy na niebo usiane gwiazdami, bo tego nieba po prostu nie widać spoza wieżowców, jeśli dostrzeżemy pośród chmur i smogu coś świecącego na niebie, to najpewniej jest to przelatujący samolot…

Spaliśmy jak zabici na twardej, zimnej ziemi, ubrani w swetry, czapki i rękawiczki. Ale wyspaliśmy się i wczesnym rankiem w pośpiechu pakowaliśmy rzeczy do małych plecaków (max. 10kg), pędziliśmy do kuchni polowej napić się gorącego naparu z koki, zjedliśmy placki kukurydziane z miodem i wyruszyliśmy w drogę. Przed nami rozpoczynał się drugi, najcięższy etap wędrówki…

DZIEŃ II

Drugi dzień szlaku rozpoczął się łatwo i przyjemnie, chociaż już na początku przewodnicy zakomunikowali nam, że czeka nas najtrudniejsza część dlatego że musimy przejść 12km tego dnia, z tego większość pod górę i najtrudniejszy odcinek znajduje się na wysokości 4200m npm, nazywa się Przełęcz Martwej Kobiety (Dead’s woman pass, Warmi Wañuska Pass). Wydała mi się śmieszna i bezsensowna ta nazwa, ale tylko do momentu, kiedy to musieliśmy sami ten odcinek pokonać i wtedy już nie było nam tak do śmiechu…

Było ciepło i słonecznie, my obładowani tobołami wolno posuwalismy się naprzód i z czasem jak mijały kolejne godziny wędrówki, maszerowaliśmy coraz wolniej, coraz ciężej było nam oddychać, bolała głowa i nogi, żucie liści koka pomagało trochę zabić głód i zmęczenie, ale jednak nie był to cudowny środek na pokonanie tego trudu. Stanowiliśmy liczną grupę, która na początku marszu trzymała się razem, ale kolejnego dnia już się rozproszyliśmy, każdy maszerował swoim tempem, odpoczywał kiedy potrzebował i zdarzało się, że przez np. 2h nie widzieliśmy nikogo z grupy i maszerowaliśmy sami. Kiedy trzeba było wybierać między 2 różnymi ścieżkami, na tym rozstaju dróg czekał zawsze któryś z przewodników i kierował maszerujących we własciwym kierunku, czekając na ostatniego spóźnialskiego. Powtarzali w bazach, że nie ma pośpiechu, żeby każda z osób szła swoim własnym tempem, bo nie ma przecież innej mozliwości jak dotrzeć prędzej czy później i do kolejnej bazy, i do Machu Picchu. Tak więc my też maszerowaliśmy swoim tempem, zwłaszcza tego dnia, kiedy to byliśmy wykończeni, brakowało nam tlenu w płucach, mnie bolało serce i brakowało dosłownie 15 kolejnych minut marszu pod górę, byśmy zrezygnowali. Wędrówka do Przełęczy Martwej Kobiety była też ostatnim momentem na to, by zrezygnować i zawrócić, bo dalej nie można było nawet kupić od okolicznych wieśniaków zwykłej wody butelkowanej, nie mówiąc już o zorganizowaniu powrotu. Tak więc w pewnym momencie, kiedy to ja musiałam odpocząć po kolejnych 20 metrach żółwiego kroku, Jose nie mógł złapać oddechu, spoceni i wykończeni po całym dniu siedzieliśmy na skale, zaczęliśmy poważnie myśleć o zawróceniu, bo nie mogliśmy dalej…I wiedzieliśmy, że teraz albo wcale. Nagle spoza jakiejś chaty-ruiny  wyszedł…ogromny byk, bez łańcucha, który zajadał się spokojnie bujną roślinnością i popatrzył na nas spode łba, a my w tym momencie zamarliśmy w bezruchu. Tylko byka tu brakowało, kiedy tak wycieńczeni brakiem tlenu ledwo zipaliśmy,podobnie jak inni odpoczywając gdzie się dało. Na szczęście byk popatrzył na nas znudzonym wzrokiem, powąchał i poszedł sobie, pozostawiając za sobą ogromne swieże kupsko…

SDC10089

Ostatki sił…pod górę…

SDC10091

SDC10096

Dotarliśmy!!! Pokonaliśmy Przełęcz Martwej Kobiety! i ja przeżyłam, na złość nazwie:)

Wykrzesaliśmy ostatki sił, zjedlismy ostatki batonika i żując dużą kulkę z koki ruszyliśmy pod górę. Tam już czekali niektórzy zaprawieni w wędrówkach górskich, obserwując zmagania takich jak my żółtodziobów. Kiedy dotarliśmy, małymi kroczkami posuwając sie do przodu, zaczęliśmy krzyczeć z radości, inni poszli w nasze ślady i ja rzuciłam się na ziemię by odpocząć, kiedy to przewodnik podszedł i powiedział, że nie ma czasu na wygłupy, bo przed nami jeszcze 4 h marszu w dół do bazy… Myślałam, że to jakiś żart, ale przecież logicznym było, że dotarcie do przełęczy nie znaczyło dotarcie do bazy, tak więc zaczęliśmy się czołgać tym razem w dół, trochę szybciej, ale w mocnym deszczu, który własnie zaczął padać. Do bazy dotarliśmy przemoczeni do suchej nitki, na nic się zdały specjalne nieprzemakalne buty, peleryny, spodnie ochronne, kurtka p/deszczowa. Chlapało mi w butach, kiedy doczołgaliśmy się do namiotu. Na szlaku Inków nie można rozpalać ogniska, tak więc wszyscy byliśmy zdesperowani, przemoczeni, niektórzy bez odzieży na zmianę. Kolacja smakowała bardziej niż zwykle, hehe. Ok. godziny 20.00 cały obóz zamarł w ciszy, zmęczeni, rzuciliśmy się na zimne karimaty, założyliśmy wszystkie suche rzeczy na siebie, bo było strasznie zimno tej nocy i pomimo lekko przeciekającego namiotu zasnęliśmy. Następnego ranka obudzono nas o 5.00 rano, czekał nas cudowny słoneczny dzień, pełen niezapomnianych widoków, podziwiania bujnej tropikalnej roślinności i jeden dzień mniej do Machu Picchu.

cdn.

21. Cusco cd. Przed wyprawą szlakiem Inków do Machu Picchu.


Mieszkańcy Cusco i innych górskich regionów są niscy, mają ciemną skórę i wygląd typowo indiański. Większość z nich zajmuje się uprawą roli, małych górskich działek i sprzedają potem swoje produkty na ulicach Cusco, przy głównych placach i na targowiskach. Każdy przynosi to, co mu urosło, małe winogrona, jabłuszka, truskawki, groszki i mnóstwo innych warzyw i owoców. Kobiety noszą tradycyjne stroje, szerokie kolorowe spódnice do kolan i wysokie czarne kapelusze typu melonik a na plecy zarzucają kolorowe, jaskrawe chusty w pasy tkane najczęściej ręcznie, z cieniutkiej wełny z lamy i alpaki. Często w tych właśnie chustach znajdują się dzieciaczki, czasami niewidoczne do momentu, kiedy nagle taki  tobołek na plecak zaczyna się ruszać i płakać…Ludzie są bardzo grzeczni, spokojni i mili dla przyjezdnych, do wszystkich zwracają się przez pan/pani i sami oczekują także poprawnego i grzecznego traktowania.

SDC10308

W wełnianych getrach, ale z gołymi stopami, nawet w chłodne dni. Buty typowe, sklecone ze skórzanych pasków przyczepionych do gumowej podeszwy, prawdopodobnie z opony.

Na głównych ulicach i placach, gdzie spacerują turyści, na każdym rogu czają się sprzedawcy obrazów, srebrnej biżuterii, wycieczek , kelnerzy zachwalają specjały swojej restauracji. Ja byłam trochę zdziwiona, bo w sklepach w Cusco , ani w innych miastach prawie nie sprzedaje się wyrobów ze złota, a przecież z ogromnej ilości złota słynie dawne imperium inkaskie.  Kobiety sprzedające swoje wełniane wyroby na ulicach zachęcają z uśmiechem do kupna mówiąc:¨ Anímese, señor, cómpreme¨ (niech się pan skusi i kupi coś ode mnie) i jest to ogromna różnica w porównaniu z nachalnymi sprzedawcami ulicznymi np. w Egipcie.

SDC10283

Przed apteką na Avenida del Sol, zajadając się kukurydzianym ciastem.

Przy jednej z głównych ulic Avenida del Sol znajdują się hotele, banki, nowoczesne centrum informacji turystycznej. W Peru bardzo popularne są sieci aptek, z których mnie osobiście najbardziej podobała się ta nosząca nazwę: Inkafarma.  Zdziwiło nas, że w Cusco nie ma sklepów typu supermarket, ani innych,  w centrum, gdzie można by swobodnie robić zakupy. Znaleźliśmy tylko jeden taki sklepik, ale słabo zaopatrzony i z wygórowanymi cenami, dla turystów, gdzie nie było nawet jogurtów, ale za to sprzedawali cukierki z koki i ciasteczka z maca na wzrost potencji i apetytu seksualnego.

Spacerując po mieście przygotowywaliśmy się do czekajacej nas 4-dniowej wędrówki szlakiem Inków do Machu Picchu. Był to nasz główny cel podróży do Peru. Camino Inka, Inka Trail, czy po polsku szlak Inków to wędrówka po górach, starymi inkaskimi szlakami, organizowana przez liczne miejscowe i zagraniczne agencje turystyczne. Jest to dość kosztowna impreza, którą trzeba zarezerwować z dużym wyprzedzeniem, bo codziennie na szlaku może znajdować się tylko 500 osób, w tym przewodników, indiańskich  wieśniaków  noszących  bagaże, namioty, przenośne kuchnie, cały sprzęt potrzebny do szybkiego montażu baz na szlaku.  W lutym szlak jest zamknięty, Machu Picchu także, ze względu na czyszczenie i restaurację obiektów historycznych i samego traktu. Zapłaciliśmy połowę ceny jeszcze przed wylotem do Peru, drugą część mieliśmy zapłacić już na miejscu, przed rozpoczęciem wędrówki. Dostaliśmy mailem potwierdzenie wpłaty i z tym dokumentem później udaliśmy się do siedziby agencji. Należy zaznaczyć, że aby móc uczestniczyć w takiej wędrówce, należy mieć przy sobie przez cały czas ważny paszport, gdyż na bilecie wstępu na szlak są zapisane dokładne dane każdego uczestnika, nie ma mozliwości zmiany danych, przepisania biletu na kogoś innego i bilety te są skrupulatnie sprawdzane w czasie marszu na kilku maleńkich posterunkach i później w samym sanktuarium. Dzień przed wyruszeniem w góry, zgłosiliśmy się w agencji, by zapłacić resztę i dostać bilety. Pojawił się problem, bo nie mieliśmy przy sobie gotówki ani karty kredytowej, skradzionej w Nasca, a ta, która nam została, sprawiała kłopoty w każdym bankomacie. Nie było sposobu ani czasu i my, zdesperowani, szukalismy sposobu na rozwiązanie tego problemu…Okazało się, że jedynym sposobem na zapłacenie brakującej części była transferencja na konto agencji , którą przeprowadzili dla nas nasi przyjaciele z Walencji, do których zadzwoniliśmy tego samego popołudnia z prośbą, by wpłacili brakującą część ze swojego konta na konto agencji zaznaczając, że to zapłata za mozliwość naszego uczestnictwa w wędrówce. Tak też zrobili i cali zestresowani, ale i podekscytowani jutrzejszą wyprawą, zaczęliśmy przygotowania. Znów musieliśmy kupić brakujące rzeczy, skradzione nam w Nasca i niezbedne na szlaku, jak latarka, scyzoryk, tabletki uzdatniające wodę, baterie do aparatu, peleryny przeciwdeszczowe…Większość bagażu zostawiliśmy w hotelu, gdzie po 4 dniach zamierzaliśmy znów się pojawić .

Cdn.