24. Machu Picchu. Spełnione marzenie.


Obudzono nas wcześnie, o czwartej nad ranem, zjedliśmy w pośpiechu śniadanie, zwinęliśmy obozowisko i podekscytowani ruszyliśmy w drogę. Zostało nam do pokonania tylko kilka km trochę pod górę, ale nikt nie narzekał, bo oto dziś kończył się nasz szlak dotarciem do sanktuarium Inków. Obudził nas lekki deszcz i mgła, tak więc byliśmy trochę zdesperowani, zawiedzeni i po prostu smutni. Przewodnicy pocieszali nas, że jeszcze nie wszystko stracone, gdyż bardzo często w górach zdarza się, że rano jest mgła i jest dżdżysto, ale później pogoda poprawia się i świeci słońce. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w to, widząc jaka pogoda przywitała nas czwartego dnia.  Ruszyliśmy szybkim krokiem, by dotrzeć do Machu Picchu jeszcze przed całą chmarą turystów i by móc cieszyć się tym świętym miejscem w ciszy. Kolejny dzień schodami inkaskimi w górę, schodami w dół, mijając jeziorka, podziwiając w dole koryto rzeki Urubamba. Co jakiś czas przelatywały nam nad głowami kolibry i bez strachu ucztowały w ogromnych kielichach miejscowych kwiatów. Czuło się napięcie wśród ludzi, szli skupieni i chyba wszyscy tego dnia mocno trzymali kciuki za lepszą pogodę. Kiedy pojawiła się pierwsza brama wejściowa do sanktuarium, serce zaczęło mi bić szybciej. Weszliśmy na teren sanktuarium przez Intipunku, czyli przez Bramę Słońca.

inti

Była godzina przed dziesiątą rano, kiedy oficjalnie stanęliśmy na terenie świątynnym i co zobaczyliśmy??? Nic…!!! Mgła poranna jak była, tak  była i nie chciała sobie pójść. W dole, przed nami, za mgłą, rozciągał się krajobraz, który od lat podziwiałam w albumach, a który teraz był dla nas niedostępny. Całą grupą siedliśmy na stopniach tarasów i czekaliśmy około godziny, dmuchając i odprawiając czary, by rozgonić mgłę. Byłam zdruzgotana. Tyle lat marzeń, tygodnie przygotowań, 13 godzin lotu samolotem, przeżycie problemów z kradzieżą w Nazca i wszystkich związanych z tym utrudnień w podróży i teraz, kiedy wreszcie znalazłam się w Machu Picchu, nie mogę zobaczyć nic oprócz pojedynczych, rozmazanych konturów budowli. Nie chciało mi się nawet rozmawiać. Siedliśmy na schodach, podparci kijami i czekaliśmy. Kiedy przewodnicy powiedzieli, że musimy ruszyć dalej, tzn. wejść do środka, na właściwy teren sanktuarium (bo w tym momencie znajdowaliśmy się już na jego terenie, ale na górze, na tarasie widokowym, jednym z kilku) to pomyślałam, że chyba już nic z tego nie będzie i że może uda nam się zobaczyć „coś”, a całe Machu po prostu będę musiała obejrzeć po raz kolejny na zdjęciach.

mgla

mgla1

Gdy tak schodziliśmy w stronę kolejnych zabudowań, stał się cud:)) Mgła zaczęła rzednieć, gdzieniegdzie pojawiały się pierwsze promienie słońca. Wstrzymaliśmy oddech,  można było już dostrzec pierwsze zabudowania, słońce zaczęło świecić mocniej i w ciągu 20 minut przed nami  pojawił się imponujacy widok. Pachamama była dla nas łaskawa, pogoda tak się poprawiła, że niektórzy wydali z siebie gromkie radosne okrzyki, bo oto przed nami zobaczyliśmy święte miejsce Inków, sanktuarium boga Słońca, w całej swojej pełni, w całym swoim majestacie i swoim pięknie. Byłam tak wzruszona, że łzy napłynęły mi do oczu. Tyle razy widziałam to miejsce na zdjęciach, na filmach,  a teraz ja sama stałam w tym magicznym miejscu i wszystko wydało mi się jeszcze piękniejsze, zbocza górskie jeszcze bardziej niesamowite, lasy jeszcze bardziej zielone, ta soczysta zieleń mieniła się różnymi odcieniami w słońcu. Panowała przez moment absolutna cisza. Nikt nic nie mówił. Myślę,  że każdemu zaparło dech w piersiach. Machu Picchu jest znane chyba wszystkim na świecie, ze zdjęć, filmów, ale zapiera dech w piersiach każdemu, kto znajdzie się na jego terenie, przede wszystkim swoim  położeniem, imponującym miejscem otoczonym wysokimi górami z zamglonymi wierzchołkami,  soczystą zielenią, panujacą wokół ciszą.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie z naszym przewodnikiem, oglądaliśmy każdą budowle, ja robiłam zdjęcia każdemu kamieniowi, każda chatka, każda ściana inkaskiego muru wydała mi się po prostu fantastyczna, tak więc zrobiłam chyba 200 zdjęć tylko w Machu Picchu. Widziałam komnaty królewskie, ołtarze ofiarne, łaźnie, spichlerze, niesamowite tarasy górskie do uprawiania roślin i udamawiania dzikich gatunków. Sanktuarium podzielone jest na kilka części, w zależności od funkcji i pozycji społecznej jego mieszkańców. Mówi się, że mieszkało tam ok. 1500 osób, w większości to kapłani i dziewice słońca, ale także miał tam swoją rezydencje inkaski władca czyli Inka (król) i jego rodzina. W innej części, na dole znajdowały się domki rolników, małe naturalne kamieniołomy, z których wydobywano ogromne bloki skalne do budowy murów.  W jednej z małych świątyni złożyliśmy ofiarę dla Pachamamy w postaci resztek jedzenia, liści koki i drobnych pieniążków. Do dzisiaj miejscowi wieśniacy wędrują do ruin, by starym zwyczajem dziękować Matce Ziemi za dobre plony i proszą o jej błogosławieństwo na kolejne lata właśnie ofiarując jej jedzenie, cziczę, drobniaki i liście świętej inkaskiej rośliny czyli koki. Ja podziękowałam jej za ten moment, tak wzruszający dla mnie i tak ważny.

schody

Podziwialiśmy tak moje Machu chodząc po ruinach, spotkaliśmy śliczne lamy, małe lokalne zwierzątka jak szynszyle mieszkające w zakamarkach. Na licznych tarasach widokowych, zapatrzeni, podziwialiśmy całe sanktuarium, dostojne, tajemnicze, po prostu cudowne. A ja zdałam sobie sprawę, że oto spełniło się moje największe marzenie, odwiedziłam Machu Picchu, Cusco, moich Indian, złożyłam ofiarę Paczamamie. Poczułam się wspaniale.

marzenie

ja

Machu Picchu zdobyte, spełniło się moje marzenie. Szczęśliwi chłonęliśmy ostatnie momenty naszego pobytu w tym świętym miejscu. Poiłam oczy kolorami, formami i pięknem tego górskiego skarbu. Tak, jeszcze tu kiedyś wrócimy. Czas by schodzić na dół. Czekał na nas pociąg, wracaliśmy w kierunku Cusco, by kontynuować naszą podróż po tym ślicznym kraju.

Dziękuję ci Panie  Boże, Virakoczo, Paczamamo…

machu

Moje Machu Picchu.

20. Królewskie Cusco. Inkaski pępek świata..


Do Cusco dojechaliśmy wygodnym nocnym autobusem peruwiańskich linii Cruz del Sur. Bilety są drogie, ale ze względów bezpieczeństwa warto zapłacic więcej i spokojnie i bez przygód dojechać na miejsce. Mówię tu o przygodach takich jak niespodziewane nocne postoje na trasie, przyjmowanie na pokład autobusu nocnych pasażerów  o podejrzanym wyglądzie i zachowaniu, albo zwykłych znajomych czy krewniaków kierowcy, który przewozi ich za darmo, nigdzie nie rejestrowanych i nikomu z przewoźników nie znanych. Zdarza się niestety często, że na takich nocnych trasach dochodzi do kradzieży wewnątrz autobusu, tzn. pasażerowie budzą się rankiem bez niektórych swoich bagaży, aparatów fotograficznych czy portfeli. W takiej sytuacji problem polega na tym, że nikt nie wie, kto okradł i gdzie teraz jest, a przeważnie są to własnie ci nierejestrowani podróżni, wsiadający i  wysiadający gdzie popadnie. W czasie naszego pobytu podawano kilkakrotnie we wiadomościach o napadach na autobusy nocne różnych lokalnych linii w okolicach Trujillo, Limy , Barranca i innych miastach na północy kraju. Były to najprawdziwsze napady z bronią w ręku, w czasie których napastnicy, podający się za pasażerów oczekujących na autobus, wsiadali jak gdyby nigdy nic, po czym wyciągali broń i okradali wszystkich, łącznie z kierowcą zabierając mu całą zarobiona przez niego dniówkę. W liniach Cruz del Sur tego problemu nie ma, bo autobus nie zatrzymuje się na żadnej stacji w ciągu nocy, jedzie prosto do celu, co najwyżej tylko na zmianę kierowcy. Poza tym wszyscy pasażerowie są sprawdzani, rejestrowani, nawet robi się im zdjęcia małą kamerką przed wejściem do autobusu. Sam pojazd jest nowoczesny, wygodny, na dolnym pokładzie znajduje się  tylko 6 miejsc do spania, za specjalną oczywiście dopłatą. Jednym słowem wygoda i bezpieczeństwo, ale na kieszeń turysty, nie przeciętnego mieszkanca Peru.

Wczesnym rankiem wysiedliśmy na małym dworcu autobusowym, już o tej porze zapełnionym ludźmi, tobołami, nawet jeden osioł czy muł stał sobie spokojnie przy swojej włascicielce śpiącej na plastikowym krześle. Było cichutko, wiele osób spało opartych na swoich ogromnych worach, bagażach owiniętych w kolorowe wełniane indiańskie chusty lub po prostu na podłodze. Jedyny hałas robili naganiacze hotelowi, pracownicy okienek dworcowych sprzedających ostatnie wolne jeszcze bilety na różne trasy i namawiając jak tylko się dało każdego przechodzacego, byle tylko sprzedać.  Gorsi byli ci właśnie naganiacze hotelowi, którzy czekali na każdy kolejny przyjeżdżający autobus, zwłaszcza taki zagraniczno-turystyczny, z którego o 4.30 rano wypadali na wpól śpiący turyści, którym w takich momentach najłatwiej sprzedać każdy hotel za każdą cenę.  My daliśmy się namówić jednemu z nich i zabrał nas do małego, schludnego hotelu niedaleko głównego placu Plaza de Armas. Dostaliśmy pokój z łazienką, której okienko wychodzące wprost na podwórze nie domykało się, ale co tam, o 5 rano było nam wszystko jedno:)  Przez okno mogliśmy podziwiać jedno ze wzgórz otaczających miasto, na którym ktoś wykosił trawę? roślinność, by pozostawić ogromny, widoczny z daleka napis: „Viva el Perú Glorioso” co znaczy: „Niech żyje wielkie Peru”…ach, niech żyje, a zwłaszcza niezapomniane, królewskie Cusco.

Samo miasto jest dosyć spore, z każdej strony otoczone górami, na których tarasach konstruowane są domy mieszkalne i zagrody. W Cusco znajduje się, podobnie jak w każdym innym małym czy dużym mieście peruwiańskim, główny plac, zwany Plaza Mayor albo Plaza de Armas, co znaczy odpowiednio: Plac Większy albo Plac Broni. Miejscowi wytłumaczyli nam, że ta nazwa wzięła się stąd, że w czasie walk z najeźdźcami hiszpańskimi a potem w czasie wojen domowych w toku historii kraju na główym placu każdego miasta gromadzili się mieszkańcy  z bronią, tutaj też tę broń przechowywano pod okiem naczelnego wodza. W Cusco, mówią Indianie, nigdy nie świeci słońce, zawsze niebo jest zamglone, powietrze jakby zaparowane i to prawda, czesto kropi lekki deszczyk, jest raczej chłodno, bo to przecież  góry i klimat andyjski.

SDC10052

Plaza de Armas

Miasto jest bardzo ładne, zadbane, zwłaszcza część turystyczna, z przytulnymi restauracjami serwującymi lokalne potrawy.  Myślę, że każdy z odwiedzających to miasto jest pod jego ogromnym wrażeniem estetycznym , historycznym i pod wrażeniem niezwykłej gościnności jego mieszkanców, która wydaje się być autentyczna i szczera, pozbawiona oblicza euro-dolarowego. Centrum miasta to mieszanka stylu inkaskiego, kolonialnego i obecnego, trochę nowoczesnego, trochę skopiowanego z innych turystycznych miejsc. Na każdym kroku w Cusco zobaczyć można ruiny inkaskie, nawet całe budowle, czy inkaskie fundamenty kolonialnych pałacyków i kościołów. W centralnym punkcie placu stoi katedra, owiana legendami i historią, zbudowana na szczątkach pałacu wielkiego Inki. Idąc zabytkowymi uliczkami podziwia się inkaskie fragmenty murów, domów, które teraz służą za fundamenty obecnych domostw.

SDC10054

Czułam się wspaniale, radośnie i byłam taka szczęśliwa, bo oto znalazłam się w inkaskim pępku świata, w Cusco, królewskim mieście wielkiego Inki, stolicy dawnego imperium, gdzie do tej pory żyją potomkowie tego wspaniałego narodu. Chciałam dotknąć każdego idealnie ociosanego kamienia, każdego fragmentu ściany, chciałam nacieszyć oczy i zmysły dotyku tymi zwykłymi dla każdej innej osoby kamieniami, ale dla mnie kamieniami wyjątkowymi. Przy słynnym kamieniu o 12 kątach w jednym z murów już ustawiła się kolejka do robienia zdjęć, ja też oczywiście wystałam swoje. Nie można tych murów dotykać, palcować i słusznie, ja skusiłam się tylko raz, bo nie mogłam sobie tego odmówić. Idealnie dopasowane kamienie bez żadnego spoiwa,  między które według opowiadań nie można wcisnąć nawet kartki papieru, mozna podziwiać w całej okazałości , pieknie zachowane pokoje i ściany w Coricancha, muzeum w Cusco, gdzie najlepiej widać jak zespoliły się dwa zupełnie różne światy, inkaski i kolonialny, hiszpański.  Stoi tu zespół pałacowo-kościelno-zakonny, zbudowany dla zakonników i lokalnych hiszpańskich namiestników królewskich w Cusco. Jego fundamenty i niektóre całe ściany są ścianami inkaskimi.

SDC10057

Mur inkaski z kamieniem o 12 kątach.

SDC10063

SDC10286

Coricancha

Cusco słynie, podobnie jak Lima,  ze ślicznych kolonialnych jasnych kamieniczek z ozdobnymi balkonikami i ze swej przepysznej kuchni. Je się tutaj dużo ryżu, kukurydzy, awokado, różne mięsa, głównie z lamy. Ja szukałam restauracji, w której można by zjeść znaną na całym świecie koneserom jedzenia pachamankę, ale robi się ją tylko w lecie, a my przecież byliśmy w Peru w miesiącach zimowych (u nas zima, tam sezon deszczowy), więc będę musiała wrócić do Cusco w lecie, by spróbować tego pysznego dania, podobnego do naszych polskich pieczonych ziemniaków w garnku żeliwnym na ognisku, z warzywami, boczkiem i przykrytym liśćmi kapusty i darnią… ach, ziemniaki pieczone sporządzane przez mojego ojca, miód w gębie!  Pachamanka jest tu daniem tradycyjnym, podawanym w czasie świąt, zgromadzeń, imprez i całe rodziny zajmują się jej przyrządzaniem.

W całym Peru bardzo popularne są fastfoody, serwujące ogromne porcje frytek, smażonych kurczaków, litrowe coca-cole i widząc takie porcje jak dla smoków, zrozumiałam, dlaczego większość mieszkańców zwłaszcza Limy to ludzie otyli. Przychodzą tu jeść całe rodziny, zamawiając porcje jak dla bestii, których ja nie byłam w stanie zjeść nawet w ciągu 2 dni… Obowiązkowo należy spróbować jasnego piwa Cusqueña , sprzedawanego w zabawnej butelce zdobionej motywami inkaskich murów i oczywiście najbardziej popularnego napoju gazowanego- Inka Cola. W kolejnej części o mieszkańcach, sklepach i zwiedzaniu miasta.

cdn.

19. Arequipa, la ciudad blanca. Białe miasto. Kanion Colca.


Po występie w lokalnej telewizji pojechalismy nocnym autobusem z Nazca do Arequipy na południu kraju. Jest to małe śliczne miasteczko nazywane „białym miastem” od sporej liczby budowli z białego kamienia. Muszę w tym miejscu wspomnieć o malutkim hoteliku, w którym się zatrzymaliśmy na noc, bo naprawdę warto i takiego miejsca nie zobaczycie nigdzie indziej, hihi. Hotelik nazywa sie ” U Telmy” (Telma en espańol) i prowadzi go starsza pani, chyba miejscowa, ale zakochana bez pamięci w kulturze francuskiej, literaturze, malarstwie. Wnętrze hoteliku przypomina pałacyk zaściankowy z 17 wieku, oklejony tanimi reprodukcjami obrazów francuskich mistrzów, ozdobiony kokardkami, zasłonkami, koronkami… Oniemiałam z wrażenia, gdy w malutkiej łazience zobaczyłam tkane firanki ozdobione różowymi kokardkami, zasłonkę od prysznica różową oczywiście z ogromnymi różowymi kokardami i klapę sedesu ubraną we włochaty, różowy pokrowiec z mnóstwem różowych świecących kokardek i kwiatuszków…Horror!!!!!!!!Czyżby była tu wcześniej nasza czołowa „artystka” ?  Ta właśnie pani Telma, po wysłuchaniu naszej historii z kradzieżą 2 dni wcześniej przyznała, że sama od wielu już lat nie daje noclegu  Peruwiańczykom, bo już ją okradli wiele razy, raz wynosząc z domu całą biżuterię za kilka tysięcy dolarów. Smutne, ale tak właśnie opisała swoich ziomków:( My musieliśmy kupić na szybko jakiś aparat fotograficzny, bo po kradzieży zostaliśmy bez ani jednego (ukradli 2) i znaleźliśmy mały cyfrowy taniutki, żeby mieć aparat na dalszą część podróży.

Głównym celem naszej wycieczki do Peru był szlak Inków i wizyta w Machu Picchu i wiedzieliśmy, że nie można tak po prostu przyjechać sobie z poziomu zero na poziom kilku tysięcy metrów  nad poziomem morza , bo Andy to przecież wysokie góry i dlatego postanowiliśmy stopniowo zbliżać się do Cusco, zatrzymując się w kolejnych miastach po drodze, coraz to wyżej położonych w górach. Pierwszym takim miastem była właśnie Arequipa, znajdująca się juz w łańcuchu górskim Andów. Taka ostrożność jest uzasadniona częstym wśród turystów wystepowaniem tzw. choroby wysokościowej, zwanej przez miejscowych „soroche” , która w wiekszości przypadków jest niegroźna i ogranicza się do złego samopoczucia, bólu głowy i zmęczeniem, ale zdarzają się nawet często przypadki, kiedy to osoby bez wcześniejszej aklimatyzacji w górach dostają silnego ataku soroche i wtedy muszą natychmiast zejść kilkaset metrów w dół, odpoczywać i nie mogą już kontynuować wędrówki. Należy tutaj wspomnieć, że wbrew przekonaniom, nie ma większego znaczenia uprzednia forma fizyczna, jeśli chodzi o pojawienie się lub nie choroby wysokogórskiej. Doskonała forma fizyczna ułatwia oczywiście wędrówkę, ale przed chorobą wysokościową nie chroni. Znam osobiście przypadek mojej znajomej, która pojechała do Arequipy i w ten sam dzień wybrała się samochodem na szczyt jednej z gór otaczajacych miasto i dostała ataku soroche do takiego stopnia, że natychmiast musiano ją wieźć do pobliskiego szpitalika. Jest ona doskonałą tenisistką i jedyny błąd jaki popelniła był taki, że bez aklimatyzacji nawet jednodniowej postanowiła wjechać samochodem na poziom ponad 5000m npm… Tak więc my przygotowywaliśmy się stopniowo do poźniejszej 4-dniowej wędrówki po Andach szlakiem Inków do Machu Picchu i zaczęliśmy od Arequipy. Po 2 dniach pobytu w mieście postanowiliśmy rozejrzeć się za wycieczką do najgłębszego na świecie kanionu. Kanion Colca stanowi największą w regionie Arequipy atrakcję turystyczną, nie mniej jednak już od jakiegoś czasu mówi się, że zmierzono inny kanion w pobliżu Colca i ten właśnie okazał się być nowym rekordzistą świata. Wykupiliśmy usługi przewodnika i rankiem, słonecznego dnia udaliśmy się w 2-dniową wędrówkę.  Wędrówkę rozpoczęliśmy w miejscu zwanym El mirador Cruz del Condor, czyli na wzgórzu widokowym, gdzie można podziwiać niesamowite widoki gór i głębi kanionu. Rano w tym miejscu zazwyczaj występuje gęsta mgła, która rozchodzi się ok. południa. Przy odrobinie szczęścia można też spotkać tu latające kondory, przepiękne, święte ptaki Inków. Na tym wzgórzu widokowym oferują swoje produkty miejscowe wieśniaczki. Sprzedają czapki, rękawiczki, opaski, branzoletki i mnóstwo innych, typowych dla regionu pamiątek.

SDC10007

El mirador Cruz del Condor, przed zejściem do kanionu Colca.

SDC10011

Pierwszy dzień to schodzenie i schodzenie, cały dzień z krótkimi przerwami. Po drodze mijaliśmy malutkie wioski, gliniane kościółki, dzieci jeżdżące na osiołkach i umorusane w ziemi indiańskie kobiety uprawiające grządki na tarasach górskich. Tutaj czas jakby się zatrzymał w miejscu, do niektórych osad nie dotarła jeszcze cywilizacja i aż trudno uwierzyć, ale ich mieszkańcy nie mają nawet bierzącej wody. Sporo wysiłku kosztowało nas to schodzenie w dół, by dotrzeć do dna kanionu, chociaż wydaje się, że przecież schodzenie nie wymaga specjalnego wysiłku, jednak odczuwają duże zmęczenie zwłaszcza kolana. Dla nas był to pierwszy prawdziwy trekking, na dodatek w górach (kanion najgłębszy na świecie, ale położony w wysokich Andach) i jak prawdziwe dwa żółtodzioby wybraliśmy właśnie Colca na nasz chrzest bojowy…

SDC10017

Do bazy na dnie kanionu dotarliśmy późnym wieczorem, przydzielono nam szałas bambusowy jako miejsce noclegu. W środku nie było żadnych instalacji oczywiście, żadnej elektryczności, bierzącej wody. Nawet ściany były ścianami w cudzysłowiu, gdyż większość patyków bambusowych rozeszło się na boki i w naszym domku panował istny wicher w nocy. Powiesiliśmy od środka wełniane koce, by trochę zasłonić nasze miejsca do spania. Łóżka były ogromne i wygodne, zasłane kilkoma wełnianymi ciepłymi kocami. Na kolację dostaliśmykilka naleśników z dżemem i coś słodkiego do picia. Zjedliśmy je z wielkim apetytem, nie zastanawiając się specjalnie jak i z czego zostały zrobione, hehe. Jak się zupełnie ściemniło, to było wokół tak ciemno, że nie widzieliśmy nawet własnych stóp czy rąk, wszystko wokół było po prostu czarne. Zapomnieliśmy zabrać ze sobą latarki, więc musiało nam wystarczyć światełko z telefonów komórkowych, które mieliśmy przy sobie dla picu, bo przecież nie było zasięgu. Trudno było nam uwierzyć własnym oczom, jak zobaczyliśmy w naszej bazie…basen z czyściusieńką wodą:)

SDC10028

Nasza rezydencja na dnie kanionu.

SDC10027

Wyspaliśmy się wyśmienicie, zjedliśmy znów słodkie naleśniki i ruszyliśmy w drogę, tym razem pod górę, by wyjść z kanionu na powierzchnię, tym razem inną ścieżką. I tu zaczęły się prawdziwe problemy dla nas, bo byliśmy bardzo zmęczeni poprzednim dniem i tym razem musieliśmy wchodzić pod górę, w upale i pokonać ogromną różnicę poziomów. Nasz kolega Cristoph wynajął sobie muła, chociaż dzień wcześniej to właśnie on śmiał się ze mnie, jak narzekałam, że chyba umrę wcześniej, niż dotrę do bazy…

Zmęczeni, z bolącymi kolanami i odciskami na stopach przeszliśmy nasz chrzest bojowy i po południu dotarliśmy do Cabanaconde, małej górskiej mieściny, gdzie dostaliśmy gorącą jajecznicę i odpoczęliśmy. Odwiedziliśmy miasteczko, rozmawialiśmy z sympatycznymi mieszkańcami, spośród których sporo nie rozumiało nawet hiszpańskiego, gdyż mówią w swoim tradycyjnym języku keczua. Byliśmy tacy dumni, że daliśmy radę, że nie potrzebowaliśmy muła, hihi. Kanion Colca zdobyty!!!

SDC10035

w Cabanaconde

Do Arequipy wróciliśmy busem, zwiedzając po drodze Chivay i podziwiając z daleka majestatyczny wulkan Misti. W tym miejscu zatrzymaliśmy się na chwilę, by móc zrobić zdjęcia wulkanowi i przeżyć na własnej skórze drastyczna zmianę temperatury w ciągu doby: na dnie kanionu rosną palmy i jest ciepło, nawet w nocy a tutaj, na górze, po wyjściu z kanionu i przejeżdżając koło Misti, przeżyliśmy spadek temperatury do 0 stopni Celcjusza i silnego wiatru na wysokości 4900m npm.

SDC10042

Ostatnie spojrzenie na Colca

Po dotarciu do Arequipy spakowaliśmy plecaki i wieczorem, ledwo trzymając się na nogach, wsiedliśmy do nocnego autobusu pędząc w stronę najcudowniejszego miasteczka na świecie- Cusco.