24. Machu Picchu. Spełnione marzenie.


Obudzono nas wcześnie, o czwartej nad ranem, zjedliśmy w pośpiechu śniadanie, zwinęliśmy obozowisko i podekscytowani ruszyliśmy w drogę. Zostało nam do pokonania tylko kilka km trochę pod górę, ale nikt nie narzekał, bo oto dziś kończył się nasz szlak dotarciem do sanktuarium Inków. Obudził nas lekki deszcz i mgła, tak więc byliśmy trochę zdesperowani, zawiedzeni i po prostu smutni. Przewodnicy pocieszali nas, że jeszcze nie wszystko stracone, gdyż bardzo często w górach zdarza się, że rano jest mgła i jest dżdżysto, ale później pogoda poprawia się i świeci słońce. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w to, widząc jaka pogoda przywitała nas czwartego dnia.  Ruszyliśmy szybkim krokiem, by dotrzeć do Machu Picchu jeszcze przed całą chmarą turystów i by móc cieszyć się tym świętym miejscem w ciszy. Kolejny dzień schodami inkaskimi w górę, schodami w dół, mijając jeziorka, podziwiając w dole koryto rzeki Urubamba. Co jakiś czas przelatywały nam nad głowami kolibry i bez strachu ucztowały w ogromnych kielichach miejscowych kwiatów. Czuło się napięcie wśród ludzi, szli skupieni i chyba wszyscy tego dnia mocno trzymali kciuki za lepszą pogodę. Kiedy pojawiła się pierwsza brama wejściowa do sanktuarium, serce zaczęło mi bić szybciej. Weszliśmy na teren sanktuarium przez Intipunku, czyli przez Bramę Słońca.

inti

Była godzina przed dziesiątą rano, kiedy oficjalnie stanęliśmy na terenie świątynnym i co zobaczyliśmy??? Nic…!!! Mgła poranna jak była, tak  była i nie chciała sobie pójść. W dole, przed nami, za mgłą, rozciągał się krajobraz, który od lat podziwiałam w albumach, a który teraz był dla nas niedostępny. Całą grupą siedliśmy na stopniach tarasów i czekaliśmy około godziny, dmuchając i odprawiając czary, by rozgonić mgłę. Byłam zdruzgotana. Tyle lat marzeń, tygodnie przygotowań, 13 godzin lotu samolotem, przeżycie problemów z kradzieżą w Nazca i wszystkich związanych z tym utrudnień w podróży i teraz, kiedy wreszcie znalazłam się w Machu Picchu, nie mogę zobaczyć nic oprócz pojedynczych, rozmazanych konturów budowli. Nie chciało mi się nawet rozmawiać. Siedliśmy na schodach, podparci kijami i czekaliśmy. Kiedy przewodnicy powiedzieli, że musimy ruszyć dalej, tzn. wejść do środka, na właściwy teren sanktuarium (bo w tym momencie znajdowaliśmy się już na jego terenie, ale na górze, na tarasie widokowym, jednym z kilku) to pomyślałam, że chyba już nic z tego nie będzie i że może uda nam się zobaczyć „coś”, a całe Machu po prostu będę musiała obejrzeć po raz kolejny na zdjęciach.

mgla

mgla1

Gdy tak schodziliśmy w stronę kolejnych zabudowań, stał się cud:)) Mgła zaczęła rzednieć, gdzieniegdzie pojawiały się pierwsze promienie słońca. Wstrzymaliśmy oddech,  można było już dostrzec pierwsze zabudowania, słońce zaczęło świecić mocniej i w ciągu 20 minut przed nami  pojawił się imponujacy widok. Pachamama była dla nas łaskawa, pogoda tak się poprawiła, że niektórzy wydali z siebie gromkie radosne okrzyki, bo oto przed nami zobaczyliśmy święte miejsce Inków, sanktuarium boga Słońca, w całej swojej pełni, w całym swoim majestacie i swoim pięknie. Byłam tak wzruszona, że łzy napłynęły mi do oczu. Tyle razy widziałam to miejsce na zdjęciach, na filmach,  a teraz ja sama stałam w tym magicznym miejscu i wszystko wydało mi się jeszcze piękniejsze, zbocza górskie jeszcze bardziej niesamowite, lasy jeszcze bardziej zielone, ta soczysta zieleń mieniła się różnymi odcieniami w słońcu. Panowała przez moment absolutna cisza. Nikt nic nie mówił. Myślę,  że każdemu zaparło dech w piersiach. Machu Picchu jest znane chyba wszystkim na świecie, ze zdjęć, filmów, ale zapiera dech w piersiach każdemu, kto znajdzie się na jego terenie, przede wszystkim swoim  położeniem, imponującym miejscem otoczonym wysokimi górami z zamglonymi wierzchołkami,  soczystą zielenią, panujacą wokół ciszą.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie z naszym przewodnikiem, oglądaliśmy każdą budowle, ja robiłam zdjęcia każdemu kamieniowi, każda chatka, każda ściana inkaskiego muru wydała mi się po prostu fantastyczna, tak więc zrobiłam chyba 200 zdjęć tylko w Machu Picchu. Widziałam komnaty królewskie, ołtarze ofiarne, łaźnie, spichlerze, niesamowite tarasy górskie do uprawiania roślin i udamawiania dzikich gatunków. Sanktuarium podzielone jest na kilka części, w zależności od funkcji i pozycji społecznej jego mieszkańców. Mówi się, że mieszkało tam ok. 1500 osób, w większości to kapłani i dziewice słońca, ale także miał tam swoją rezydencje inkaski władca czyli Inka (król) i jego rodzina. W innej części, na dole znajdowały się domki rolników, małe naturalne kamieniołomy, z których wydobywano ogromne bloki skalne do budowy murów.  W jednej z małych świątyni złożyliśmy ofiarę dla Pachamamy w postaci resztek jedzenia, liści koki i drobnych pieniążków. Do dzisiaj miejscowi wieśniacy wędrują do ruin, by starym zwyczajem dziękować Matce Ziemi za dobre plony i proszą o jej błogosławieństwo na kolejne lata właśnie ofiarując jej jedzenie, cziczę, drobniaki i liście świętej inkaskiej rośliny czyli koki. Ja podziękowałam jej za ten moment, tak wzruszający dla mnie i tak ważny.

schody

Podziwialiśmy tak moje Machu chodząc po ruinach, spotkaliśmy śliczne lamy, małe lokalne zwierzątka jak szynszyle mieszkające w zakamarkach. Na licznych tarasach widokowych, zapatrzeni, podziwialiśmy całe sanktuarium, dostojne, tajemnicze, po prostu cudowne. A ja zdałam sobie sprawę, że oto spełniło się moje największe marzenie, odwiedziłam Machu Picchu, Cusco, moich Indian, złożyłam ofiarę Paczamamie. Poczułam się wspaniale.

marzenie

ja

Machu Picchu zdobyte, spełniło się moje marzenie. Szczęśliwi chłonęliśmy ostatnie momenty naszego pobytu w tym świętym miejscu. Poiłam oczy kolorami, formami i pięknem tego górskiego skarbu. Tak, jeszcze tu kiedyś wrócimy. Czas by schodzić na dół. Czekał na nas pociąg, wracaliśmy w kierunku Cusco, by kontynuować naszą podróż po tym ślicznym kraju.

Dziękuję ci Panie  Boże, Virakoczo, Paczamamo…

machu

Moje Machu Picchu.

23. cd.Wędrówki do Machu Picchu.


Dzień III.

Wstaliśmy wcześnie rano i po śniadaniu spakowalismy mokre ubrania do worków plastikowych, część zawiesiliśmy na plecakach, by schły w czasie drogi. Stopy owinęłam plastikowymi workami z supermarketu, bo buty były mokre i zimne. Bagaż tego dnia był jeszcze cięższy niz zwykle. Tego dnia musieliśmy przejść więcej kilometrów (ponad 12) niż poprzedniego dnia, ale za to szlak był dużo łatwiejszy i przyjemniejszy. Obfitował w niesamowite widoki gór, przełęczy, jezior i seprentyn wijącej się pomiędzy skałami rzeki Urubamby. Widziałam przepiękne egzotyczne rośliny, groty skalne, tunele wykute w skałach i pierwszy raz w życiu spotkałam kolibry. Te maleńkie ptaki spijały beztrosko nektar z dużych kolorowych kwiatów i zupełnie nie przejmowały się naszą obecnością. Machają skrzydełkami tak szybko, że trudno jest dostrzec, jak naprawdę wyglądają,  ale mają za to długi, charakterystyczny dziubek i duże czarne oczka. Na szlaku można było dostrzec ostatnie kwitnące orchidee, mieniące się na różowo i biało, niezliczone rodzaje leśnych dzwonków, kolorowe bombki zwisające z gałęzi drzew, i to wszystko w porze deszczowej, czyli w zimie. Jak pięknie musi wyglądać przyroda w Andach w czasie pełni rozkwitu tamtejszych gatunków! Dzień był trochę pochmurny, w niektórych częściach gór wszystko było spowite mgłą, ale i tak bardzo nam się podobało.

SDC10108

SDC10106

Mijaliśmy po drodze różne ruiny inkaskie, pokonując kolejne kilometry inkaskich ścieżek i schodów, w większości zrekonstruowanych i odrestaurowanych i do dziś używanych przez miejscowych. Do obozu dotarliśmy wieczorem, kolacja była już gotowa, ciepła i pachnąca. Namioty były rozłożone na betonowych płytach, z których zrobiono tarasy potrzebne do ulokowania obozowiska i tej nocy prawie nie zmrużyłam oka, bo wszystko mnie bolało od spania na twardej, zimnej, betonowej podłodze. Na dodatek namioty były ubrudzone wczorajszym błotem i poustawiane jeden obok drugiego, przez co chcąc nie chcąc, musieliśmy wysłuchiwać chichoty 3 Argentynek, rozbawionych nieoczekiwaną wizytą facetów w swoim namiocie…Muszę dodać, że przez te wszystkie dni wędrówki nie było możliwości skorzystania z prysznica, w kolejnych bazach mieliśmy do dyspozycji tylko stare baraki służące jako ubikacje i krany z bieżącą zimną wodą na otwartej przestrzeni. Mieliśmy ze sobą na wszelki wypadek żele dezynfekujące i gaziki nasączone alkoholem, ale na szczęście nie były potrzebne, bo nikt się nie skaleczył, mieliśmy tylko małe otarcia skóry i pęcherze na stopach;) Jedna z turystek z Puerto Rico skręciła sobie nogę w kostce i dalsza podróż dla niej okazała się możliwa tylko dzięki pomocy naszych noszaczy bagażowych, z których kilku zgłosiło się na ochotnika, za specjalną opłatą, nieść biedną kobietę na plecach, na zmianę…aż do celu.

SDC10112

SDC10113

Kolejny dzień dobiegał końca. Jutro wielki finał. Machu Picchu. Chyba każdy z nas przed zaśnięciem odmówił kilka zdrowasiek o słoneczną pogodę następnego dnia, bo wiedzieliśmy, że jeśli niebo będzie zamglone jak do tej pory, to nic nie zobaczymy…

Zdrowaś Mario, łaski pełna…

SDC10140

cdn.