13. Zakręcony Marrakesz.


Marrrrrrrrakesz!!!!! Co za miasto, dzikie, spontaniczne i pełne życia. Kto nie był w Marakeszu ten nie wie nic o Maroku i jego mieszkańcach. Można powiedzieć, że to kwintesencja kultury i tradycji tego kraju zmieszana z zachodnimi atrakcjami dla turystów. Na pierwszy rzut oka może wydawać się zapuszczonym miastem w ruinie, z całą masą starych odrapanych domków, ale to tylko złudzenie, dlatego że te stare domki to tak naprawdę zabytkowa część miasta, czyli medina. Tutejsza medina różni się znacznie od tej w Fez, jest otwarta, stanowi po prostu jedną z dzielnic. Otoczona wysokim różowym murem z kilkoma bramami- wejściami w postaci łuków. W środku można spokojnie jeździć na rowerze, co my oczywiście musieliśmy sprawdzić i pożyczyliśmy sobie rowery na przejażdżkę po mieście pewnego dnia i było, jak to zwykle na rowerze, bardzo zabawnie i po raz kolejny musieliśmy przyznać, że rower to wynalazek wszechczasów. Nie jakiś tam zamek błyskawiczny czy broń palna, czy nawet proch albo koło, tylko właśnie rower!!!!!! Na rowerze możesz odwiedzić dużo więcej, bez wysiłku, miło i świetnie się przy tym bawić. Jeździłam na rowerze w kilkunastu krajach, zawsze staramy się znaleźć w danym miejscu jakąś wypożyczalnię; różnie to z nimi bywało. Największą frajdę do tej pory sprawiła mi wycieczka rowerowa do Doliny Królów w Luksorze. Najbardziej oryginalnym pomysłem używania roweru była nasza wycieczka statkiem śródziemnomorskim, kiedy to cumowaliśmy w kilku portach 5 różnych krajów i zjeżdżaliśmy z pokładu na naszych małych składanych rowerkach; niektórzy z pasażerów statku przyznali, że następnym razem sami zabiorą takie składaczki, bo pomysł wydał im się genialny:-)

DSC_2106

DSC_2248

Stacja benzynowa

Tak więc jeździliśmy sobie po Marakeszu, zapuszczając się w najciemniejsze zaułki miasta, które w tym czasie pełną parą przygotowywało się do wspomnianego już święta baranka i ojcowie rodzin rozgorączkowani szukali ostatnich żywych i dostępnych baranów. Kilka razy prawie oboje się zdeżyliśmy na rowerach przez nieuwagę, gdy przejeżdżało obok nas coś, co z początku wydawało się wielką kupą ciał posadzonych na pędzącym motorze. Zaczynał hałasować klakson i musieliśmy usuwać sie z drogi tej rozpędzonej masie złożonej z kierowcy motoru, który przed soba na kolanach wiózł żywego, związanego barana, a za nim na motorze siedziała uczepiona żona , u której na kolanach, ścisnięte między ojcem a matką siedziało skulone małe dziecko, a za matką uczepione jej koszuli siedziało kolejne dziecko…Niesamowite, nigdy bym nie przypuszczała, że tyle „ciał” może zmieścić się na średniej wielkości motorze naraz… Innym razem Jose zaczął coś do mnie krzyczeć z tyłu, żebym uważała, bo dogania nas…baran na motorze, dosłownie, nie było widać kierowcy z daleka, tylko baranie cielsko przywiązane do kierownicy, a dopiero później, już z bliska, można było zobaczyć głowę kierowcy…co za strach! Baran na motorze!  Tylko w Marakeszu!!!

Kiedy nadszedł wielki dzień świętowania, wszyscy ojcowie rodzin czekali na znak imama, który jako pierwszy w każdym mieście zabija baranka i daje znak pozostałym. W Rabat, wielki imam zabija baranka a po nim robi to król, a dopiero potem cała reszta. Mięso dzieli się na części i każdego dnia gotuje posiłek z jednej z części. Baranią głowę piecze się na ruszcie, przed domem, na ognisku, na grilu lub na starych drucianych podporach materacy do spania. Taką opaloną, pozbawioną włosów głowę poźniej gotuje się i podobno wychodzi bosko smaczna zupa. My nie próbowaliśmy i bynajmniej nie żałowaliśmy;)

W Marakeszu, podobnie jak w Krakowie, Brukseli czy innym szanującym się mieście znajduje się plac główny, jakby rynek i tutaj ten plac nazywa się Jamaa el Fnaa, i jest to centrum życia towarzyskiego, kulturalnego przez całą dobę. Prowadzi do niego wiele ulic i uliczek, ale ta główna i najbardziej znana jest udekorowana setkami sklepików z badziewiami, barami, restauracjami, ulicznymi sprzedawcami wszystkiego.

DSC_2235

Video ze spaceru po placu Jamaa el Fna:

http://www.youtube.com/watch?v=9wTHgrM3J10

Plac Jamaa el Fna jest wypełniony straganami z jedzeniem, daktylami, cytrusami, napojami, słodyczami i pysznie pachnącymi kebabami. Należy jednak pamiętać, że w przypadku turystów trzeba uważać na każdym kroku co się je, myć często ręce, nie pić wody z kranu ani nie jeść lodów, sałatek ze świeżych warzyw i owoców, czyli ogólnie należy przestrzegać podobnych reguł jak w np. Egipcie, Tunezji, Algierii, Peru itp.

Można tu także zobaczyć zaklinaczy węży, dziesiątki grajków i muzyków używających fleciki i piszczałki wszelkiego rodzaju i kiedy wszyscy oni zaczynają grać w jednym czasie, konkurując między sobą kto może więcej i głośniej, to ta muzyka zamienia się w chaotyczny jęk, brzęk i łkanie piszczałek. Dowiedziałam się tutaj, że istnieje taki zawód jak opowiadacz bajek i historii. Wokół niego zbierają się widzowie i on opowiada, gestykuluje, rozśmiesza, straszy i potem zbiera datki. Pewnego wieczoru zaproszono nas do takiego kręgu, gdzie byliśmy jedynymi „bladymi twarzami” w tym momencie i jak dziadek skończył to po prośbie do kogo podszedł ze swoim beretem?? Do nas…tylko i wyłącznie. My trochę zawstydzeni szukaliśmy w pośpiechu jakichś drobniaków po kieszeniach i jak już wrzuciliśmy do beretki co znaleźliśmy, to nas wyśmiali, że tylko tyle mamy…ech…

Dziewczęta z Marakeszu zrobiły mi 2 śliczne tatuaże berberyjskie, które miały ponoć wytrzymać ponad 2 tygodnie, a wytrzymały jakiś tydzień, ale dobre i to, że nie zmyły się po pierwszym myciu rąk mydłem. W czasie wycieczki rowerowej zobaczyłam nie tylko medinę, ale także ogrody, hotel Mounia, madrasę (szkołę koraniczną), wieżę Koutubię (bliźniaczka Giraldy w Sewilli), kupiliśmy śliczne bluzki haftowane z delikatnej bawełny. Wieczorem tego samego dnia postanowiliśmy wraz z inną parą turystów skorzystać z łaźni, czyli popularnego tutaj hammam’u. Chyba każdy słyszał o bajecznych łaźniach arabskich, natryskach, basenach tureckich , my też i postanowiliśmy sprawdzić jakie są w rzeczywistości. Polecono nam wygodny hammam w centrum miasta, gdzie podobno przychodzi wielu turystów i zapewniono nas, że bedzie nam się podobało. My kobiety kupiłyśmy swoje bilety, cały pakiet atrakcji z mydłem specjalnym złuszczajacym, rękawicą do masażu, usługami typu masaż i peeling całego ciała. Nasze drugie połówki kupiły swoje bilety i weszliśmy, kobiety po jednej stronie budynku, mężczyźni po drugiej. Moja towarzyszka zabrała sobie strój kąpielowy, ja nie miałam przy sobie, więc postanowiłam pozostać w dyskretnej czarnej bieliźnie. Jak się szybko okazało, ten hammam to nie było dokładnie to, co sobie wyobrażaliśmy wszyscy. Duża sala-łaźnia z natryskami w postaci gumowych węży i wiader napełnianych wodą przez panią pracujacą w środku i mnóstwo rozbawionych, zupełnie nagich kobiet siedzących na podłodze, rozmawiających, myjących się, bez żadnego zażenowania czy wstydu przed innymi paniami. Młode, stare, grube i chude, wszystkie nagusieńkie, a my dwie w ubraniu, zawstydzone, Carmen prawie chciała uciec stamtąd, ale szybko podeszła do nas pani pracująca w łaźni, zapytała o bilety i widząc wykupione pakiety atrakcji, od razu zabrała się do pracy nad nami. Na początek posadziła nas na cienkich matach na tej podłodze, zaczęła polewać nas gorącą wodą i wcierać w nas maziste mydło złuszczające, które wydzielało dziwny siarkowy zapach. W swoim języku od początku jak tylko weszłyśmy przekonywała nas też, byśmy sciągnęły te głupawe ubranka typu strój kapielowy. Nie było rady, trzeba było rozebrać się do rosołu jak wszystkie. Oczywiście zostałyśmy „obgadane” i ocenione jak sądzę przez tutejsze, co myślały o nas nie wiem, ale na pewno były ciekawe, co nas tu przywiało…My myślałyśmy dokładnie to samo. Po kilkunastu minutach polewania wodą i wcieraniu mazi przyszła kolej na dalsze atrakcje typu peeling całego ciała. Pani założyła sobie rękawice, którą otrzymała w pakiecie Carmen i ona właśnie poszła jako pierwsza na złuszczanie… Kazano jej położyć sie na jedynej wolnej macie na podłodze i pani rozsiadła się obok niej okrakiem i zaczęła ścierać co się dało. Ile tego było! Myślałby kto z tutejszych , że te europejskie kobiety z „pierwszego świata” to w ogóle się nie myją, bo z biednej Carmen zaczęły schodzić całe płaty naskórka. Starsza pani ścierała, masowała, przewracała biedną Carmen na lewo i prawo, aż złuszczyła dosłownie każdy fragment jej ciała. Jak na to patrzyłam, to instynktownie szukałam drzwi wyjściowych, ale i tym razem nie udało się, bo przyszła kolej na mnie;-) Pani zostawiła leżącą na podłodze złuszczoną Carmen i kazała mnie położyć się na podłodze, tym razem bez maty, bo ta była już zajęta. Położyłam się wiec na gołej podłodze pokrytej mydlinami i (Boże wybacz…!) i naskórkami między innymi Carmen…Trzeba było ogromnej odwagi i samozaparcia, by sie na to zdobyć. Ja miałam 2 wyjścia- wstać i uciec stamtąd albo po prostu, będąc juz w środku umazana w mydle zamknąć oczy i robić to, co wszystkie baby naokoło. Wybrałam to drugie i położyłam sie na tej podłodze, zamknęłam oczy i oddałam się w ręce starszej pani złuszczarki. Zrobiła mi porządny peeling, potem masaż, oblała kilkoma wiadrami wody na przemian gorącej i zimnej, nastawiła kości i puściła nas wolno… Wyszłyśmy obie jak nowo narodzone, złuszczone, wyszorowane jak nigdy w życiu…i ze skórą gładką jak pupa niemowlaka. Niesamowite!!!!!!!!!!! Nigdy moja skóra nie była tak gładka i delikatna jak po tym wyczerpującym zabiegu. Nawet arabski hammam można przeżyć…

DSC_2163

Pałac Bahia

Następnego dnia znów objechaliśmy miasto wzdłuż i wszerz, odwiedzilismy Palais Bahia, grobowce lokalnych władców, ogrody i na deser zostawiliśmy sobie zoco, czyli targowisko. Kolejne miejsce, gdzie możesz kupić wszystko, znów sympatyczni sprzedawcy mający wszystko w najlepszej cenie i znów kłębowisko smaków, kolorów i zapachów. Jeden ze sprzedawców galanterii skórzanej okazał się baaaardzo gościnny, nie tylko sprzedał nam paski do spodni po „niewiarygodnie niskiej cenie”, ale też skręcił na poczekaniu porządnego jointa i tym „skrętem pokoju” przypieczętowaliśmy dobry paskowy interes. Odwiedziłam bajkowe ryady, czyli dawne pałacyki bogaczy dziś przekształcone w luksusowe małe hoteliki, gdzie każdy pokój jest w innym kolorze i ma inny wystrój, gdzie każda z łazienek jest zrobiona w innym stylu.

DSC_2117

 

DSC_2267

Można by tak opowiadać o zaczarowanym Marakeszu jeszcze bardzo dużo, ale najlepiej jest pojechać tam i zobaczyć, poczuć i spróbować przynajmniej tego wszystkiego, czego doswiadczyliśmy my:-) Insh Allah!!!

DSC_2281


10. Maroko.


Maroko znajduje się tak blisko Hiszpanii, że dla tutejszych jest jednym z najpopularniejszych miejsc na krótki wypad , wypoczynek z przyjaciółmi, czy po prostu miejscem tańszych zakupów. Wielu Hiszpanów, zwłaszcza inżynierów i architektów pracuje w Maroku i na weekend wraca do domu, do Hiszpanii. Marokańczycy stanowią jedną z najliczniejszych grupę imigrantów w królestwie Hiszpanii, pracują tutaj sezonowo, na stałe, mieszkają, sprowadzają rodziny, zakładają swoje małe biznesy i zajmują się niestety także przemytem haszyszu, który jest uznawany za bardzo dobry jakościowo, hehe. Znam osobiście kilka osób tej narodowości i są to bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. W Hiszpanii jednak nie cieszą się zbyt dużą sympatią, jak zresztą wszyscy muzułmanie, do których Hiszpanie (i pewnie nie tylko oni) mają dosyć sporo uprzedzeń. Należy pamiętać, że w toku swojej historii, Hiszpania przez prawie 700 lat była pod rządami muzułmańskimi, a w Cordobie znajdował się kalifat, największy po tym znajdującym się na Bliskim Wschodzie. Zostali oni wygnani z półwyspu iberyjskiego przez królów katolickich i do tej pory świętuje się to wydarzenie, co roku obchodząc tę rocznicę w postaci hucznych imprez i ulicznych pochodów setek ludzi przebranych za „los moros y christianos” czyli muzułmanów i chrześcijan. Czasami myślę, że właściwie obecni Hiszpanie to mieszanka europejsko-arabska, w ich żyłach płynie przecież krew „moros”, którzy żyli na tych ziemiach przez kilkaset lat. Skąd więc u nich niechęć, która można czasem wyczuć w stosunku do np. Marokańczyków?

Postanowiliśmy na własne oczy poznać troszkę ten znany z filmów i opowieści kraj, który od zawsze wydawał mi się bajkowy i kolorowy i był dla mnie typowym przykładem kraju, o którym myślałam czytając baśnie Szeherezady i Tysiąca i Jednej Nocy. I chyba wszyscy słyszeli o tajemniczym Marakeszu, najdroższym i najbardziej ekskluzywnym na świecie hotelu Mounia, znajdującym się właśnie w Marakeszu, znanym z wielu produkcji hollywoodzkich.

Rozpoczęliśmy naszą wizytę podróżą prawie 8-godzinną z Marakeszu, gdzie wylądowaliśmy, do Fez, kulturalnej i dawniej oficjalnej stolicy Maroka. Podróż autobusem trochę nużąca, ale nasz wesoły przewodnik robił co mógł, by jakoś czas szybciej płynął. Zatrzymaliśmy się kilka razy, i, podczas gdy inni podróżni sadowili się w przydrożnym hotelu na obiedzie, my uciekliśmy „na miasto”, chcąc spróbować czegoś miejscowego i zobaczyć okolicę. Nie wiem, jak się nazywała ta miejscowość, ale była malutka, miała jedna główną ulicę, kilka domów i barów, miała nawet dużą jak na te warunki aptekę no i przepiękne widoki, wprost na wysokie i ośnieżone szczyty górskie pasma Atlas. Oczywiście wzbudziliśmy sensację w tej wiosce, pewnie każdy myślał, że się biedacy zgubiliśmy, bo na turystyczną ta miejscowość raczej nie wyglądała. Znaleźliśmy przydrożne stoisko z jedzeniem, które fantastycznie pachniało i postanowiliśmy sprawdzić, co tam się sprzedaje. Sprzedawca się zestresował, zaczął szybko szukać jakichś czystych łyżek i widelców, pluć na szklanki, bo trochę osadu miały no i wpadł na pomysł, ze może byłoby dobrze ręce umyć. Brzmi zniechęcająco, ale uwierzcie, byliśmy już bardzo głodni i to jedzenie taaak pysznie pachniało! Były to porcje warzyw z kawałkami mięsa wołowego pieczone (każda porcja w osobnym glinianym naczyniu postawionym na żarzącym się węglu) na wzór pieczonych ziemniaków na południu Polski, gdzie do dużego żeliwnego gara wkłada się ziemniaki, marchewkę, cebulę, boczek, kiełbasę i inne składniki według upodobań, to wszystko przykrywa się liśćmi kapusty, grubą darnią i stawia na wolnym ogniu prawdziwego ogniska. Wersja marokańska wyglądała równie apetycznie, serwowano ją ze świeżym plackiem chlebowym. Nazywa się to danie tajin. Niebo w gębie!!!!! Było pyszne, aromatyczne, pikantne (dzięki Bogu, bo przyprawy pikantne zabijają bakcyle) i taki tajin był dużo lepszym wyborem niż jakieś tam frytki i pierś z kurczaka w hotelu. Sprzedawca był zachwycony naszym zachwytem i pochwałami, chociaż pewnie niewiele rozumiał po francusku. Poprośilismy go o zdjęcie i cały szczęśliwy ustawił się dumnie za ladą swojej budy, zawołał żonę, dziecko i kazał pstrykać foto. Pożegnaliśmy się serdecznie i pojechaliśmy dalej, jeszcze w autobusie żując ostatnie kawałki placka umaczanego w sosie. Pierwszy kontakt z tubylcami- bardzo miły i przepyszny:-)

DSC_1776

DSC_1775

cdn.