51. Miało być izraelskie Beverly Hills, była…Haifa. Akko.


Do Haify dotarliśmy pociągiem z lotniska w  Tel Avivie wcześnie rano i zastaliśmy oczywiście miasto jeszcze śpiące, ale juz rzuciła nam się jego jedna cecha w oczy: miasto jest brudne. Wszędzie widać porozrzucane śmieci, odpadki, wałęsające się koty a nawet bezpański królik czy zając stanął nam na drodze. Wysiedliśmy na dworcu znajdującym się w dzielnicy portowej, a jakie są dzielnice portowe i dworce oraz ich okolice wszyscy wiemy, ale nieporządek panował także na ulicach już dalej położonych, w dzielnicach normalnych, mieszkalnych. Witryny sklepowe brudne, domy odrapane, myśleliśmy, że, kurcze, to nie do tej Haify dojechaliśmy co trzeba, bo przecież miało być izraelskie Beverly Hills… Nie wiem, jakie jest amerykańskie Beverly Hills, ale wyobrażam je sobie zupełnie inaczej niż to, co zobaczyłam w pierwszy dzień w Haifie. Nasz hotel Eden zarezerwowany wczesniej przez internet na 1 noc (dzięki Bogu) okazał się być starym i obskurnym hotelikiem o wygórowanych cenach, ale że byliśmy bardzo zmęczeni, po nieprzespanej nocy (podróż z przesiadką w Rzymie trwała w sumie kilkanaście godzin i wylądowaliśmy na Ben Gurion o 3 w nocy) i z tobołami na plecach, postanowiliśmy nie szukać o 6-tej rano innego noclegu. Przywitał nas starszy pan, Argentyńczyk od kilkunastu lat mieszkający w Haifie i zakochany w historii Żydow i judaizmie, który urzędował w obklejonej zdjęciami gołych bab maleńkiej kanciapie i który od samego początku przekonywał nas, że warto było przyjechać do Haify…

oto Haifa i bezpański królik…

…a to piękniejsze wydanie miasta

Miasto jest trzecim po Tel Avivie i Jerozolimie miastem w Izraelu, ma największy w kraju port, jest centrum przemysłowym kraju (co zresztą przepowiedział w 1898 twórca syjonizmu Teodor Herzl) i mieszka w nim ponad 250 tyś. ludzi 5 różnych wyznań (żydzi, muzułmanie, chrześcijanie, druzowie i bahais). O Haifie mówi się, że ¨…pracuje, podczas gdy Jerozolima się modli a Tel Aviv się bawi¨. Dawniej w regionie znajdowało się wiele winnic, stąd też nazwę góry Carmel rozpościerającej się nad miastem tłumaczy się jako winnica boska. Ta góra Carmel znana jest z obecności jaskini, w której znalazł schronienie prorok Eliasz broniący religii monoteistycznej, uciekając przed królem Ahabem. Dzisiaj jest ona świętym miejscem dla żydów, chrześcijan, muzułmanów i druzów. Druzowie to wyznawcy religii pochodzącej z Syrii i Libanu. Jest ona mniejszością islamską, odłamem ismaelskim tej wielkiej religii. Wyznają jednego boga i nazywają siebie muwahidum, czyli samotnicy. Wierzą, że należy pomagać bliźniemu oraz w reinkarnację.

W Haifie można odwiedzić piękne ogrody Bahai, rozpościerające się ze szczytu góry Carmel aż na prawie sam dół miasta i na górze można podziwiać ich schodkową budowę, złocistą kopułę ich świątyni oraz panoramę miasta. Z góry Haifa wydaje się o wiele piękniejsza. Religia Bahai ma ponad 2 miliony wyznawców i została stworzona jako alternatywa dla fanatyzmu islamskiego i skorumpowanych przywodców religijnych. Wywodzi się z Persji wieku XIX i jej główne założenia to: istnienie jednego Boga Wszechmogącego, uznanie proroków wszystkich wyznań jak Mojżesz, Zaratustra, Budda, Chrystus, Mahomet oraz ¨obecny¨prorok Baha Allah oraz wszystkich innych wysłańców Boga na ziemię, których zadaniem jest zjednanie wszystkich ludzi w imię jednej religii, która łączy a nie dzieli. Uznaje równość płci, ras, pochodzenia, praw i obowiazków. Nie ma księży ani przywodców religijnych, nie odprawia się też żadnych uroczystości religijnych.

Panorama miasta

Ogrody Bahai

Spacerując po mieście warto zajrzeć do niemieckiej kolonii, która jest jedna z dzielnic Haify i obfituje w restauracje i piwiarnie niemieckie. Kolonia została utworzona przez niemieckich templariuszy w 1869 roku w celu przygotowania tych ziem na powtórne przyjście Chrystusa.

Niemiecka kolonia w Hajfie, dzielnica Ha Moshava Ha Germanit.

Dla lubiących zakupy też coś w Hajfie się znajdzie. Na ¨górze góry¨ Carmel znajduje się wielkie centrum handlowe oraz mnóstwo nowoczesnych restauracji i kawiarni. Ja w Hajfie dostałam w sobotę rano koszerną kawę bez mleka, bo w czasie szabatu maszyny do kawy nie pracują, podobnie jak ich wlaściciele;-) ale pan się zlitował, bo mnie bolała głowa i zalał parę łyżek kawy mielonej wrzątkiem, zamieszał i przeprosił, że tylko to może mi teraz zaoferować. Kawa może i była prawdziwie koszerna, ale siekiera na pewno, a mnie się przypomniało jak u mnie w domu jeszcze do niedawna taką kawę się parzyło i piło ze wzruszeniem, hehe i nikt nie wiedział nawet że była koszerna:-)

Dzielnice położone wyżej są już bardziej cywilizowane, te położone w okolicach centrum handlowego i pięknych ogrodów Bahai już są naprawdę ludzkie, czyste, zadbane i widać że bogate. To chyba to właśnie nazywa się izraelskim Beverly Hills…

Następnego dnia pojechaliśmy pociągiem do Akko,  jednego z najstarszych w Izraelu miasteczek, oddalonego o niecałe 23 km. Ta wycieczka okazała się strzałem w dziesiątkę, bo chociaż miasteczko małe, to jest piękne, otoczone ogromnymi murami, z pięknym starym portem, kolorowymi łódeczkami i arabskimi targowiskami pełnymi różnych zapachów. W całym mieście królują wieżyczki minaretów, turkusowe kopuły meczetów. Bardzo polecam spacer po starej zabytkowej części miasta, w labiryncie uliczek, muzeów i parków. Byliśmy świadkami arabskiego weselicha i widzieliśmy, jak bawią się panie osobno, panowie osobno, wszyscy czekając najpierw na panią młodą a później na pana młodego, gwiżdżąc, śpiewając, tańcząc i odpalając petardy. Prawie się wkręciliśmy na imprezę:-) W Akko ludność jest w sporej większości żydowska, ale żyją tu też oczywiście muzułmanie i chrześcijanie. Warto zobaczyć także 2 fortece na 2 końcach miasta oraz duży i piękny meczet Al Jazzar zbudowany na ruinach katedry św. Krzyża. W jego wnętrzu w zdobionych grobowcach spoczywają Ahmad El Jazzar i jego następca Sulejman Pasza. Wielbicielom historii krzyżowców polecam wizytę w podziemnym mieście krzyżowców, która jest obowiązkową wizytą historyczną w Akko. Z powodu różnic w poziomach gruntu obecnie ruiny miasta są częściowo zasypane. Na koniec pracowitego dnia można sie udać do hammamu na gorącą arabska kąpiel z masażem, wiem co pisze, hehe! (patrz wpis o Marrakeszu i mojej przygodzie w hammamie). Dla wielbicieli słodyczy w Akko jest wiele arabskich sklepików, gdzie kupią wyśmienite, wyszukane i przepyszne słodkości!

Uliczki Akko.

Weselicho

Nadciąga pan młody:-)

„…jak widzę słodycze to kwiczę!”

Port w Akko.

Meczet Al Jazzar

cdn.

8. Trzy wielkie religie w Kairze. Cytadela, Khan-el-Khalili, Kair koptyjski.


Następnego dnia zobaczyliśmy Cytadelę, Dzielnicę Umarłych, Khan-el-Khalili oraz część koptyjską Kairu, czyli część chrześcijańską. Byłam ciekawa, dlaczego jedną z dzielnic nazywano Dzielnicą Umarłych, chociaż wiedziałam wcześniej, że to najbiedniejsza zona w mieście i wkrótce uswiadomilam sobie, że nazwa w pełni odpowiada rzeczywistości…Biedacy mieszkają tam w grobowcach i pałacykach cmentarnych, bo nie mają własnego domu i turyści nie powinni tam wchodzić, gdyż narażają się na rabunek a nawet na agresywne ataki uzbrojonych mieszkańców. My „zwiedziliśmy” tę dzielnicę przejeżdżając samochodem , powolutku i tylko po głównych uliczkach, by nie prowokować nikogo. Nie wyobrażam sobie zgubić się tam wieczorem…byłoby lepiej od razu strzelić sobie w głowę (podobnie niebezpiecznie jest w Limie wieczorami w niektórych miejscach).

Cytadela to kompleks budowli znajdujący się na wzniesieniu, z którego widać pięknie panoramę całego miasta, które dopiero w tym momencie można tak naprawdę zobaczyć prawie w całości. W obrębie cytadeli znajdują się meczety, w tym meczet Alabastrowy (meczet Mehmet Ali) i meczet Ibn Tulun, liczne tarasy widokowe, muzeum wojskowe i policji oraz inne malutkie meczety, których zresztą w całym Kairze jest ok. 1000. Panorama miasta przedstawia się jako skupisko szaroburych budynków, bloków, domów, setek minaretów a smaczku dodaje wszechobecny hałas ruchu ulicznego, klaksonów, śpiewu imamów i mgiełka smogu unosząca się nad miastem…

DSC_1590

Panorama miasta widziana z Cytadeli

W obrebie cytadeli poczuliśmy prawdziwy powiew i smak islamu, religii potężnej, pięknej i pełnej pokoju. Zobaczyłam modlących się w pełnym skupieniu ludzi, po modlitwie można było wejść do środka świątyni alabastrowej, która onieśmieliła nas swoim bogactwem, dekoracją i pięknem. Przed wejściem obmyliśmy ręce, twarz w wodzie z alabastrowej fontanny i w samych skarpetkach weszliśmy na czerwone dywany. Ja miałam niebieski szal z Aswanu na głowie, z szacunku dla tradycji islamskiej w miejscu świętym dla muzułmanów; chodziłam zresztą przez cały czas pobytu w Egipcie z szalem na głowie, by nie zwracać bardzo uwagi i dla poszanowania tradycji. Kilka razy pytano mnie, po co noszę zakryte włosy, skoro nie jestem muzułmanką, a ja odpowiadałam, że jestem w państwie, którego obyczaje staram się przestrzegać. Innym razem młody chłopak w Kairze powiedział mi, że bardzo podoba mu się, że noszę chustkę i że szanuję obyczaje w jego kraju. Wracając do meczetu w Cytadeli, nie wiem czemu, ale wzbudziłam sporą sensację wśród zwiedzających go muzułmańskich dziewcząt i wszystkie chciały zrobić sobie ze mną zdjęcie. Z początku myslałam, że po prostu śmieją się ze mnie, że noszę chustkę, ale to chyba nie było to, hehe, po prostu podobałam im się… a może nigdy nie widziały jasnej blondynki w niebieskim szalu z Aswanu na głowie:-) Muszę dodać, że niektóre kobiety, zwłaszcza w Kairze chodzą ubrane jak Europejki, nowocześnie i odważnie, ale większość wciąż tradycyjnie, z zakrytą głową, młode kobiety natomiast łączą styl zachodni z tradycyjnym nakryciem głowy.

DSC_1604

W innym meczecie otwartym dla turystów, najstarszym w Egipcie, meczecie Sulejmana Pachy znajduje się grobowiec rodziny królewskiej, cały w marmurze, pięknie ozdobiony inkrustacją z kolorowych kawałków półszlachetnych kamieni. Dowiedziałam sie też, że muzułmanie mają swój własny różaniec.

Po południu czekała na nas kolejna atrakcja tego niesamowitego miasta: dzielnica koptyjska. Znajduje się jakby w ogrodzie, poniżej poziomu miasta, jest bardzo stara i tajemnicza. Podobno jeden z kościółków został zbudowany na ruinach schroniska, gdzie chwilowo przebywała rodzina święta w czasie ucieczki przed Herodem. A obok zabytkowa synagoga… to piękne, że istnieją obok siebie , od wieków, 3 potężne religie i nie ma z tego powodu wojen, nieporozumień, ludzie do dzisiaj żyją spokojnie i we wzajemnym szacunku.

Wciąż przed nami największa dla wielu atrakcja Kairu: targowisko Khan-el Khalili. Ten kąsek zostawiliśmy sobie na koniec dnia wypełnionego zwiedzaniem i było warto, bo targ ożywa właśnie popołudniu i do późnych godzin nocnych jest otwarty. Kto nie widział Khan-el Khalili, ten nie widział Kairu i nie poznał jednej z bardzo ważnych części arabskiej kultury. To ogromne, prawdziwe zbiorowisko wszystkiego, gdzie można kupić wszystko i gdzie nie tylko można spotkać setki turystów, ale także mieszkańców Kairu robiących normalne zakupy. Można zjeść tradycyjne potrawy, przepyszne daktylowe i sezamowe słodycze, posłuchać muzyki, zapalić fajkę wodną (shisha), potargować się dla zabawy, usiąść na krzesełku z właścicielem sklepiku i posłuchać ciekawych historii. Wszyscy oferują wszystko, mozna nawet kupić „nic”, jak nam powiedział jeden ze sprzedawców, kiedy, zmęczeni już kilkugodzinnym chodzeniem między straganami, na kolejne : „przepraszam, czego szukacie?” odpowiedzieliśmy zdawkowo „niczego”, sprzedawca nie dawał za wygraną i powiedział: „nic? też mam, jaki rozmiar??” Wybuchnęliśmy śmiechem i skończyło się na tym, że kupiliśmy kolejny badziew. Nigdzie cynamon nie pachnie tak cudownie jak na targowisku w Kairze i nigdzie papryczka chili nie ma tak soczystego koloru jak właśnie w Khan-el Khalili. Wyszliśmy na wielki plac pełen kafejek, herbaciarni i restauracji i od razu znaleźliśmy słynną herbaciarnię Fishawi, najstarszą i najbardziej znaną w całym Egipcie. Zamówiliśmy herbatę z miętą, tradycyjny napój w Egipcie, obok zimnego naparu z hibiskusa nazywanego tu karkade. I dostaliśmy fantastyczny gorący napar z gałązkami świeżutkiej mięty w szklankach! Bajecznie pyszne:-)

DSC_1692

Targowisko Khan-el Khalili

DSC_1706

Na herbatce w Fishawi

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni ale nasyceni smakami , kolorami i zapachami metropolii egipskiej. Czekał nas kolejny dzień, tym razem pod postacią wyczerpującej lekcji historii i sztuki starożytnego Egiptu. Jutro- wizyta w Muzeum Egipskim w Kairze.

cdn.