6. Abu Simbel, egipski cud świata.


Wyruszyliśmy w drogę o 10.30 i popędziliśmy na miejsce wyjazdu konwoju. Tam czekało juz kilkanaście samochodów i autobusów z podróżnymi i wiele samochodów z policjantami i wojskowymi. Wszyscy mieli karabiny i pistolety, wyglądali nawet groźnie… Nasz kolega najadł się strachu, gdy stanął koło niego jeden z policjantów i z wycelowanym (tak od niechcenia) w jego stronę karabinem zaczął wypytywać go o ciekawostki z „zachodniego świata”… Kolega poprosił, by odsunął lufę w inną stronę, a policjant zaczął się śmiać nie wiadomo z czego, ukazując przy tym piękne bialutkie zęby…Egipskie poczucie humoru.

Wreszcie wyruszyliśmy w drogę. Czekała nas kilkugodzinna podróż w konwoju, a to znaczyło: żadnych przystanków, żadnego marudzenia w drodze że siku, że wymioty, itp. Ja wiedząc o tym, skorzystałam z ubikacji przed wyjazdem, ale piłam dużo wody w drodze, bo było strasznie gorąco. Nasz kierowca Monty zabawiał nas rozmową i usiłował wynegocjować dobrą cenę za kupienie…mnie:) Proponował Jose’mu chyba wszystko, łącznie z przysłowiowymi wielbłądami, ale zapomniał o jednej ważnej rzeczy: zapytać mnie o zdanie. Czas płynął, a ja odczuwałam coraz większą potrzebę skorzystania z WC… piłam i piłam tyle wody, że w końcu nie mogłam już wytrzymać. Do końca drogi pozostało jakieś 2 h, wiedziałam, ze niemożliwym będzie wytrzymać, więc zapytałam Montiego, czy możemy zatrzymać się na doslownie 2 minuty, zrobię siku przy drodze i zaraz wracam. NIE!!! Odpowiedź krótka i zwięzła wyjaśniła wszystko. Starałam się wytrzymać przez kolejne 20 minut, ale już byłam u kresu wytrzymałości… i znów zapytałam, czy może na 1 minutkę…NIE!!!!! Ok, wyszeptałam na ucho do Jose, że już naprawde nie mogę dłużej i czy możemy coś na szybko wymyśleć. W samochodzie było 3 facetów i ja, w tym jeden muzułmanin, który na widok półnagiej, zachodniej kobiety pewnie dostałby zawału serca za kierownicą, ale to nie przeszkodziło mi w realizowaniu desperackiego planu zrobienia czegoś szalonego…siku do plastikowej butelki po wodzie mineralnej w środku pędzącego samochodu… Nasz kolega powiedział, że jak nie ma innej rady, to zacznie przypalać butelkę zapalniczką, żeby zmiękła przed krojeniem, a Jose łapał się za głowę a mnie było już naprawdę wszystko jedno. Kiedy nasz kierowca zobaczył, co się dzieje, wpadł w panikę, zaraz zadzwonił do jednego z policjantów w konwoju i zaczął krzyczeć nie wiem co, ale skutek był taki, ze zatrzymaliśmy sie przy drodze na 1 minutę. Dogoniliśmy konwój w zawrotnym tempie i w końcu dojechaliśmy do celu. Przed nami Abu Simbel.

Trzeba było obejść wielką górę, sztuczną, zrekonstruowaną podobnie jak cała świątynia, by zobaczyć najwspanialszą budowlę południowego Egiptu. Kiedy zbudowano dużą zaporę na Nilu, świątyni groziło zalanie całkowite i trzeba było szybko i sprawnie przenieść ją w inne, bezpieczne miejsce. W internecie można zobaczyć fascynujący film o tym, jak międzynarodowa ekipa inżynierów, architektów, archeologów i historyków przygotowała całą operację. Pocięli świątynię i otaczającą ją skałę na kawałki i w kawałkach właśnie przeniesiono całość kawałek dalej, tak by woda nie zalała monumentu po otwarciu zapory.

Naszym oczom ukazał się imponujący widok, jeden z cudów świata starożytnej architektury i geniuszu budowniczych egipskich. Przepiękne, ogromne posągi Ramzesa II Wielkiego strzegące wejścia do świątyni, a u jego stóp śliczna Nefertari, żona władcy. Obok mauzoleum Ramzesa znajduje się mauzoleum poświęcone jego żonie.

W środku nie można robić zdjęć, więc staraliśmy się zapamiętać każdy szczegół, zobaczyć wszystko co możliwe, każdy zakamarek, każdy relief i hieroglif, każdą płaskorzeźbę, by nic nie stracić z tej magicznej wizyty. W samym środku świątyni znajdują się posągi czterech bóstw, z których 3 są oświetlone przez promienie słońca wpadające do środka 2 razy w roku, a ten jeden posąg jest zawsze w cieniu bo to bóstwo ze świata podziemnego. Malowidła i płaskorzeźby są tak intensywne, tak cudownie zachowane, że trudno uwierzyć, że od ich stworzenia minęło kilka tysięcy lat. Królowa Nefertari do tej pory nosi suknię z delikatnego, półprzezroczystego białego muślinu ze złotymi wstawkami i złote pantofle. Na jednej ze ścian widać scenę przedstawiającą faraona walczącego pod Kadesz. Niesamowita! Dumny Ramzes biczuje swoich wrogów błagających o litość. Jego żołnierze kroczą za zwycięskim wodzem. A on sam wznosi modły do bogów wojny.

DSC_1294

Wnętrze świątyni Abu Simbel. Zrobione z progu.

Nie mogłam oprzeć się pokusie i zrobiłam po kryjomu jedno jedyne zdjęcie tej właśnie sceny. Groziło mi za to skonfiskowanie aparatu, ale zaryzykowałam, bo nie było nikogo w pobliżu. Siedzieliśmy później na brzegu jeziora Nasser kontemplując piękno tego miejsca i powoli żegnaliśmy się z Abu Simbel. Czas było wracać i konwój już przygotowywał się do powrotu do Aswanu.

DSC_1292

Ramzes II walczący pod Kadesz.

Zaczynało się ściemniać w czasie drogi powrotnej, kiedy zauważyliśmy w trójkę, że Monty zaczyna coś kombinować. Nagle zwalniał przepuszczając inne samochody i zostając w tyle konwoju, nagle przyspieszał i doganiał policjantów, wymieniał sygnały świetlne z innymi samochodami osobowymi i zaczął zachowywać się bardzo nerwowo, co 2 minuty rozmawiając przez swoją komórke. Nie podobało nam się to wszystko. Nagle Monty przyspieszył, zaczął w bardzo szybkim tempie oddalać się od konwoju, zostawiając go całkowicie w tyle, podczas gdy my gnaliśmy w ciemności po jedynej asfaltowj drodze w kierunku Aswanu. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że zbliza sie do nas z tyłu drugi samochód osobowy, pusty, jechał w nim tylko kierowca , wyminął nas i zatrzymał się w pewnej odległości. Monty jechał w jego kierunku i miałam narastające w panice wrażenie, że coś złego się szykuje. Zaczęłam się martwić na głos, bo wyglądało to tak, jakby chcieli nas rozdzielić i porwać. Kiedy chłopaki zaczęli także się denerwować, ja wpadłam w panikę i zaczęłam krzyczeć na Montiego, żeby natychmiast zwolnił i zaczekał na konwój, bo ja się boję… Facet nic, pędził w stronę drugiego samochodu, obaj jechali bez świateł i zupełnie nie przejmowali się moim krzykiem i prośbami. Wreszcie zaczęłam panikować naprawdę, Jose też się zdenerwował, zaczęliśmy wszyscy w trójkę szaleć w samochodzie żeby zwolnił i chyba coś go ruszyło, bo facet zwolnił, dał sygnał świetlny drugiemu kierowcy, ten ruszył w stronę miasta zostawiając nas w tyle i po chwili zniknął w ciemności. Nie muszę chyba dodawać, że na tej drodze nie ma jednej latarni, żadnego znaku drogowego, po prostu jest … asfalt i tyle. Konwój zaczął przybliżać się i ja powoli uspokajałam się. Nie potrafimy wytłumaczyć tego , co się wtedy działo, dlaczego i jak to mogło się skończyć. Na szczęście dojechaliśmy do Aswanu cali i zdrowi, chociaż bardzo podenerwowani. Zapłaciliśmy Montiemu i wysłaliśmy go do wszystkich diabłów. Wykończeni dotarliśmy do hotelu.

DSC_1289

cdn.

5. Stateczkiem po Nilu. Świątynie egipskie. Asuan.


Przez kilka następnych dni płynęliśmy stateczkiem po Nilu na południe, w stronę Aswanu i Abu Simbel. Pewnej nocy zatrzymaliśmy sie ok. północy w małej miejscowości Esna, gdzie znajduje się śluza na rzece (chyba tak to się nazywa), która dzieli rzekę na 2 poziomy. Każdy przepływający obiekt musi taką śluzę pokonać, by móc kontynuować podróż. Trwało to ok. 2 godzin, bo przed nami w kolejce znajdowało się kilka innych statków. Płynęliśmy dalej i rano dobiliśmy do brzegu w małej wiosce Edfu, gdzie znajduje się świątynia Horusa, boga-Jastrzębia. Jest otoczona wysokim murem i sprawia wrażenie, jakby ona sama i ten mur mieli rozsypać się w ciągu pięciu minut, gdyż jest zbudowany nie tylko z kamienia, ale także z czerwonej gliny. Jest to jedyna w Egipcie prawie w całości zachowana świątynia, z dachem, ścianami i przepiękną, zrekonstruowaną barką w środku, w części do której nie mieli wstępu zwykli śmiertelnicy. W tej barce raz do roku prowadzano posągi boskie w świetej procesji, w tym przypadku posągi Horusa i jego żony Hathor (boginii Krowy). Duże wrażenie robi na zwiedzających rzeźba Horusa stojąca przy wejściu do kompleksu, przedstawiająca go jako jastrzębia w koronie Górnego Egiptu.

Po południu odwiedziliśmy także inne zabytki, świątynie boga-Krokodyla, Sobka w Kom-Ombo. Rzeczą godną uwagi w tym miejscu jest kalendarz egipski, który można zobaczyć w postaci płaskorzeźby tylko w tej jednej świątyni Sobka, jest interesujący, widać wyraźnie podział na dni, miesiące. Tutaj też znajdują się mumie krokodyli, które (jak wiele innych zwierząt) były święte dla Egipcjan, gdyż uosabiały Sobka, bóstwo odpowiedzialne za dobroczynne wylewy Nilu. W Kom-Ombo znów mogliśmy podziwiać złocisto-pomarańczowy zachód egipskiego słońca.

Kiedy wrócilismy na statek, w naszej kabinie czekała niespodzianka… Otwieramy drzwi, w kabinie ciemno, ja wchodzę pierwsza i ….nagle wrzask! Coś mnie dotknęło gdy stałam w miejscu, gdzie teoretycznie nie powinno być nic! Wyskoczyłam z pokoju na korytarz, Jose zapalił światło i zobaczyliśmy dużą małpę zrobioną z koca i ręczników zwisającą z sufitu tuż przy drzwiach wejściowych… było sporo śmiechu, myślę, że nie byliśmy jedynymi, którym zrobiono taki dowcip. Po kolacji kolejna atrakcja: tańce w strojach wieczorowych, czyli w strojach sindbadowych, w czilabach arabskich. Kto nie miał, to sobie kupił albo na statku (made in china) za niebotyczną cenę, inni zakupili wcześniej na targowisku koło świątyni w Kom-Ombo (gdzie my kupiliśmy kilka pięknych szali od niejakiego „szefa”). Nasze czilaby były najładniejsze, jak zwykle, bo to oryginalne stroje zakupione w Tunezji, dwu-częściowe z pasem, moja w kolorze ciepłego różu…są śliczne…

DSC_1231

W czasie ciepłych wieczorów wielu pasażerów spędzało długie godziny na tarasie. Pewnej nocy było słychać wyraźnie hałas dochodzący z brzegu i okazało się, że podpływają na małych łódkach mieszkańcy okolicznych wiosek ze swoimi towarami do sprzedania. Wyglądało to tak: krzyczeli z dołu, że mają to i tamto i rzucali na pokład np. chustki, koszule w plastikowych workach. Kto był zainteresowany to oglądał, mierzył i jeśli chciał kupić, to rzucał z powrotem pieniądze w worku na łódeczkę. Problem zaczynał się wtedy, jak pasażerowie pytali o ceny. Spryciarze z łódek najpierw pytali skąd jest kupujący i według odpowiedzi dyktowali cenę. Najdrożej płacili Amerykanie, Kanadyjczycy i Anglicy, potem Francuzi i Niemcy, potem Hiszpanie…Polska też była tania, więc specjalnie nie byli zainteresowani targowaniem się ze mną. Podawali takie ceny, że aż się śmiać chciało, tak wygórowane, za kawałek szmaty haftowanej, jakości zero, pewnie made in china, więc niewielu było kupujących. Jeśli tym biednym wieśniakom wydawało się, że są sprytnymi sprzedawcami i potrafią sprzedać coś, co jest warte 20 centów za kilkanaście euro, to jeszcze mało znają Hiszpanów… Hiszpanki, w większości starsze panie na emeryturze, jak się dorwały do oglądania, przebierania, targowania, to nie mogłam wyjść z podziwu, tak wrzeszczały, spuszczały cenę odstawiając przy tym istny cyrk, że nawet sprzedający dali za wygraną i Hiszpanki zapłaciły tyle, ile chciały i wydawało im się słuszne. Trzeba dodać przy tym, że wcale nie okradły tych biedaków, ale nie płaciły też tych idiotycznych cen, jakie dyktowali np. Amerykanom… Hiszpańska, gorąca krew, nie do zdarcia. Z własnego doświadczenia wiem, że nie można przekrzyczeć, przegadać zacietrzewionej, „nakręconej” hiszpańskiej baby. Po prostu nie można. A Amerykanie jacy są, każdy widzi, mają też wystarczająco dużo pieniędzy, by nie zawracać sobie głowy targowaniem się o „szczegóły”; płacą więc i za czas i za święty spokój. Może też w ten sposób czują się wybawicielami tych biedaków, płacąc im za jedną bluzkę tyle ile ci w ciągu miesiąca nie zarobią… Ach, ci Amerykanie! 😉 Kolejny problem zaczynał się, kiedy nie było już chętnych do zakupu ani oglądania tych badziewi, a plastikowe worki z towarem nadal lądowały na pokładzie, raz za czas uderzając kogoś w głowe, rozbijając szklankę z napojem na stoliku itp. Trzeba było baaaaardzo wyraźnie im powiedzieć, że już im dziękujemy.

DSC_1142

Następnego dnia dopłynęliśmy do malutkiej miejscowości, w której można zobaczyć gigantyczny niedokończony obelisk, wciąż jeszcze leżący na ziemi, i widać było, że tam go pozostawiono, bo pękł w połowie. Niedaleko znajduje się świątynia, o ktorej mówi sie, że jest najbardziej romantyczna ze wszystkich budowli egipskich. To świątynia Filae, poświęcona bogini Isis. Ma piękne, delikatne rzeźbione kolumny, imponujące płaskorzeźby ślicznej Isis i wiele naprawdę romantycznych zakątków dla zakochanych par. Jeśli dodam, że znajduje się na brzegu dużego jeziora Nasser, to wszystko będzie jasne. Na brzegu tego samego jeziora znajduje sie też słynne Abu-Simbel.

Po południu tego samego dnia byliśmy już w Aswanie, największym mieście położonym na południu Egiptu, niedaleko granicy z Sudanem. To naprawdę duże i ładne miasto. Przy głównej drodze ciagnącej się wzdłuż rzeki znajdują się restauracje, obok przycumowane statki, sklepiki i straganiki z pamiątkami. Tam też poszliśmy na duży i znany targ, gdzie można chyba kupić wszystko. Postanowiłam kupić kilka szali z delikatnej bawełny i wybrałam stoisko z kolorowymi szmatkami, które okazało sie być wlasnością sympatycznego Koptyjczyka (Egipcjanina-chrześcijanina). Ciężko było negocjować z nim, ale nie dawaliśmy za wygraną, bo ceny, które nam podał były wprost absurdalne…chyba jakieś 500 dolarów za 6 szali i jedną bluzkę z bawełny…well, jak robić interes, to na całego. Będąc w Aswanie mieliśmy jedyną i niepowtarzalną okazję by zobaczyć legendarne Abu Simbel, świątynię-mauzoleum Ramzesa II i jego żony Nefertari znajdujacą sie 300km na południe od miasta Aswan. Jedyną możliwością dotarcia do tego miejsca była kilkugodzinna podróż samochodem lub autobusem jedyną istniejącą drogą asfaltową i obowiązkowo w eskorcie policyjno-wojskowej. Trzeba było zorganizować na szybko taką wycieczkę, by następnego dnia rankiem móc wykorzystać cały dzień wolny, jaki mieliśmy w planie wycieczki. Takie eskapady do Abu Simbel z Aswanu organizują miejscowe biura podróży, niektóre hotele dla swoich klientów lub po prostu grupa chętnych wynajmuje taksówkarza i jedzie na własną ręke, byle razem z eskortą. Taka eskorta jest obowiązkowa dla wszystkich turystów jadących do Abu Simbel ze względu na wcześniejsze porwania i ataki na turystów ze strony miejscowych terrorystów. Eskorta ta wyjeżdża z miasta Aswan 2 razy w ciągu 24h, wcześnie rano ok. 3.00 i następna o 11.00. To samo w drugą stronę. My wynajęliśmy w jednym z hoteli znajomego taksówkarza, którego polecił nam recepcjonista. Z nami chciały wybrać się 3 inne osoby, tak więc ostatecznie wynajęliśmy 2 taksówki, płacąc dużo mniej, niż życzą sobie agencje. Nasz kierowca Montaser (Monty) miał przyjechać po nas następnego dnia przed 11.00. Szczęśliwi poszliśmy spać.

Spaliśmy w luksusowym hotelu Oberoi Aswan znajdującym się na wyspie Elefantina, niestety tylko jedną noc, więc nie mogliśmy się nacieszyć pięknem tego miejsca, ale mieliśmy przynajmniej niesamowity widok na miasto nocą z okien naszego pokoju.

Barka w swiatyni Horusa w Edfu

Barka w świątyni Horusa w Edfu.

cdn.

2. Karnak


Swiatynia w Karnak

Karnak

Świątynia w Karnak to ogromny kompleks budowli świątynno-mieszkalnych, zbudowanych ku czci boga stwórcy Amona i jego żony Nut oraz syna Chonsu. Miał on powierzchnię ok. 250 tyś km2, a więc był gigantycznym, największym w starożytnym Egipcie obiektem architektonicznym. Jego budowa trwała mniej więcej 1500 lat, nigdy nie został ukończony, co łatwo sprawdzić patrząc na główną bramę wejściową, która nie tylko nie jest dokończona na wysokość, ale nie ma na niej także żadnych zdobień, żadnych płaskorzeźb czy malowideł. Karnak był połączony szeroką aleją ze świątynią w Luksorze, obecnie zachowały się jedynie jego ruiny w postaci gigantycznych kolumn w 16-tu rzędach. Na murach obiektu możemy zauważyć płaskorzeźby, niektóre w doskonałym stanie, cudowne, symetryczne, dopracowane. Wszechobecny ankh przypomina o życiu wiecznym, o boskości egipskich władców i triumfie życia nad śmiercią. W kilku miejscach widnieje podobizna bożka płodności Min`a, który chwali się swoim baaaardzo widocznym narzędziem płodności:) Jednak to, co najbardziej rzuca się w oczy w Karnak i co wręcz przytłacza, są wspomniane już kolumny, o podstawie kilku metrów, wysokości kilkunastu, niektóre dźwigające resztki kamiennego sufitu. Na tyłach świątyni znajduje się święte jezioro, w którym obmywali się kapłani przed odprawianiem ceremonii a tuż obok niego- duża rzeźba świętego skarabeusza na kamiennym cokole. Jak mówi tradycja (wymyślona pewnie dla turystów) należy obejść wokół skarabeusza nieparzystą ilość razy w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara i pomyśleć sobie życzenie. Nie mogliśmy odpuścić sobie tego luksusu, bo przecież robak świętą moc posiada, więc życzenia na pewno się spełnią. Nie mogę sobie wyobrazić tego miejsca w czasie jego rozkwitu, pokrytego malowidłami, złotymi blaszkami, zdobieniami z kamieni szlachetnych, z zasłonami z najszlachetniejszego materiału, połyskującego światełkami świec, pochodni w gorące wieczory…bajka. Nie mogło oczywiście zabraknąć w Karnak posągu Ramzesa II i jego żony oraz ogromnych obelisków, między innymi obelisku faraona-kobiety, Hatszepsut.

cdn.

DSC_1057