34. Cd. wycieczki rowerowej do granicy z Francją. Etap II.


Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę ok. południa, zostawiając piekną Barcelonę za nami. Staraliśmy się jechać pasażami na plaży, prawie cały czas nam się udawało, kiedy jednak nie było przejazdu w pobliżu plaży, musieliśmy jechać drogami krajowymi, razem z tirami, co przyprawiało nas o dreszcze. W czasie jazdy zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie na krótki odpoczynek. Jazda bywała trudna i męcząca, bo spore odcinki musieliśmy jechać pod górę, potem w dół, pod górę i tak na zmianę, ale dzięki rowerowi elektrycznemu jakoś sobie radziliśmy. Widoki rekompensowały nam wysiłek, zwłaszcza w pierwszy dzień, kiedy świeciło słońce. Dotarliśmy wieczorem do miasteczka Sant Pol, pokonując 55km w ciągu 7h, co nie było jakimś specjalnym wynikiem, ale że jechaliśmy sporo pod górę, także sporo odpoczywaliśmy, zatrzymywaliśmy się na pięknych plażach Costa Brava.

Wyruszamy z Barcelony

Następnego dnia wyruszyliśmy wcześnie, po drodze zwiedzając małe miasteczka jak Blanes, Lloret del Mar i liczne parki. Dojechaliśmy do Palamos i tam zdecydowaliśmy przenocować. Tego dnia przejechaliśmy ok.75 km, w ciągu ok. 8h.

Trzeci dzień przywitał nas słońcem, ale po południu zaczęło padać i zaczął wiać silny wiatr, co utrudniło jazdę, zwłaszcza, że nie mieliśmy specjalnego obuwia przeciwdeszczowego, ale na szybko znaleźliśmy rozwiązanie problemu w postaci reklamówek na butach, hehehehe. Na północy Hiszpanii można obejrzeć piękne pozostałości po zabudowaniach rzymskich, znane jako ruiny Empurias. Pokonaliśmy ok. 86km w ciągu niecałych ośmiu godzin, przejeżdżając przez kompletną dziurę, Pau, gdzie stały 4 domy koślawe i nie było żywej duszy i dojechaliśmy do Llança, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. Nasz stoper-kompas wskazywał, że pedałowaliśmy w sumie 4h 25 minut z tych ośmiu godzin, z prędkością średnią 18,8km/h.

Empurias

Ostatniego dnia wyruszyliśmy przed południem i chociaż świeciło słońce, dzień nie był najlepszym do jazdy na rowerze, zwłaszcza pod górę, bo wiał bardzo silny wiatr, który gwałtownie zmieniał kierunek i w czasie jazdy w kierunku Port Bou, blisko granicy, zdaliśmy sobie sprawę, że będzie to najtrudniejszy etap. Brakowało tylko trochę ponad 20km do pokonania, ale musieliśmy zatrzymywać się kilkakrotnie, żeby przeczekać aż przestanie wiać. W Port Bou zapytaliśmy miejscowych, czy taki wiatr jest typowy, czy przejdzie, czy możemy jechać spokojnie a oni odpowiedzieli, że w czasie takiego silnego wiatru lepiej nie kontynuować, bo do granicy jedzie się pod górę, jest niebezpiecznie. Nawet samochody z wysokimi naczepami i karawany nie mogą być używane w tych dniach, więc tymbardziej rowery. Przez chwilę sie wahaliśmy, ale byliśmy już tak blisko, brakowało dosłownie kilkunastu km do Cerbere, więc to ja podjęłam decyzję i kontynuowaliśmy jazdę. Krótko po wyruszeniu z Port Bou przekonaliśmy się, że mieszkańcy mieli rację, bo te kilkanaście km stało się prawdziwym koszmarem. Momentami wiało tak silnie, że musieliśmy położyć rowery na ziemi, sami przykucnąć przy skalnej ścianie i przeczekać, bo nie dało się utrzymać równowagi. Przejście graniczne znajduje się na górze, trzeba do niego dotrzeć przez długi tunel, gdzie dodatkowo kumuluje się wiatr. Ja nie potrafiłam utrzymać roweru, rzucało mną na lewo i prawo, w końcu schowałam się za skałą, położyłam rower na ziemi a mój towarzysz  powolutku szedł przyklejony do skały trzymając swój rower. Udało mu się zejść kawałek, gdzie nie wiało tak mocno, wrócił, wziął mój rower, zaczął znów schodzić powolutku, po czym wrócił po mnie i razem zeszliśmy szczęśliwie kilkaset metrów w dół, zostawiając okropne wiatrzysko w tyle. Po przybyciu do Cerbere poszliśmy na pyszny obiad i francuskie wino:-)

Udało się, dotarliśmy do Francji na rowerkach!!!

33. Jak sprawdził się rower elektryczny, czyli rowerem do Cérberè (Francja). Etap I.


W roku 2008 wybraliśmy się na kilkudniową wycieczkę rowerową po pięknym wybrzeżu hiszpańskim, na początku, w Comunidad Valenciana, płaskim, łatwym i kolorowym Costa Blanca a później już skalistym, trudnym i zalesionym odcinku Costa Brava. W drodze spędziliśmy 8 dni, codziennie pokonując na rowerach ok. 80 km, w zależności od pogody i naszych sił. Naszym celem było przekroczenie granicy hiszpańsko-francuskiej, w małej miejscowości Cérberè. Postanowiliśmy wyruszyć w maju, kiedy to pogoda na takie wycieczki wydaje się być najlepsza, bo jest zazwyczaj pieknie, słonecznie, ale bez upałów. W maju także wypadał długi weekend, co pozwoliło nam wykorzystać dni wolne od pracy i wybrać tylko kilka dni urlopu. Skąd taki pomysł? Myśleliśmy wcześniej o zakupie rowerów elektrycznych, tzn. z baterią, które w mieście doskonale spełniają rolę autobusu, samochodu, motoru i roweru razem wziętych. Stąd też porozumieliśmy się z jedną z firm handlujących rowerami z baterią, że wypożyczy nam jeden z takich rowerów, model wybraliśmy sami, my go przetestujemy i zakupimy go, jeśli nam się spodoba. Najlepszym sposobem na przetestowanie takiej „maszyny” jest właśnie dłuższa trasa, gdzie można sprawdzić jak się jeździ, ile wytrzymuje bateria, ile czasu zabiera jej ładowanie, jak sprawdza się rower w różnych warunkach drogowych (asfalt, piasek, terery górzyste) i pogodowych. Dostaliśmy do naszej dyspozycji jeden rower elektryczny ecobike, drugim rowerem miał być fantastyczny rowerek mój prywatny, marki Connor, model Malibu, wygodny i wytrzymały. W moim rowerku zakochałam się już kilka miesięcy temu, kiedy stał się on moim prezentem urodzinowym i zaczęłam go używać jako środek transportu każdego dnia.

Podróż rozpoczęliśmy w Walencji, jadąc rowerami po wybrzeżu, albo pasażami morskimi albo drugorzędnymi drogami asfaltowanymi w pobliżu plaży. W ciągu pierwszych 4 dni, jechaliśmy w kierunku Barcelony (pierwszy etap), pokonując w ciągu każdego dnia po kilkadziesiąt kilometrów, na trasie łatwej, płaskiej i prawie cały czas jadąc wzdłuż plaży, z dala od nasilonego ruchu drogowego. W niektórych odcinkach pojawiały się problemy w pobliżu robót na pasażach, nagle kończył się np. deptak w pobliżu plaży, więc trzeba było wracać spory kawałek do drogi asfaltowej, która służyła nam do kontynuowania jazdy do momentu, kiedy znów mogliśmy zjechać na pasaż w pobliżu  plaży. Ja jechałam na swoim Connorze, mój chłopak  na ecobike’u, generalnie oba bardzo wygodne, czasem tylko zmienialiśmy się, kiedy ja nie miałam już siły pedałować, włączałam baterię i jechałam odpoczywając.  Bateria wystarczała średnio na 6h jazdy bez przerwy  z prędkością ok. 20k/h, średnio na ok.120 km dziennie, tak więc mogliśmy podróżować bez problemów, bo jedno ładowanie wystarczało na 1,5-2 dni. W ciągu dnia zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie na krótki odpoczynek, zwłaszcza na plaży, gdzie także zawsze można było coś przegryść gorącego i świeżutkiego. W niektórych odcinkach trasa była niebezpieczna, zwłaszcza, kiedy musieliśmy jechać poboczami dróg krajowych, razem z tirami sunącymi z prędkością dźwięku. Za każdym razem jak przejeżdżał obok taki tir, uderzała nas fala powietrza i musieliśmy uważać, by nie stracić równowagi. Na niektórych drogach nie było poboczy, więc takie odcinki staraliśmy się pokonać jak najszybciej i szukaliśmy zjazdów na bardziej spokojne, czasem dosłownie wiejskie dróżki. Na wysokości Sagunto można zwiedzić obszerne pozostałości rzymskich ruin położonych na wysokim wzgórzu niedaleko miasta. Kolejnym większym miastem na trasie był Castellon, stolica jednej z trzech prowincji w Comunidad Valenciana. W Benicassim odpoczywaliśmy na plaży. Jest to małe miasto turystyczne, zawsze pełne turystów latem. Z Benicassim dotarliśmy do kolejnej większej „stacji” na trasie, do Oropesy i Marina d’Or. Znajduje się tam gigantyczny kompleks letni-wypoczynkowy, z apartamentami, balnearium, sklepami i cudowną kamienistą plażą. Mnie osobiście podoba się w tym miejscu jedna rzecz: ta plaża właśnie, chociaż sztucznie w niektórych miejscach wypełniona piaskiem. Kilka lat temu spędziliśmy tam własnie kilka dni i uwielbiałam słuchać szumu wody uderzającej o kamienie. Kiedy ludzie tłoczyli się na części piaszczystej, ja uciekałam na tę kamienistą, słuchałam jak szumi woda i zbierałam kilogramy muszli:-)

Na plaży w Marina d’Or

Peniscola

Ciekawym przystankiem była także mała miejscowość Alcalá de Xivert, gdzie w ten weekend właśnie, kiedy my dojechaliśmy, odbywała się lokalna fiesta we wsiach okolicznych i w każdej gminie wieczorem urządzano gonitwy byków, którym przywiązuje się do rogów płonące pochodnie. Plac główny miasteczka otoczony był grubymi metalowymi ogrodzeniami, za którymi tłoczyli się widzowie, a na środek placu wysypanego piechem wypuszczono rozwścieczone byki z płonącymi pochodniami, które zaczęły napierać na te ogrodzenia a co odważniejsi widzowie, w tym mój luby, zaczęli przeciskać się przez rurki ogrodzenia i przebiegać z jednego końca placu na drugi przed nosem byków…

Dalej już była przepiękna, słoneczna Peñiscola, z białymi domkami, plażą zasypaną muszelkami i wspaniałą kuchnią. W tym uroczym miasteczku polecam obejrzeć oryginalny dom, którego przednia ściana wychodząca na ulicę wyłożona jest w całości muszlami różnych rodzajów i kolorów no i niesamowite widoki…fantastyczne! Jadąc w kierunku Benicarlo i Vinaros zbliżaliśmy się już do granicy między regionem Walencji i Katalonii. Zaczął też zmieniać się krajobraz. Drogi i ścieżki były już bardziej kręte i strome, teren stawał się powoli bardziej górzysty, trudniejszy i bardziej męczący. Zaczęliśmy w pełni doceniać zalety roweru elektrycznego, który był naszą ulgą podczas jazdy pod górę. Kto jechał na elektrycznym, ciągnął za sobą pod górę drugą osobę uczepioną z tyłu, co wyglądało śmiesznie, ale dzięki temu byliśmy w stanie pokonać dziennie kilka-kilkanaście km pod górę.  A potem była Tarragona, Sitges (niekwestionowana letnia i nie tylko stolica gejów) i tak jadąc po Costa Brava w kierunku Barcelony mogliśmy podziwiać fantastyczne widoki przyrody, wybrzeża katalońskiego pełnego skalistych odcinków, sosnowych lasów, białych willi między drzewami na skałach.

Słaba jakość zdjęcia, ale coś widać, byka z pochodniami na rogach:-)

video z gonitwy byków:

http://www.youtube.com/user/jbcvia#p/a/u/1/cl2UmmcUwsc

Peñiscola, dom z muszli.

Costa Brava i jej niesamowite widoki.

Do Barcelony dojechaliśmy zmęczeni kilkudniową jazdą, zawsze staraliśmy się spać przynajmniej 7 h, jesć do syta, by nie paść w drodze, ale jednak taka jazda robi swoje, więc z ulgą dotarliśmy do mieszkania naszych znajomych, którzy jak zawsze, kiedy jesteśmy w Barcelonie, goszczą nas w swoim mieszkanku (Kora, Stefan–dziękujemy!!!! ) Następnego dnia na rowerach objechaliśmy cudowną i niepowtarzalną Barcelonę, poraz kolejny zachwycaliśmy się jej urokami, poraz kolejny zwiedzaliśmy La Rambla, Parc de Guell, La Diagonal, Sagrada Familia etc. i przygotowywaliśmy się do kolejnego etapu wycieczki, który planowaliśmy rozpocząć kolejnego dnia.

5 dni, ok.380 km

cdn.

13. Zakręcony Marrakesz.


Marrrrrrrrakesz!!!!! Co za miasto, dzikie, spontaniczne i pełne życia. Kto nie był w Marakeszu ten nie wie nic o Maroku i jego mieszkańcach. Można powiedzieć, że to kwintesencja kultury i tradycji tego kraju zmieszana z zachodnimi atrakcjami dla turystów. Na pierwszy rzut oka może wydawać się zapuszczonym miastem w ruinie, z całą masą starych odrapanych domków, ale to tylko złudzenie, dlatego że te stare domki to tak naprawdę zabytkowa część miasta, czyli medina. Tutejsza medina różni się znacznie od tej w Fez, jest otwarta, stanowi po prostu jedną z dzielnic. Otoczona wysokim różowym murem z kilkoma bramami- wejściami w postaci łuków. W środku można spokojnie jeździć na rowerze, co my oczywiście musieliśmy sprawdzić i pożyczyliśmy sobie rowery na przejażdżkę po mieście pewnego dnia i było, jak to zwykle na rowerze, bardzo zabawnie i po raz kolejny musieliśmy przyznać, że rower to wynalazek wszechczasów. Nie jakiś tam zamek błyskawiczny czy broń palna, czy nawet proch albo koło, tylko właśnie rower!!!!!! Na rowerze możesz odwiedzić dużo więcej, bez wysiłku, miło i świetnie się przy tym bawić. Jeździłam na rowerze w kilkunastu krajach, zawsze staramy się znaleźć w danym miejscu jakąś wypożyczalnię; różnie to z nimi bywało. Największą frajdę do tej pory sprawiła mi wycieczka rowerowa do Doliny Królów w Luksorze. Najbardziej oryginalnym pomysłem używania roweru była nasza wycieczka statkiem śródziemnomorskim, kiedy to cumowaliśmy w kilku portach 5 różnych krajów i zjeżdżaliśmy z pokładu na naszych małych składanych rowerkach; niektórzy z pasażerów statku przyznali, że następnym razem sami zabiorą takie składaczki, bo pomysł wydał im się genialny:-)

DSC_2106

DSC_2248

Stacja benzynowa

Tak więc jeździliśmy sobie po Marakeszu, zapuszczając się w najciemniejsze zaułki miasta, które w tym czasie pełną parą przygotowywało się do wspomnianego już święta baranka i ojcowie rodzin rozgorączkowani szukali ostatnich żywych i dostępnych baranów. Kilka razy prawie oboje się zdeżyliśmy na rowerach przez nieuwagę, gdy przejeżdżało obok nas coś, co z początku wydawało się wielką kupą ciał posadzonych na pędzącym motorze. Zaczynał hałasować klakson i musieliśmy usuwać sie z drogi tej rozpędzonej masie złożonej z kierowcy motoru, który przed soba na kolanach wiózł żywego, związanego barana, a za nim na motorze siedziała uczepiona żona , u której na kolanach, ścisnięte między ojcem a matką siedziało skulone małe dziecko, a za matką uczepione jej koszuli siedziało kolejne dziecko…Niesamowite, nigdy bym nie przypuszczała, że tyle „ciał” może zmieścić się na średniej wielkości motorze naraz… Innym razem Jose zaczął coś do mnie krzyczeć z tyłu, żebym uważała, bo dogania nas…baran na motorze, dosłownie, nie było widać kierowcy z daleka, tylko baranie cielsko przywiązane do kierownicy, a dopiero później, już z bliska, można było zobaczyć głowę kierowcy…co za strach! Baran na motorze!  Tylko w Marakeszu!!!

Kiedy nadszedł wielki dzień świętowania, wszyscy ojcowie rodzin czekali na znak imama, który jako pierwszy w każdym mieście zabija baranka i daje znak pozostałym. W Rabat, wielki imam zabija baranka a po nim robi to król, a dopiero potem cała reszta. Mięso dzieli się na części i każdego dnia gotuje posiłek z jednej z części. Baranią głowę piecze się na ruszcie, przed domem, na ognisku, na grilu lub na starych drucianych podporach materacy do spania. Taką opaloną, pozbawioną włosów głowę poźniej gotuje się i podobno wychodzi bosko smaczna zupa. My nie próbowaliśmy i bynajmniej nie żałowaliśmy;)

W Marakeszu, podobnie jak w Krakowie, Brukseli czy innym szanującym się mieście znajduje się plac główny, jakby rynek i tutaj ten plac nazywa się Jamaa el Fnaa, i jest to centrum życia towarzyskiego, kulturalnego przez całą dobę. Prowadzi do niego wiele ulic i uliczek, ale ta główna i najbardziej znana jest udekorowana setkami sklepików z badziewiami, barami, restauracjami, ulicznymi sprzedawcami wszystkiego.

DSC_2235

Video ze spaceru po placu Jamaa el Fna:

http://www.youtube.com/watch?v=9wTHgrM3J10

Plac Jamaa el Fna jest wypełniony straganami z jedzeniem, daktylami, cytrusami, napojami, słodyczami i pysznie pachnącymi kebabami. Należy jednak pamiętać, że w przypadku turystów trzeba uważać na każdym kroku co się je, myć często ręce, nie pić wody z kranu ani nie jeść lodów, sałatek ze świeżych warzyw i owoców, czyli ogólnie należy przestrzegać podobnych reguł jak w np. Egipcie, Tunezji, Algierii, Peru itp.

Można tu także zobaczyć zaklinaczy węży, dziesiątki grajków i muzyków używających fleciki i piszczałki wszelkiego rodzaju i kiedy wszyscy oni zaczynają grać w jednym czasie, konkurując między sobą kto może więcej i głośniej, to ta muzyka zamienia się w chaotyczny jęk, brzęk i łkanie piszczałek. Dowiedziałam się tutaj, że istnieje taki zawód jak opowiadacz bajek i historii. Wokół niego zbierają się widzowie i on opowiada, gestykuluje, rozśmiesza, straszy i potem zbiera datki. Pewnego wieczoru zaproszono nas do takiego kręgu, gdzie byliśmy jedynymi „bladymi twarzami” w tym momencie i jak dziadek skończył to po prośbie do kogo podszedł ze swoim beretem?? Do nas…tylko i wyłącznie. My trochę zawstydzeni szukaliśmy w pośpiechu jakichś drobniaków po kieszeniach i jak już wrzuciliśmy do beretki co znaleźliśmy, to nas wyśmiali, że tylko tyle mamy…ech…

Dziewczęta z Marakeszu zrobiły mi 2 śliczne tatuaże berberyjskie, które miały ponoć wytrzymać ponad 2 tygodnie, a wytrzymały jakiś tydzień, ale dobre i to, że nie zmyły się po pierwszym myciu rąk mydłem. W czasie wycieczki rowerowej zobaczyłam nie tylko medinę, ale także ogrody, hotel Mounia, madrasę (szkołę koraniczną), wieżę Koutubię (bliźniaczka Giraldy w Sewilli), kupiliśmy śliczne bluzki haftowane z delikatnej bawełny. Wieczorem tego samego dnia postanowiliśmy wraz z inną parą turystów skorzystać z łaźni, czyli popularnego tutaj hammam’u. Chyba każdy słyszał o bajecznych łaźniach arabskich, natryskach, basenach tureckich , my też i postanowiliśmy sprawdzić jakie są w rzeczywistości. Polecono nam wygodny hammam w centrum miasta, gdzie podobno przychodzi wielu turystów i zapewniono nas, że bedzie nam się podobało. My kobiety kupiłyśmy swoje bilety, cały pakiet atrakcji z mydłem specjalnym złuszczajacym, rękawicą do masażu, usługami typu masaż i peeling całego ciała. Nasze drugie połówki kupiły swoje bilety i weszliśmy, kobiety po jednej stronie budynku, mężczyźni po drugiej. Moja towarzyszka zabrała sobie strój kąpielowy, ja nie miałam przy sobie, więc postanowiłam pozostać w dyskretnej czarnej bieliźnie. Jak się szybko okazało, ten hammam to nie było dokładnie to, co sobie wyobrażaliśmy wszyscy. Duża sala-łaźnia z natryskami w postaci gumowych węży i wiader napełnianych wodą przez panią pracujacą w środku i mnóstwo rozbawionych, zupełnie nagich kobiet siedzących na podłodze, rozmawiających, myjących się, bez żadnego zażenowania czy wstydu przed innymi paniami. Młode, stare, grube i chude, wszystkie nagusieńkie, a my dwie w ubraniu, zawstydzone, Carmen prawie chciała uciec stamtąd, ale szybko podeszła do nas pani pracująca w łaźni, zapytała o bilety i widząc wykupione pakiety atrakcji, od razu zabrała się do pracy nad nami. Na początek posadziła nas na cienkich matach na tej podłodze, zaczęła polewać nas gorącą wodą i wcierać w nas maziste mydło złuszczające, które wydzielało dziwny siarkowy zapach. W swoim języku od początku jak tylko weszłyśmy przekonywała nas też, byśmy sciągnęły te głupawe ubranka typu strój kapielowy. Nie było rady, trzeba było rozebrać się do rosołu jak wszystkie. Oczywiście zostałyśmy „obgadane” i ocenione jak sądzę przez tutejsze, co myślały o nas nie wiem, ale na pewno były ciekawe, co nas tu przywiało…My myślałyśmy dokładnie to samo. Po kilkunastu minutach polewania wodą i wcieraniu mazi przyszła kolej na dalsze atrakcje typu peeling całego ciała. Pani założyła sobie rękawice, którą otrzymała w pakiecie Carmen i ona właśnie poszła jako pierwsza na złuszczanie… Kazano jej położyć sie na jedynej wolnej macie na podłodze i pani rozsiadła się obok niej okrakiem i zaczęła ścierać co się dało. Ile tego było! Myślałby kto z tutejszych , że te europejskie kobiety z „pierwszego świata” to w ogóle się nie myją, bo z biednej Carmen zaczęły schodzić całe płaty naskórka. Starsza pani ścierała, masowała, przewracała biedną Carmen na lewo i prawo, aż złuszczyła dosłownie każdy fragment jej ciała. Jak na to patrzyłam, to instynktownie szukałam drzwi wyjściowych, ale i tym razem nie udało się, bo przyszła kolej na mnie;-) Pani zostawiła leżącą na podłodze złuszczoną Carmen i kazała mnie położyć się na podłodze, tym razem bez maty, bo ta była już zajęta. Położyłam się wiec na gołej podłodze pokrytej mydlinami i (Boże wybacz…!) i naskórkami między innymi Carmen…Trzeba było ogromnej odwagi i samozaparcia, by sie na to zdobyć. Ja miałam 2 wyjścia- wstać i uciec stamtąd albo po prostu, będąc juz w środku umazana w mydle zamknąć oczy i robić to, co wszystkie baby naokoło. Wybrałam to drugie i położyłam sie na tej podłodze, zamknęłam oczy i oddałam się w ręce starszej pani złuszczarki. Zrobiła mi porządny peeling, potem masaż, oblała kilkoma wiadrami wody na przemian gorącej i zimnej, nastawiła kości i puściła nas wolno… Wyszłyśmy obie jak nowo narodzone, złuszczone, wyszorowane jak nigdy w życiu…i ze skórą gładką jak pupa niemowlaka. Niesamowite!!!!!!!!!!! Nigdy moja skóra nie była tak gładka i delikatna jak po tym wyczerpującym zabiegu. Nawet arabski hammam można przeżyć…

DSC_2163

Pałac Bahia

Następnego dnia znów objechaliśmy miasto wzdłuż i wszerz, odwiedzilismy Palais Bahia, grobowce lokalnych władców, ogrody i na deser zostawiliśmy sobie zoco, czyli targowisko. Kolejne miejsce, gdzie możesz kupić wszystko, znów sympatyczni sprzedawcy mający wszystko w najlepszej cenie i znów kłębowisko smaków, kolorów i zapachów. Jeden ze sprzedawców galanterii skórzanej okazał się baaaardzo gościnny, nie tylko sprzedał nam paski do spodni po „niewiarygodnie niskiej cenie”, ale też skręcił na poczekaniu porządnego jointa i tym „skrętem pokoju” przypieczętowaliśmy dobry paskowy interes. Odwiedziłam bajkowe ryady, czyli dawne pałacyki bogaczy dziś przekształcone w luksusowe małe hoteliki, gdzie każdy pokój jest w innym kolorze i ma inny wystrój, gdzie każda z łazienek jest zrobiona w innym stylu.

DSC_2117

 

DSC_2267

Można by tak opowiadać o zaczarowanym Marakeszu jeszcze bardzo dużo, ale najlepiej jest pojechać tam i zobaczyć, poczuć i spróbować przynajmniej tego wszystkiego, czego doswiadczyliśmy my:-) Insh Allah!!!

DSC_2281


4. Wycieczka rowerowa do Doliny Królów w Luksorze.


DSC_1349

Ciągle przed nami był najważniejszy moment pobytu w Luksorze: Dolina Królów, gdzie znajdują się grobowce wladców Egiptu. Dolina Królów znajduje się po drugiej stronie rzeki, wsród piaszczystych skał i terenów pustynnych. Postanowiliśmy dojechać tam rowerami. Wypożyczyliśmy 2 gruchoty w centrum, zapłaciliśmy 15€ za cały dzień użytkowania i popędziliśmy na brzeg do przystani, skąd odpływały miejskie stateczki motorowe na drugi brzeg. Tam załadowaliśmy się ze wszystkimi, ludzie patrzyli na nas ciekawie, ja w swoim czerwonym kapeluszu i z odkrytymi palcami u stóp! Dalej pojechaliśmy drogą krajową, asfaltowaną i bez jednej dziury i w miarę jak oddalaliśmy się od brzegu, zmieniał się krajobraz. W Egipcie krajobraz soczyście zielony można zobaczyć w pobliżu rzeki, w odległości kilkunastu km od zbiornika wodnego występuje już tylko piach i pustynia i nie ma nic…Przez taki właśnie krajobraz pustynny gnaliśmy na naszych rzężacych rowerzyskach, w prawie 35 stopniach upału, powietrze suche jak pieprz i wokół tylko piach. Jedynym dowodem na istnienie w tym miejscu czegoś żywego jest ta asfaltowa droga, którą jadą do pracy robotnicy pracujący przy restaurowaniu grobów królewskich. Nie mogliśmy się doczekać, by zobaczyć cel naszej podróży, bo wiedzieliśmy że czeka nas prawdziwa gratka. Po drodze minęliśmy 2 ogromne kolosy Memnona, kiedyś strzegące wejścia do świątyni Tutmosisa IV, dziś podniszczone, jeden z nich bez twarzy. W miarę pokonywania kolejnych km gorąc dawał nam się we znaki, ja pedałowałam coraz wolniej, Jose dzielnie mnie pchał lub ciągnął za sobą i jakoś posuwaliśmy się naprzód. Po drodze minęliśmy dom-muzeum Howarda Cartera, odkrywcy grobowca Tutankamona.

Mijały nas autobusy pełne turystów, mijały samochody wypełnione robotnikami, a my tak pedałowaliśmy sobie szczęśliwi w stronę Doliny Królów. Spotkaliśmy na naszej drodze grupę Francuzów, też na rowerach i razem dotarliśmy do celu. Jeden bilet pozwala na obejrzenie tylko 3 wybranych grobowców z kilkudziesięciu, a na niektóre z nich należy zakupić bilet extra, np. grobowiec Tutankamona i Ramzesa VI. Wybraliśmy grobowce: Tutmosisa III, Siptaha i Ramzesa I. Ten pierwszy znajduje się jakby na piętrze, trzeba wejść po schodach do góry i potem stromo w dół, jest w nim bardzo duszno,w sezonie letnim nie wyobrażam sobie przebywać w nim dłużej niż 2 minuty. Wnętrze jest obszerne i pokryte drobnymi, delikatnymi rysunkami i hieroglifami. Niebieski sufit jest pokryty tysiącem żółtych gwiazd, symbolizujących gwiaździste niebo. Tutmosis III był największym obok Ramzesa II wodzem, wojownikiem i władcą egipskim. Prowadził wojny, podbijał kolejne księstwa, powiększał systematycznie granice Egiptu. Nie przegrał żadnej z bitew.  Krypta Siptaha nie zrobiła na nas jakiegoś szczególnego wrażenia, nawet nie zawierała malowideł w środku, tylko przy wejściu. Został nam grobowiec Ramzesa I według biletu, ale przedtem postanowiliśmy wejść do słynnego grobu Ramzesa VI i zapłaciliśmy napiwek strażnikom, żeby nas wpuścili bez biletów.

Są takie chwile w życiu każdego człowieka, kiedy nie wiadomo dlaczego, zaczynają się trząść kolana i łzy napływają do oczu i porywa nas wzruszenie i nie można nad nim zapanować. Taki moment właśnie nadszedł, bo oto znajdowaliśmy się w grobowcu Ramzesa VI. To, co tam zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, nasza gratka zamieniła się w cudowny moment wzrokowej ekstazy. Malowidła na ścianach i suficie w pełni zachowane, w żywych kolorach, pełna harmonia i perfekcja, boska perfekcja. Oto staliśmy w grobowcu króla sprzed kilku tysięcy lat, ale do dziś można podziwiać w nim nietknięte przez czas cuda sztuki egipskiej. Postacie faraona, bóstw, prześlicznej królowej i jej slużek namalowane ludzką ręką ale z wyraźną pomocą boską. I to całym panteonem bóstw egipskich! A nad nami i nad całym światem swe ramiona rozpościerała Nut, spoglądając z gwiaździstego sufitu. To prawdziwy zaszczyt nawet dla władcy być pochowanym w takim miejscu, z którego do tej pory bije majestat. Ktoś obok tłumaczył po cichu znaki na ścianach, ktoś po kryjomu robił zdjęcia, a my tak staliśmy z otwartymi gębami i dziękowaliśmy wszystkim bóstwom za to, że dane nam było to zobaczyć. Grobowiec Ramzesa I był równie piękny, chociaż mniejszy, w tonacji biało-niebieskiej, z przepięknymi dużymi malowidlami faraona i Ozyrysa.

Nasza wycieczka była fantastyczna, odurzeni pięknem tego świętego miejsca, wracaliśmy do przystani, ale po drodze jeszcze zobaczyliśmy Rameseum i świątynię-mauzoleum Hatszepsut, jedynej kobiety-faraona. Wracając odwiedziliśmy małą wioskę, gdzie widzieliśmy malutki sklepik obwoźny, faceta w pidżamce na rowerze, wielkiego bawoła smacznie śpiącego w słońcu i gromadkę dzieci, którym udało się namówić nas na przejażdżkę rowerami. My pedałowaliśmy, a one poprosily nas o …bakszysz

Późnym popołudniem znów spacerowaliśmy po mieście szukając czegoś do jedzenia, co nie wywołałoby u nas biegunki czy nie przyspożyłoby nam pasożytów. Postanowiliśmy spróbować prawdziwej herbaty ze świeżą miętą parzoną po arabsku. W jednej z herbaciarni zamówiliśmy fajkę wodną z tytoniem o smaku bananowym i czekaliśmy na herbatę. Sympatyczny kelner przyniósł napój w szklankach, które nie wiem, kiedy ostatni raz były myte, ale my dzielnie nie chcieliśmy tego zauważyć. Do cukierniczki nawet nie chciałam zaglądać. Oczywiście nasza herbata ze świeżą miętą to była po prostu herbata Lipton o smaku miętowym.Takie rozczarowanie na zakończenie tak fantastycznego dnia! O łazience w tej herbaciarni nie będę opowiadać ze szczegółami, dla dobra wszystkich. Skończyło się na paleniu fajki z sympatycznym kelnerem i zapłaceniu za nietkniętą herbatę.

Zachód egipskiego słońca obejrzeliśmy w ogrodzie hotelu. Soczyste kolory czerwieni i pomarańczu pięknie zgrały się z żółto-kawowym kolorem piaskowych skał, za które chowało się słońce. Ra poszedł spać, jutro wróci i znów otoczy nas swoją opieką.

Kolację zjedliśmy w czystej, zadbanej restauracji, z przepysznym jedzeniem w ogromnym porcjach. Najbardziej podobało mi się w niej to, że niezjedzone dania zapakowano nam w prześliczne pudełeczko z czerwoną wstążką. Taki szczegół, a tak cieszy! Kończył się dzień i kończył się nasz pobyt w Luksorze. Przed nami kolejne dni rejsu stateczkiem po Nilu.

cdn.

DSC_1357 DSC_1400