76. Atrakcje wyspy wulkanów. Ślepe krabiki, wino i czarne plaże. Lanzarote c.d.


Po przylocie na wyspę stwierdziliśmy, że za wszystko trzeba płacić, nawet za najmniej interesującą „atrakcję”, więc postanowiliśmy kupić już na początku bilet zbiorczy (bono turistico) na 6 najważniejszych obiektów za 30 euro/osoba. Bilete zbiorczy biletem, a ja uważam, że i tak wiele z krajobrazów „darmowych” były o niebo lepsze niż te atrakcje turystyczne. Przecież nie da się z niczym porównać przepięknych plaż z czarnym piaskiem, widoków wulkanów czy wędrówkę wgłąb ich krateru. Nie mają też ceny popołudniowe spacery po uliczkach małych białych miasteczek położonych z dala od centrów turystycznych. No i nie ma ceny kolacyjka w naszym apartamenciku, z chłodnym białym winkiem Stradivarius:)

W skład opłaconych atrakcji wchodziły: Jaskinia Zielonych, Międzynarodowe Muzeum Sztuki Wspólczesnej MIAC, Ogród Kaktusów, Jameos del Agua, Punkt widokowy nad rzeką, Timanfaya. Najbardziej polecam wycieczkę do Parku Narodowego Timanfaya (patrz wpis nr 73) i Jameos del Agua, czyli naturalnie wydrążoną jaskinię w tunelu wulkanicznym, wypełnioną wodą i położoną poniżej poziomu morza. Jameos del Agua to duży kompleks, w którym najważniejsze jest właśnie przepiękne, bajkowe i ciche jezioro w tej grucie. W zbiorniku żyją unikatowe maleńkie białe krabiki albinosy, które są ślepe. Są on endemiczne dla tego jednego miejsca na Ziemi.  Oprócz jeziora w kompleksie można zobaczyć śliczną restaurację-kawiarnię, sale koncertowe umieszczone w naturalnych grotach, sztuczne jezioro, ogrody z roślinnością skalno-wulkaniczną typową dla wyspy.

Jameos del Agua

Jaskinia Zielonych (La cueva de los Verdes) to długa i niesamowita jaskinia powstała na skutek krzepnącego na zewnątrz potoku lawy , podczas gdy wewnątrz gorąca ciecz drążyła ogromny tunel. Jaskinia jak to jaskinia, jest o tyle oryginalna, że wulkaniczna, długa, można ją prawie w całości zwiedzić i zobaczyć charakterystyczne dla lawy nacieki i formy skalne w kształcie stalaktytów i stalagmitów, jest też ładnie oświetlona. Pani przewodnik na początku wizyty powiedziała nam, że ma dla nas niespodziankę, którą zobaczymy przy końcu wycieczki po jaskini. Kiedy doszliśmy do wielkiej sali, ujrzeliśmy tunel, przedzielony jakby na pół i z góry wydawało się, że pod nami znajduje się przepaść. Przewodniczka poprosiła ochotnika, by zakrzyczał  coś, że niby będzie echo, które tak się poniesie, że usłyszą nas po drugiej stronie tunelu. Kazała też rzucić w dół kamieniem, by zobaczyć, jak głęboka jest przepaść. Chłop rzucił i… został opryskany wodą, bo okazało się (ja od początku to przeczuwałam), że to nie przepaść była pod nami, tylko perfekcyjne odbicie wielkiej sali w lustrze jeziora w jaskini. Woda była tak spokojna, że naprawde trudno było dostrzec jakikolwiek minimalny jej ruch.

Jaskinia Zielonych

W Ogrodzie Kaktusów widzieliśmy setki różnych gatunków kaktusów, niektóre naprawdę oryginalne i rzadkie okazy. Muzeum Sztuki Współczesnej w Arrecife (stolica Lanzarote) było dosyć nudne, ze sztuką jest tak, że o gustach się nie dyskutuje. Warto było się wybrać na punkt widokowy, z którego widać, jak blisko siebie są położone Lanzarote i La Graciosa. Tyle jeśli chodzi o bilet zbiorczy.

„rzeka” między Lanzarote i La Graciosa

Do obowiązkowych atrakcji na wyspie należą także plaże, skalne wybrzeże w okolicach Yaiza, gdzie fale morskie uderzają z taką siłą, że rozpryskując się tworzą ścianę wody i bryzę. Miejsce to nazywa się Los Hervideros. Niedaleko los Hervideros dla mniej wymagających jest el Charco Verde, czyli Zielona Kałuża, mały zbiornik wody morskiej na jednej z czarnych plaż, w którym rosną zielono-żółte glony i nadają one temu jeziorku taki kolor. W okolicy miasteczka Las Breñas widzieliśmy tradycyjną warzelnię soli. W przydrożnych hacjendach na całej wyspie znajdują się rodzinne winiarnie i małe fabryczki lokalnego wina.

Los Hervideros

Zielona Kałuża

Na szczególne miejsce w tym wpisie zasługuje La Geria, czyli rozległe tereny uprawne winorośli na czarnej, wulkanicznej ziemi. Cechą charakterysyczną tych terenów są kamienne murki otaczające każdy krzaczek winorośli, które mają za zadanie chronić je przed silnym wiatrem. Działki są przysypane wulkanicznym żwirem i pyłem, który zatrzymuje parowanie wody z ziemi.

La Geria

Po całym dniu zwiedzania nic tak nie działa kojąco na duszę i pusty żołądek, jak smaczne danie „ropa vieja” i pomarszczone pieczone ziemniaczki z pikantnym sosem, czyli „papas arrugadas” 🙂

cdn.

74. Wycieczka na szczyt wulkanu i wgłąb jego krateru.


Jednym z najciekawszych momentów naszego pobytu na wyspie Lanzarote była wycieczka do wnętrza wulkanu. Na trasie wycieczkowej znajduje się wiele mniejszych i większych wulkanów i gór powstałych na skutek erupcji. Najpiękniejsze szlaki można znaleźć na terenie parku Timanfaya i w regionie rezerwatu przyrody. My maszerowaliśmy po kilku szlakach, najciekawszym z nich był szlak wulkanów na terenie Timanfaya, gdzie można wejść na szczyt i wgłąb niektórych z nich. Wybraliśmy wulkan La Montaña del Señalo i inny, sąsiedni, bez nazwy. Oba znajdują się niedaleko Gerii, słynnej plantacji winorośli. Krajobraz jest niesamowity, wszystko wokół pokryte czarną lub brązową lawą, gdzieniegdzie jakieś małe krzaczki i kolorowe porosty. Zanim zaczęliśmy wchodzić na górę, musieliśmy zmienić obuwie, bo cała trasa jest pokryta drobnymi kamyczkami typu koks czy pumeks, które ranią stopy. Cała ta czarna masa osuwa się w dół przy każdym kroku. Na szczycie strasznie wiał wiatr, momentami ciężko mi było się wyprostować. We wnętrzu krateru rosły małe śliczne skalniaki, a dno było zupełnie płaskie i gładkie,  z porozrzucanymi wszędzie kawałkami zastygłej lawy. Wchodzenie na górę zajęło nam ok. godziny spokojnym krokiem, w dół zeszliśmy szybciej. Na pamiatkę zabrałam worek czarnych, świecących metalicznym błyskiem kamyczków.

W kraterze

73. Księżycowa Timanfaya.


Następnego dnia po przylocie na Lanzarote pojechaliśmy do Timanfaya, która oferuje odwiedzającym niesamowite, wręcz księżycowe widoki i krajobrazy. Park Narodowy Timanfaya jest efektem erupcji w XVIII i XIX wieku, a więc „świeżych” i tak też właśnie wygląda cały teren parku, jakby świeżo po wybuchu wulkanu. Doskonale zachowały się całe połacie czarnej lawy, różne formacje wulkaniczne pokrywające kilometry wyspy, jamy, rzeźby, surrealistyczne twory z czarnej i brązowej masy. W parku weszliśmy na kilka różnych punktów widokowych, z których roztacza się naprawdę piękny krajobraz. Widać małe i duże wulkany i ich kratery, morze zastygłej lawy wypływającej z niektórych z nich, kolorowe formacje skalne, także niedawno powstałe górotwory pokryte pyłem w różnych odcieniach czerwonego, brązowego, fioletowego i w czarnym kolorze. Najpiękniejszymi formacjami są: góra Timanfaya, la Montaña Rajada (Pęknięta Góra), la Caldera del Corazoncillo (Kocioł Brzeczki), el Volcan Nuevo (Nowy Wulkan). Byliśmy zachwyceni. Na terenie parku nie rośnie praktycznie nic, jakieś pojedyncze krzaczki, zaś spora część formacji wulkanicznych jest pokryta porostami, które są organizmami pionierskimi i jak sama nazwa mówi, jako pierwsze zasiedlają niedostępne dla innych organizmów tereny, ułatwiając w ten sposób ich kolonizację przez organizmy wyższe. Z daleka porosty wyglądają na kolorowe plamy, co dodaje kolorowego efektu w parku. Na terenie Timanfaya można poruszać się tylko po wyznaczonych szlakach, by nie niszczyć kruchego krajobrazu wulkanicznego i delikatnych „porostowych kolonizatorów”. Przy wjeździe na teren parku skusiliśmy się na przejażdżkę wielbłądami w małej karawanie, 12 euro za 2 osoby. Rdzenna ludność Lanzarote to potomkowie bereberów, czyli mieszkańców Afryki Północnej, dziś oczywiście wymieszana z Europejczykami i dlatego ich zwyczaje, np. używanie wielbłądów, może wydawac się tak egzotyczne:-) Pierwsi osadnicy przypłynęli na wyspę ok. roku 500 p.n.e i nazwali ją Titeroy-gaka, czyli góra czerwona.

Po dojeździe do centrum turystcznego na terenie parku musieliśmy skorzystać z wycieczkowego autobusu, którym zwiedzaliśmy park. Nie można niestety chodzić po nim pieszo ani jeździć np. rowerkiem, co nas bardzo rozczarowało… Pieszo można natomiast zwiedzać rezerwat przyrody poza parkiem narodowym, można wspiąć się na mniejsze wulkany i zajrzeć do ich krateru, co my z przyjemnością zaliczyliśmy, hehe. Do dyspozycji mieliśmy kilka szlaków, w tym jeden na grzbiecie wielbłądzim. Cena biletu autobusowego jest wliczona w cene wstępu na teren parku, która wynosi 8 euro za osobę. My od razu wykupiliśmy „bono turistico” czyli bilet wstępu zbiorczy do Timanfaya i 5 innych miejsc, o których napiszę w kolejnym poście. Ten bilet zbiorczy kosztował 30 euro za osobę.

Przejażdżka autobusem (w dialekcie kanaryjskim guagua) po Szlaku Wulkanów trwa ok. 40 minut, kierowca zatrzymuje się w ciekawszych miejscach, by można było zrobić zdjęcia, a w czasie jazdy można słuchać w paru językach historii parku. W samym centrum turystycznym można kupić pamiątki, gadżety, jest też piękna restauracja, która przygotowuje jedzenie na wulkanicznym grillu, tzn. smaży mięso nad głębokim dołem, jakby studnią, z którego dochodzi na powierzchnię gorące powietrze z głębi ziemi. To oznaka ciągłej „biernej” aktywności podłoża. Na zewnątrz widzieliśmy wybuch gejzeru, tzn. pracownik ośrodka wlał wiadro wody do głębokiego dołu i nastąpił wybuch pary wodnej, jakby naturalny gejzer. Kilkanaście metrów wgłąb ziemi i wszystko wrze;-)  Podobną ciekawostką było, kiedy ten sam pan nad wykopanym dołem położył suche gałęzie, jakiś chrust i ten po kilku sekundach zapalił się.

Symbolem parku Timanfaya i ogólnie wyspy Lanzarote jest śmieszny diabełek autorstwa Cesara Manrique, znanego artysty pochodzącego z wyspy wulkanów. Jego dziełem jest też cała infrastruktura dla turystów na terenie Timanfaya, budynki centrum i restauracji są zbudowane z kamienia wulkanicznego. Chociaż krajobraz wydaje się całkowicie pustynny, to jednak na terenie parku żyją maleńkie zwierzątka, jak np. czarne szczurki, króliczki i jaszczurki.

cdn.

72. Na wyspie ognia. Lanzarote.


Jesli nie wiadomo gdzie jechać na wakacje, to najlepiej jechać na Wyspy Kanaryjskie, gdzie zawsze świeci słońce, pogoda dopisuje i skąd na pewno każdy wróci opalony. Do wyboru do koloru, wśród wysp archipelagu każdy znajdzie coś dla siebie. Piękne białe i czarne plaże, wulkany, parki narodowe, ciekawe rośliny i zwierzęta no i wreszcie niesamowite widoki. Gorący klimat jest wynikiem położenia wysp, bardzo blisko Afryki, niedaleko wybrzeża Maroka.

Lanzarote jest jedną z tych pięknych wysp, nazywaną Wyspą (Ziemią) Ognia ze względu na swój wulkaniczny charakter. Lecąc tam, nie wyobrażałam sobie, że naprawde zobaczę jedną czwartą wyspy pokrytą czarną lawą i pyłem wulkanicznym. Widok niezwykły, trochę przerażający, jakby patrzeć na Mordor, ale na pewno niepowtarzalny. W ciągu tysięcy lat na wyspie miały miejsce erupcje wulkanów, stąd na całej jej powierzchni znajduje się lawa, stara i pokryta już roślinnością, a tylko na tym wspomnianym obszarze ok. 1/4 powierzchni wyspy znajduje się świeża, prawie 300-letnia czarna lawa, która tworzy rozległe twory, tzw. w języku hiszpańskim „malpaís„, teren nieprzydatny ani do mieszkania, ani do zabudowy, ani do hodowli roślin. Trudno po nim chodzić, trzeba bardzo uważać, gdyż zastygła w pośpiechu lawa tworzy puste w środku dziury, jamy, w które łatwo wpaść. Ta stosunkowo świeża lawa pochodzi z ostatnich wielkich erupcji w 1730 roku, które trwały aż 6 lat, nieprzerwanie, i w tym czasie uformowała się właśnie ta czarna część wyspy, malpais, oraz niektóre góry. W miejscowych muzeach i w parku narodowym Timanfaya można poczytać relacje mieszkańców wyspy z epoki tamtych wybuchów, jak to prawie z dnia na dzień na wyspie pojawiały się góry, formował się nowy krajobraz, a wszystko to na oczach ludności. Nie wyobrażam sobie tego hałasu, ognia, gorąca w czasie erupcji…Jeśli wierzyć tamtym opowieściom, to właściwie nie było ofiar śmiertelnych, wioski zostały ewakuowane na czas, zniszczone zostały tylko pola uprawne i zabudowania. Ludzie musieli nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, w nowym krajobrazie i nowych warunkach. Pola uprawne po raz kolejny zostały pokryte czarnym pyłem, który dziś wykorzystuje się do zatrzymywania wilgoci na grządkach. Pozostała częśc wyspy wygląda już mniej więcej normalnie, tzn nie jest czarna jak Mordor, tylko pokryta roślinnością, ale krajobrazy są raczej pustynne, gdyż, nie zapominajmy, cała wyspa jest pokryta starą lawą. Atrakcją turystczną jest Geria, uprawy winorośli na podłożu wulkanicznym, gdzie krzaczki winne są wsadzone w ziemię w zagłębieniu w formie lejka i otoczone murkiem z kamieni, który chroni roślinę przed silnym na wyspie wiatrem. Kontrast zieleni winorośli z czarną na około ziemią wulkaniczną jest piękny.

malpais

uprawy winorośli

winiarnia Stratus

Na Lanzarote mieszka ponad 140 tysięcy mieszkańców, w okresie letnim ta liczba bardzo się zwiększa ze względu na masowy napływ zwłaszcza zachodnich turystów, co dla mnie osobiście jest minusem, bo nie bawią mnie takie angielskie czy niemieckie masy, które hałasują i całymi dniami siedzą w barach zajadając się stekami… Przez wzgląd na licznych turystów w najbardziej popularnych miasteczkach przy plażach (Playa Blanca, Puerto del Carmen, Arrecife-stolica wyspy, Puerto Calero i inne) znajdziecie wiele sklepów z badziewiami, restauracji, kafejek i sklepów z wątpliwej jakości elektroniką prowadzonych przez bardzo licznych na wyspie Hindusów/Pakistańczyków. W lecie turystów i nie-hiszpańskich sklepikarzy jest tylu, że trudno o kontakt z rodowitym mieszkańcem wyspy, co momentami doprowadzało mnie do szału, bo: jak chciałam iść do sklepu spożywczego-Pakistan, w restauracjach-Pakistan, Chińczycy, podpici Anglicy i Niemcy, na głównych ulicach i pasażu przy plaży aż roi się od hindusów i innych… A przecież kontakt z „tubylcami” jest elementem poznawczym każdej wycieczki:-) Stąd żeby zjeść tradycyjne potrawy, napić się znanego w świecie wina z uprawianych na wulkanicznej ziemi winorośli i to jeszcze w rozsądnej cenie, musieliśmy jechać do małych wiosek w głębi wyspy, z dala od jazgoczących mas i palących się na ruszcie hamburgerów. To grzech przybyć na Lanzarote czy w ogóle do Hiszpanii, której kuchnia jest jedną z najlepszych na świecie i na pewno najlepszą w Europie i zajadać się krwistymi stekami i nadpalonymi hamburgerami z frytkami. Sami rodowici mieszkańcy Wysp Kanaryjskich są mili, życzliwi, uśmiechnięci, mają dosyć ciemną karnację i mówią z zabawnym akcentem podobnym do andaluzyjskiego. Mieszkańcy wyspy są potomkami bereberów przybyłych na wyspę z północnej Afryki ok. 500 lat p.n.e.

Grupa muzyczna z Teguise

Kościółek w Yaiza

ogrody z murkami ze skał wulkanicznych

Wyspę polecam zwiedzać wypożyczonym samochodem, jest to bardzo wygodne, gdyż transport publiczny jest raczej kiepski. Samochód można wynająć w jednej z bardzo licznych wypożyczalni, najtańsze auta są po 12 euro za dzień. Wypożyczenie rowerów jest drogie, kosztuje prawie tyle samo co wypożyczenie samochodu. Natomiast hotele i hostale są tanie, my wynajęliśmy apartament Panorama (pokój z łazienką i kuchnią+taras) za 20 euro/dzień, byliśmy bardzo zadowoleni, bo była to naprawde niska jak na Hiszpanię cena, a na dodatek mieliśmy kuchnię z wyposażeniem i mogliśmy gotować sami i w ten sposób też zaoszczędziliśmy pieniądze. Oczywiście nie polecam codziennego gotowania samemu, trzeba skosztować regionalnych dań i wina, na Lanzarote to obowiązkowe:-) Należy spróbować ziemniaczków w pomarszczonych koszulkach z pikantnym sosem z chili (papas arrugadas con mojo picón) oraz ciecierzycę z kiełbaską i czosnkiem (garbanzos w daniu ropa vieja). Ceny ogólnie są trochę niższe niż na półwyspie („właściwa” Hiszpania), gdyż mieszkańcy Wysp Kanaryjskich są zwolnieni z obowiązku płacenia podatków, stąd też warto zrobić sobie zakupy np. w sklepach z perfumami, markową odzieżą.

papas arrugadas

ropa vieja

W kolejnym poście-przepiękny Park Narodowy w Timanfaya i czarne plaże. Zapraszam!