27. Boliwia. Copacabana i La Paz.


Postanowiliśmy przekroczyć granicę peruwiańsko-boliwijską w Yunguni, malutkiej mieścinie, gdzie podobno jest łatwiej i bezpieczniej dla turystów, zwłaszcza w nocy (to też nam doradzili miejscowi). Yunguni to kompletna dziura, ale swoj Plaza de Armas, czyli rynek ma, jak każde szanujące się peruwiańskie miasteczko. Dojechaliśmy zapchanym na maksa busem do rynku po ok. 3h jazdy na wariata, z bagażami zawiązanymi na dachu sznurkiem i modląc się, żeby ich nie zgubić po drodze. W rynku można wynająć wózkorower z kierowcą, który podwozi do  przejścia granicznego, jakieś 3km. Taki transport jest bardzo tani, chociaż jako turyści oczywiście płacimy stawki ekstra 🙂 Nasz kierowca wózkoroweru był przemiły, zapakował z radością nasze toboły, zapakował nas obojga na wózek i zaczęliśmy jazdę pod górę, w stronę przejścia. Nie upłynęło nawet 10 minut, jak stwierdziliśmy, że prawie się nie poruszamy, a kierowca ledwo zipie, bo pedałować pod górę z dwiema osobami i bagażami nie jest takie proste… Zapytaliśmy, czy może zejdziemy na chwilę i on odpocznie, albo może mój towarzysz popedałuje z nim, ale facet się nie zgodził, mówił że to jego praca i jakoś da radę. Tak więc posuwaliśmy się w żółwim tempie pod górę i wreszcie stwierdziłam, że nie chcę mieć tego starszego pana na sumieniu, jeśli z wysiłku serce mu stanie i poza tym nie chcę trasy 2km pokonywać przez 2h… mój narzeczony zaczął pedałować za niego, a ja dopingowałam. Uśmialiśmy się przy tym co nie miara. Wreszcie dojechaliśmy (niektórzy doszli piechotą, hehe) i zapłaciliśmy szczęśliwemu kierowcy za to, że pozwolił nam popedałować sobie do przejścia granicznego:)

Hm… mój luby pedałuje za kierowcę, a ten robi zdjecia.

A przejście graniczne jak jeden wielki stragan, gdzie na tony można kupić suche owoce, orzechy, ogromny popcorn z tamtejszej kukurydzy o dużych ziarnach (choclo), słodycze i oczywiście walutę u babci przy drodze. Najpierw należy podbić w części peruwiańskiej „wyjście”z kraju, a potem „wejście” na stronę boliwijską.  Wszystko to oczywiście w kompletnym chaosie, a tamtejsza ludność przechodzi swobodnie z jednej strony na drugą, nie pokazując żadnych papierów, znaczków, wiz itp. I gdzie tu sprawiedliwość? Ale jak się jest gringo, to tak właśnie jest…

Z granicy dojechaliśmy kolejnym zapchanym na maksa busem do Copacabany (ale tej boliwijskiej, hehe, nie TEJ Copacabany) zaczęliśmy szukać hotelu. W mieście spotkaliśmy naszego kolegę ze szlaku Inków, Germana z Argentyny, który jak się okazało, miał te same plany co do zwiedzania Boliwii co my i chyba większość innych turystów. Postanowiliśmy podróżować razem. Zatrzymaliśmy się w małym i tanim hoteliku w ryneczku. Miejsce bardzo skromne, ale w miarę czyste i najciekawsze było to, że nasz pokój miał 2 pary drzwi: wejściowe z korytarza i drugie, z tyłu pokoju, zasuwane na duży metalowy zamek, a za tymi drzwiami jak się okazało…na zielonej trawce przy drzwiach pasła się beztrosko duża, brązowa lama… Czad! Mieliśmy towarzystwo zupełnie egzotyczne, przemiłe i kilka razy dziennie otwieraliśmy po kryjomu te drzwi i dawaliśmy lamie owoce do jedzenia, jakieś nasze resztki, ogryzki. Zjadała wszystko bez grymaszenia, oblizywała się wielkim jęzorem i strzygła uszami. Podobno lamy w złym humorze plują, ale ta na szczęście była dobrze wychowana. Hodowcy tych zwierząt powiedzieli nam, że mają coraz więcej zamówień z Europy na malutkie lamy i alpaki jako maskotki dla europejskich dzieci, dlatego że lamy są bardzo towarzyskie, szybko się uczą i są doskonałymi towarzyszami zabaw dla maluchów. Nie wiem, kto „wyprowadza” lamy w Europie na spacer, ale podobno też, kiedy idą ze swoim panem, nie wyprzedzają, ani nie zostają w tyle, idą równiutko krok w krok.

Miasteczko Copacabana jest małe, trochę chaotyczne i zaniedbane, ale niezwykle kolorowe, pełne turystów, sprzedawców owoców, megagrochów, wyrobów rękodzielniczych, ubrań, indiańskich pamiątek i różnorakich restauracji. Nawet tu, w boliwijskiej Copacabanie, można zjeść włoską pizzę i różne włoskie makarony, można napić się piw z wielu zakątków świata, tutaj zjesz przepyszne burrito w meksykańskiej, kolorowej i cudownie pachnącej restauracji meksykańskiej, a także, w portowych barach można zjeść pyszną świeżą truczę z jeziora Titicaca. Copacabana leży oczywiście nad jeziorem, którego ok. 40% należy do Boliwii, reszta do Peru. Tak więc oba kraje korzystają z dobrodziejstw tego pięknego jeziora, które jest najwyżej położonym jeziorem żeglownym na świecie.

Obeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz w miarę szybko, wypożyczylismy nawet rowery, by i tym razem tradycji stało się zadość i razem z Germanem wykupiliśmy na następny dzień wycieczkę na Wyspę Słońca (Isla del Sol) i Wyspę Księżyca (Isla de la Luna), gdzie według wierzeń Indian, narodził się pierwszy wódz i założyciel dynastii Inków, Manco Capac. Wraz ze swoją siostrą- żoną Mama Oclo stworzyli pierwszą parę pół-bóstw, pół-ludzi, z których narodził się lud Inków i wyruszając właśnie z Wyspy Słońca, rozpoczęli wędrówkę w poszukiwaniu miejsca na swoje królestwo.

Wycieczkę na wyspę rozpoczęliśmy od kilkugodzinnej jazdy starą i baaaardzo powolną motorówką i było to dla mnie absolutnie nie zrozumiałe, dlaczego poruszaliśmy się w tak żółwim tempie, ale kapitan naszego stateczku był zupełnie nie wzruszony na narzekania, prośby czy poganianie ze strony zdezorientowanych turystów. Po prostu siedział sobie spokojnie paląc papierosa, a ster jedynego pracującego silnika (to z oszczędności) przytrzymywał nogą. Kiedy wreszcie dotoczyliśmy się do wyspy, na „plaży” przywitało nas stadko świń, słodko taplających się w błocie, a obok rozbite namioty zagranicznych yuppies, którzy postanowili pobyt w Boliwii przeżyć w sposób ekstremalny, sypiając gdzie popadnie, nawet razem z tutejszymi zwierzętami. Szok:) Rozdano nam bilety, w cenę których wchodziło zwiedzanie wyspy, ogladanie tamtejszych ruin inkaskich świątyń i zachowanych schodów Inków. Zapłaciliśmy i poszliśmy szlakiem, znów w górę i w dół, kilkanaście km z jednej przystani na jednym krańcu ogromnej wyspy do drugiej przystani na drugim końcu wyspy, gdzie po kilku godzinach marszu czekała na nas ta sama motorówka, by zabrać nas na wyspę Księżyca i stamtąd z powrotem do Copacabany.

Lajtowy kapitan

Wyspa Słońca jest piekna, kolorowa, chociaż prawie w całości skalista, pustynna, gdzieniegdzie widać spore obszary zieleni, a w pobliżu brzegu rosną wręcz wysokie lasy. Podziwialiśmy fantastyczne widoki, widzieliśmy niezliczoną ilość jaszczurek kolorowych, przemykających między kamieniami na szlaku. Nad nami fruwały duże ptaki, chyba jakieś drapieżne, bo co jakiś czas podchodziły do „lądowania” prawie pionowo, potem wznosiły się szybko z czymś w dziobach. Pewnie były to te kolorowe jaszczurki. Na wyspie mieszkają ludzie, mają swoje klany, zajmują się uprawą ziemi, hodowlą bydła i świn oraz żyją z turystyki, oferując przyjezdnym pamiątki, czapeczki, posiłki itp. Kilka razy na drodze stanął nam osioł, który rozłożył się beztrosko na szlaku i trzeba było go obchodzić. Ot, kolejna atrakcja wyspy. Taki to już urok i tego miejsca, i wielu innych w Ameryce Południowej: blisko przyrody, powoli, bez pośpiechu, zupełnie lajtowo.

Dotarliśmy zmęczeni do miejsca spotkania, po czym po szybkiej wizycie na innych wysepkach w boliwijskiej części wyspy, wróciliśmy do Copacabany i poszliśmy na świeżutką truczę. Na następne dni mieliśmy w planach jechać do stolicy Boliwii, La Paz.Tymczasem wróciliśmy do hoteliku, gdzie czekała na nas „nasza” lama, dla której przynieśliśmy oczywiście owoce.

cdn.

26. Puno i jezioro Titicaca.


Podróż nocnym autobusem do Puno, największego peruwiańskiego miasta na południu kraju, nie obeszła się bez przygód, jak na komunikację peruwiańską przystało. Wykupiliśmy miejsca leżące na dolnym pokładzie autobusu szybkich linii w nadziei, że obejdzie się bez przygód typu: autobus zatrzymuje się w szczerym polu w środku nocy i wchodzą jacyś nowi pasażerowie. Niestety weszli jacyś nowi i spokojnie siedli sobie między górnym i dolnym pokładem, nie płacąc pewnie za bilet. Widzieliśmy w TV dosyć sporo wiadomości o napadach na autobusy, o kradzieżach bagaży itp. i stąd zawsze wybieraliśmy linie autobusowe znane z obsługi turystów, oferujące standardy europejskie, ceny niestety też europejskie, zupełnie niemożliwe do zapłacenia dla przeciętnego Peruwiańczyka. Przed wejściem do autobusu takich linii sprawdzano nam dokładnie dokumenty, spisując dane osobowe, robiono zdjęcie twarzy i opisywano dokładnie bagaż, zupełnie jak w jakimś filmie akcji. Niestety czasami zdarzało się, że w czasie takiej 6-8 godzinnej podróży autobus zatrzymywał się gdzieś i zabierał jakieś osoby z tobołami.

Dojechaliśmy szczęśliwie do Puno o świcie i znaleźliśmy na szybko jakiś hotel. Miasto dosyć duże, z kolorowym i ładnym ryneczkiem (Plaza de Armas, jak zwykle) i mnóstwem sklepów, targowiskiem, restauracjami itp. Typowo turystyczna miejscowość. Świeciło pięknie słońce, było dosyć ciepło. Zaczęliśmy szukać ofert wycieczek na wyspy jeziora Titicaca, jedyną właściwie atrakcję turystyczną w tej części kraju. Jedyną, ale jaką!! Nie ma chyba nikogo, kto będąc przy zdrowych zmysłach i zwiedzając Peru podarowałby sobie wizytę w Puno leżącym nad magicznym jeziorem Titicaca. Tak więc wykupiliśmy weekendową wycieczkę po wyspach: Uros, Amantani i Taquile.

Wyspy Uros są tak dziwne i niesamowite, że aż trudno je sobie wyobrazić nie widząc zdjęcia. Są to sztuczne wyspy, tzn. utworzone przez człowieka, tylko i wyłącznie z lokalnej trzciny (totora), rosnacej przy brzegach jeziora. Mieszkańcy od wieków zaplatają „wyspę”, mniej więcej co roku zmieniając lub dodając nowe „pokłady”, warstwy trzciny totora. Taka wyspa jest ruchoma, można ją przeciągnąć na drugi brzeg jeziora w razie potrzeby. Na wyspach plemię Uros wyplata swoje domy, łodzie. Żywią się tym, co wyhodują na wyspie (widziałam grządki z ziemią przywiezioną z lądu), rybami i samą trzciną. Totora jest jadalna i bardzo słodka i soczysta. Dostaliśmy na powitanie świeże łodygi do żucia i żuliśmy razem z Uros. Mieszkańcy kontaktują się regularnie z miastem Puno, innymi wyspami na Titicaca za pomocą łodzi, również wyplatanych z trzciny. Niektóre z tych łodzi to prawdziwe dzieła sztuki.

SDC10388

SDC10389

Kobiety Uros wykonują na wyspie, oprócz typowych domowych prac, pracę rękodzielniczą, wytwarzając pamiątki dla turystów. Mówią swoim własnym dialektem, mieszanką keczua i aymara. Legenda o Uros głosi, że nie byli i do dzisiaj nie są szczególnie lubiani wśród innych plemion lokalnych ze względu na swoje lenistwo i niechęć do utrzymywania higieny osobistej, stąd też mieszkańcy lądu cieszyli się, że Uros żyli odosobnieni na wyspie, bo przynajmniej pcheł nie roznosili. Nas na szczęście nic nie pogryzło, za to pływaliśmy po jeziorze jedną z tych pięknych łodzi i po południu popłynęliśmy na kolejną wyspę: Amantani.

Amantani to naturalna, duża wyspa na jeziorze Titicaca. Ma niewielkie górki, bujną zieloną roślinność, oryginalnych mieszkanców i fantastyczne widoki. Tutaj nocowaliśmy, w domu jednej z rodzin, które przyjmują turystów. Jest to dla odwiedzających tę wyspę niesamowita atrakcja, bo czekają na nich ciekawe rzeczy:) Mieszkańcy Amantani podzieleni są na klany, które ubierają się według swoich własnych zwyczajów, ale jedno mają wspólne: ogólny wygląd stroju dla kobiet i mężczyzn jest taki sam, zmieniają się tylko kolory strojów. Cechą wspólną tych ludzi jest też ich ciemniejsza od innych mieszkańców Peru skóra, bardzo niski wzrost, zwłaszcza kobiet, charakterystyczne rysy twarzy. Są oni wszyscy do siebie bardzo podobni. Kobiety noszą szerokie spódnice do kolan, składające się z wielu warstw cienkiej, kolorowej wełny, białe haftowane koszule i czarne chustki na głowach.

SDC10401

Jedna z tych „mam” była naszą przyszłą gospodynią i gościła nas w swoim malutkim domku. Gotowała nam i opowiadała ze swoim mężem o zwyczajach mieszkańców wyspy. Nazywała się Isabel. Isabel i jej rodzina mieszkają w małym domku ulepionym z glinianych bloków z ogródkiem, działką, gankiem i górnym piętrem dla gości. Ubikacja jest na dworze przed domem. Wody bierzącej nie ma, myliśmy ręce i zęby przed domem używając wody mienralnej. Trochę hardkorowo, ale za to czuliśmy się naprawdę na łonie natury;)

Kuchnia w domu Isabel to centrum życia rodzinnego. Stół i krzesła zarezerwowane dla gości, rodzina jadła albo na podłodze, albo gdzieś po kątach. Mąż Isabel jadł pierwszy, potem ona.  Dzieci jedzą w kolejności, tzn. z tego samego plastikowego wiadereczka najpierw je najstarsze dziecko, a potem te młodsze, a mama dolewa, by nikomu nie zabrakło. Nam „podawano do stołu” w normalnych (dzięki Bogu) talerzach i mieliśmy nawet sztućce. Jedzenie typowe dla regionu, typowym tutaj daniem jest pożywna i smaczna zupa z quinoa (rodzaj kaszy) i gorący napar z pobudzających ziół.

SDC10413

Nasz pokoik był tak malutki, że jak się wyprostowałam, to prawie dotykałam głową sufitu, ale dla Isabel i jej sympatycznej rodzinki to był duży dom. Tego samego wieczoru czekała na nas niespodzianka w postaci  imprezy zorganizowanej dla gości. Ale obowiązkowym warunkiem uczestniczenia w tej zabawie było przebranie się w stroje miejscowych, tzn. ja miałam założyć strój świąteczny Isabel a mój towarzysz  musiał ubrać ponczo jej męża. Nikogo nie zdziwię pisząc, że te stroje były na nas za małe, ale ubraliśmy je z wielką chęcią. Było tego wieczoru bardzo zimno, więc ja pod strojem Isabel nosiłam 2 pary spodni,  szalik, czapkę i rękawiczki.

SDC10414

Isabel ubiera mnie w swoje rzeczy.

Zabawa składała się z wieczorku zapoznawczego ;))) i prawdziwej indiańskiej potańcówy. Przygrywała nam kapela indiańska i muszę przyznać, że po prawie miesiącu pobytu w Peru, dopiero na Amantani usłyszałam moją ukochaną muzykę Indian peruwiańskich, ognistą, wesołą, pełną radości i wigoru. Tańczyliśmy z mieszkańcami Amantani, ja wirowałam w tańcu z gospodarzem, a mój narzeczony onieśmielał biedną Isabel, która sięgała mu do pasa…

SDC10416

SDC10417

Z Isabel

SDC10420

Z mężem Isabel.

Nastepnego dnia zwiedziliśmy wyspę, ciesząc oczy pieknymi widokami przyrody i popłynęliśmy na kolejną, ostatnią zaplanowaną w wycieczce wyspę, Taquile. To była krótka wizyta, ale zdążyliśmy obejrzeć miejscowe muzeum, poznać wyroby rękodzielnicze mieszkańców i zjeść pyszną truczę, czyli świeżutką rybkę, podobną do pstrąga, z jeziora Titicaca.

SDC10425

Taquile i jej fantastyczne widoki na jezioro Titicaca.

Pod koniec dnia znów byliśmy w Puno, szykując się do podróży do innego świata…Za miedzą czekała na nas Boliwia.

cdn.

25. Wracamy do Cusco. El Valle Sagrado-Świeta Dolina Inków i jej zabytki.


Po powrocie z Machu Picchu do Cusco wykupiliśmy turystyczne bilety na zwiedzanie zabytków w mieście i jego okolicach (Boleto turistico), a dokładnie w Świętej Dolinie Inków, El Valle Sagrado. Jest do malownicza dolina, gdzie można obejrzeć ruiny inkaskich budowli mieszkalnych, świątyń, laboratoriów , fortecę i mury obronne przebiegające kiedyś wokół Cusco. I tak zaczęliśmy zwiedzanie od monumentu Pachacuteca, najważniejszego władcy inkaskiego, który rozbudował i wzmocnił swoje królestwo, które za jego czasów stało się prawdziwą potęgą na kontynencie i obejmowało swoim zasięgiem rejony dzisiejszego Ekwadoru, Kolumbii, Chile i Brazylii. Pachacutec zbudował tysiące km dróg górskich, schodów, szlaków którymi przekazywali sobie informacje indiańscy posłańcy, chaskis, którzy biegnąc od jednego posterunku do drugiego zostawiali kolejnemu posłańcowi wiadomości mówione i zapisane w postaci węzełków kipu. Inkowie nie znali pisma, nie używali zapraw murarskich ani koła, prochu. Dziś pomnik króla znajduje się w samym centrum miasta i połyskuje na złoto. W ciągu dnia zobaczyłam potężną fortecę w Dolinie Inków, Saqsayhuaman, zbudowaną z olbrzymich bloków skalnych, ułożonych jeden przy drugim jak puzzle. Do dzisiaj zachowały się całe fragmenty murów tej fortecy.

SDC10318

Saqsahuaman

SDC10331

choclo w Pisac

Niedaleko znajduje się Pikillacta i Q’enqo, dawne posterunki straży oraz Puka Pukara, wartownia. Na szczególną uwagę zasługuje forteca-świątynia w małym miasteczku, Ollantaytambo, o którym już wspomniałam przy okazji szlaków Inków. Inkowie opracowali doskonałe wzmocnienia konstrukcji kamiennej, która miała na celu przeciwdziałać wstrząsom sejsmicznym bardzo częstym w tym regionie i które można zobaczyć właśnie w tym miejscu. Utrzymywały one te wielkie bloki kamienne w ryzach, przez co w razie wstrząsów inkaskie budowle wytrzymywały trzęsienia ziemi. Widać ich efekt w czasach dzisiejszych, kiedy to walą się współczesne budowle przy byle tąpnięciu a te inkaskie stoją niewzruszone już od kilkuset lat. Polecam gorąco wizytę w Tipon i Tambomachay by obejrzeć fontanny skalne i inkaskie wodociągi, oraz Moray, tajemnicze miejsce z wielkimi kamiennymi okręgami, które najprawdopodobniej służyły kiedyś jako tarasy hodowli eksperymentalnych. Mówi się, że to tutaj Inkowie udomawiali dzikie rośliny. Kolejnego dnia pojechaliśmy do Pisac , gdzie znajdują się ruiny innej świątyni-twierdzy w górach oraz na dole, w miasteczku, ogromne targowisko z różnościami rękodzielniczymi i kulinarnymi. Tam spróbowaliśmy gotowaną kukurydzę czyli choclo (pyszność) i pieczonego cuya, czyli amerykańską świnkę morską (zwaną też królikiem indyjskim); przyznam że był straszny…

SDC10347

Pieczony cuy

SDC10553

Moray

Po południu zawitaliśmy jeszcze do Chinchero, małej wioski z pięknym, starym kolonialnym kościołem i tam uczestniczyliśmy w pokazie wyrobu naturalnych barwników i barwienia tkanin. W Chinchero ludzie umieszczają na dachach swoich domów terakotowe kolorowe krówki, które mają zapewnić im pomyślność i bezpieczeństwo.

SDC10366

Po powrocie do Cusco, gdzie dzięki naszym „wejściówkom” jeszcze szybko obejrzeliśmy spektakl w teatrze i pokaz tańców i strojów z różnych regionów Peru, muzeum historyczne miasta Cusco, po czym spakowaliśmy bagaże i nocnym autobusem pojechaliśmy na południe kraju, do Puno. Tam czekało na nas kolejne niezwykłe miejsce w dawnym inkaskim imperium: jezioro Titicaca.

cdn.